poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Znowu Goa

Nie ma to jednak jak Palolem! Tymbardziej po sezonie. Mialo byc goraco, ale dla mnie jedyna roznica objawila sie w porannej mgle, wiekszych falach no i 1/3 osob. Czyli jednym slowem pelen komfort. Podroz pociagiem do Mangalore przebiegla wrecz luksusowo, z posciela, klimatyzacja i lekkim bujaniem. W Mangalore powloczylysmy sie troche po miescie (ja i dwie Lotyszki), obejrzalysmy buty i szereg strojow dla dzieci, bo jedna z pan chciala zakupic cos dla swojej wnuczki. W Indiach male dzieci nosza buty na obcasach i sa ubierane w stroje ktore my okreslilibysmy raczej jako wyjsciowe, ze srebrnymi lamowkami, haftami, cekinami, pseudoaksamitami. Do tego bransoletki na rekach i nogach i obwiedzione czarna kredka oczy (przeciw zlym spojrzeniom) lub 3 kropki (2 na polkiczkach jedna na czole). Tak wiec znalezienie czegos odpowiednio w stylu indyjskim a zarazem nadajacego sie do zalozenia w europie nastreczylo nam troche problemu i akurat zajelo czas do odjazdu pociagu. Klasa general okazala sie tak pelna ze nie udalo nam sie usiasc nawet na polce bagazowej. Wobec tego przenioslysmy sie do klasy general sleeper, a ja uzbrojona juz w uprzednia wiedze nt systemu rezerwacji sprawdzilam ze miejsca na ktorych siedzimy nie beda zajete dlugo az po naszej stacji w zwiazku z czym spokojnie mozemy sobie tam usiasc i zrobic doplate u konduktora bez koniecznosci stania w kolejce. Droga uplynela bardzo przyjemnie pod znakiem siedzenia i stania w drzwiach oraz wykonywania roznych figur akrobatycznych (szczegolnie wyrozniala sie Inta co mozna zobaczyc na zdjeciach::) oraz smakowania kolejnych przekasek przynoszonych przez wallachow, ogladania pieknych krajobrazow estuariow i morza oraz swiatyn. Po drodze dziewczyny odkryly ze ich samolot ma miedzyladowanie na lotnisku na Goa, i moze udalo by sie zmienic bilet, bo inaczej to po 3 dniach znowu 20 godzin tluczenia sie z powrotem do Bangalore zamiast sobie posiedziec na plazy i wziac taxi ktore jedzie na lotnisko 90 minut. Oczywiscie rozpoczely sie kolejne problemy z telefonami ktore znowu przestaly dzialac takze prawie przegapilysmy stacje bo zajelysmy sie zmienianiem kart i godzin w telefonach. Na stacji juz uprzedzone o realiach wytargowalysmy dobra cene i uwaga udalo nam sie w 3 osoby oraz 5 sztuk bagazu upchac do 1 Tuk-tuka!!! I nie wypasc przez drzwi. A wiec plan byl taki, najpierw idziemy na kolacje, a potem na spokojnie szukamy zeby uwolnic sie od naganiaczy. Pierwszy domek za 700 rp, dziewczyny troche przerazone warunkami, choc jak na domek blisko plazy to byl luz bo i podloga kamienna i siatki na owady. Potem nastepny, wysoko na palach, troche ciasny dla 3 osob. Idziemy plaza dalej. Ciemno wiec trudno mi wytlumaczyc dlaczego najdrozej jest na plazy. W koncu idziemy do jednego z barow i pytamy o domek. Cena 300 rp na 3 osoby, materac doloza, domek przestrony, na samej plazy. Nie jest zle. Obowiazkowe wieczorne zanurzenie w morzu i z wrazenia zapominam ze jestem w okularach i daje nura pod fale. Oczywiscie po okularach slad zaginal ale na szczescie mam drugie a te i tak mi juz raz ukradli wiec zyskaly jakby nowe zycie. Tym razem plaza byla naprawde pustawa, ceny nizsze, i ogolnie relaks. Zrobilysmy sobie wycieczke na delfiny - okazuje sie ze rano jakis moze najdalej kilometr od brzegu mozna spotkac delfiny, oczywiscie nie widzialysmy pelnego wynurzenia ale pletwy, pyszczki itp. Codziennnie na sniadanie owoce, warzywa, i rozne pysznosci jako odpoczynek od ryzu i plackow. Potem albo przedtem spacer i plywanie. A okolo 6 rano zobaczyc mozna jak lodzie wyplywaja lub wracaja z polowow. Co ciekawe psy na Goa takze spaceruja, i mowie tu o kroku spacerowym bo normalnie przeciez pies porusza sie jakby klusem, natomiast lokalne psy (ktore w wiekszosci do kogos naleza) poruszaja sie z godnoscia powoli przestepujac z lapy na lape. Bardzo chetnie rowniez towarzysza plazowiczom w morskich kapielach albo beztrosko leza przy brzegu czekajac az obmyje je chlodzaca fala. W poludnie jest bardzo goraco ale rano jest spore zachmurzenie tak do 10, no i fale sa duzo wieksze od tych miesiac temu, mimo wszystko jednak da sie porzadnie i poplywac i poskakac przez fale. Nadszedl takze czas skorzystac z kajaka morskiego, i sprobowac z czym to sie je. W zasadzie najtrudniej ruszyc z brzegu bo trzeba poczekac albo az ustana fale albo probowac sie przez nie prostopadle przebic nie wypadajac przy tym z lodki. Wioslowanie przy tym wydaje sie juz bardzo proste. Znudzeni cisza barmani i lodkowi naganiacze takze chetnie rozmawiaja nie tylko namawiajac do zakupow ale i na tematy ogolne przy okazji prezentujac niezle wyrobione miesnie i piekne uzebienie. Nie wiem czy o tym pisalam ale wyraznie widac tutaj wplyw urody portugalskiej. Inny jest tez typ podrywu, o ile w miastach Indyjskich moze poza Bombajem, mezczyzni sa natarczywo - agresywni, co zreszta przenosza na grunt goanski rowniez tylko w formie stonowanej (Sit here with me, give me a kiss), o tyle wyluzowani goanczycy sa bardziej wyrafinowani w uwodzeniu choc nie mniej bezposredni:) Tak czy siak mozna z nimi przyjemnie pozartowac i podpytac przy okazji o miejscowa kulture. Panie Lotyszki zdecydowanie spaceruja wiecej ode mnie, ja ciagle ze wzgledu na noge a takze na znakomita ksiazke (900 stron) ktora czytam wole posiedziec przy domku albo w barze 5 metrow od domku i kontynuowac lekture i raz po raz chodzic "na przeplywke". Jak juz pisalam jedzenie jest znakomite, a swiezo zlowione ryby to niebo w gebie. Udaje mi sie nawet namowic zdeklarowane wegetarianki na zjedzenie, homara, krewetek i kalmara! Pycha! Nastepnego wieczora znow mamy sprobowac jakis owocow morza, ale widocznie jednak sila wyzsza postanawia uratowac wegetarianki od dalszych grzechow bo nasza restauracja jest pod golym niebiem (wiekszosc restauracji znajduje sie na plazy i niektore maja tylko grill bez "stalej miejscowki") i zaczyna sie urwanie chmury. Troche za wczesnie chyba na monsun. Pada przez prawie godzine, wiec wszyscy goscie tlocza sie pod jedyna w poblizu nie przeciekajaca strzecha, po chwili w wiosce pada prad, a my mamy okazje do integracji z ludzmi w tym 2 ma sympatycznymi Francuzami w wieku ok 50 lat. Rozmawiamy o tym jak nazywa sie Lotwa po Angielsku i francusku i jak zwykle iPod i Google przychodza z pomoca gdy brak pamieci i cywilizacji. (Lotwa - fr: Lethany). Wiekszosc restauracyjnych gosci martwi sie czy aby bambusowo -dyktowe chatki sa dobrze zabezpieczone przed deszczem, a pozatym my jestesmy strasznie glodne bo dlugo czekalysmy na jedzenie no a potem deszcz. W koncu ulewa troche ustaje, w barze przy naszym domku sa swieczki i nie przeciekajacy dach. No i udaje sie zamowic ekspresowo zupe warzywna i jakies drugie. Z niepokojem otwieramy domek! Hurra napadalo tylko w lazience a tam i tak generalnie tylko dziury w podlodze jako odplyw (poza wc). Dziewczyny ida spac, ja zostaje jeszcze chwile pogadac z lokalesami. Nad ranem mam dziwny sen, ze moj nos lize pies i ze spotykam bardzo znanego guru (choc jest to siwy mezczyzna w zachodnim strojum bez brody a nie z broda jak to zwykle guru, zawiniety w powloczyste biale lub pomaranczowe szaty) budze sie i czuje ze nos mam faktycznie mokry, ale po twarzy chyba przebiegla mi jaszczurka (wydaja takie charakterystycznie cwierki), drzwi sa zamkniete na zasuwke ale otwieraja sie, za nimi swit, wychodze na ganek rozgladam sie ale nikogo nie ma. Tego ranka czeka nas misja, musimy zmienic lot Lotyszek. Poniewaz jest to lot laczony z innym operatorem przez Dubai, juz w rozmowie telefonicznej z Air India zaczynaja sie problemy. Ja jako najbardziej obeznana z realiami i najszybciej mowiaca po angielsku, referuje dziewczynom po rosyjsku jak moge cala sytuacje (swoja droga mozg zaczyna mi sie lasowac od 3 dni non stop mowienia na zmiane po rosyjsku -lamanym, angielsku i pisaniu po polsku, ew rozmowiach na skype po polsku. Wiec to co wydaje sie proste ze pasazer ciagle leci tym samym samolotem, tylko wsiada w porcie miedzyladowania, nie jest takie proste bo to juz jest zupelnie inne polaczenie mimo ze ten sam lot i mimo ze bilety byly kupione osobno. Nie ma rady trzeba jechac osobiscie do biura Air India na Goa - 2 godziny taksowka, no ale dziewczyny wola to niz tluc sie 20 godzin z powrotem. Nie wiadomo czy sie uda. Pani w biurze stara sie byc bardzo pomocna, myslimy wiec o locie do Bangalore ale nie ma odpowiedniego polaczenia i tez by trzeba leciec dzien wczesniej. MOzna tez kupic nowy bilet na ten lot bo sa miejsca ale ona nie moze skasowac tego wykupionego lotu bo bilet wystawil agent. W koncu po godzinie okazuje sie ze jednak mozna dokonac podmiany ale bez transferu bagazu, ktory i tak by trzeba wziac recznie, i za doplata bardzo niewielka ok 30 dol od osoby. Hurra!! Bedzie weselej. Juz bardzo przyzwyczailam sie do Lotyszek, jedna ma 42 a druga 55 lat ale bardzo ciekawie nam sie rozmawia, jako ze i one maja bardzo burzliwe zyciorysy. Czuje ze na pewno jeszcze sie spotkamy. Po drodze zwiedzamy Panjim i Margao przynajmniej z okien samochodu. Niektore kobiety tutaj chodza w bluzkach i spodnicach do kolan - prawdziwa rewolucja jak na Indie. Nosza tez sukienki w stylu szmizjerek z rekawem, mlodsze nawet szorty! Wszyscy usmiechnieci i zyczliwi. Po drodze zatrzymujemy sie przy drodze zeby napic sie soku z trzciny cukrowej, robi sie go napedzana silnikiem spalinowym prasa w ktora wklada sie twarde kije trzciny i wciska sie odrobine limonki. Pycha, cukru dodawac nie trzeba:) Swoja droga ciekawe ze z czegos tak twardego mozna wycisnac sok. Tymczasem w Palolem przez kolejne dni poklosie deszczu, raz po raz wylaczaja prad bo nikt nie spodziewal sie takiej ulewy i nie zabezpieczono instalacji:). Wkrotce nasze slodkie dolce far niente dobiegnie konca. To tylko 5 dni ale wielki relaks po pobycie w prawdziwych Indiach (chociaz ja tydzien temu bylam w Varkali). Dziewczyny wyjezdzaja dzien wczesniej niz ja. Jeden dzien mam dla siebie, kupuje klapki, czytam ksiazki i poznaje mloda hinduske dziennikarke z Mumbaiu - no i prosze jest kolejna osoba zainteresowana pomoca przy filmie i informacjami na temat zycia kobiet w Indiach. A jutro.... Pociag 26 godzin do Delhi, ktore jakos nie za bardzo darze sympatia.... no ale przynajmniej bedzie baza wypadowa do Amritsaru i moze do Dharamsali, moze uda mi sie porzucic znowu duzy plecak i jechac w droge z tornistrem. Tymczasem zostaje mi ostatnich 200 stron ksiazki Shantaram, wciagajacej historii pewnego australijczyka ktory uciekl z wiezienia i zamieszkal w Indiach. Na kolacje pozegnanie z rybka, a rano po porannym plywaniu na dworzec do Margao. I adieu Palolem... bede tesknic.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz