piątek, 10 czerwca 2011
Pozegnanie z Indiami i Bangkok!
A wiec wyszlo jak zwykle. czyli jak zwykle w indiach. Zeby ulatwic sobie i tak trudne dla mnie sytuacje lotniskowe, wspominajac Dublin postanowilam skorzystac z opcji self check in. A na lotnisko pojechac nowa superszybka linia metra. A wiec nowa superszybka linia metra, pachnaca jeszcze swiezo wysychajacym cementem dziala znakomicie. 25 minut podrozy na lotnisko minelo niczym sekunda. Nie spodziewalam sie ze bede wylatywala z Delhi, nie spodziewalam sie ze tak przyzwyczaje sie do Indii, ze z tak wielkim zalem bede wyjezdzac. Choc przeciez wszyscy znajomi pisza tez z ulga o czystosci ktorej doswiadczaja po przyjezdzie do dowolnego innego kraju. Zostawiam tez za soba mnostwo przyjaciol, Adama ktory czeka az snieg na przeleczy stopnieje i bedzie mogl uczyc w szkole, Samira ktory wlasnie czeka na narodziny pierwszego syna. Indie to na prawde niesamowity kraj ktory mozna zarazem kochac i nienawidzic. No ale nic przystanek Lotnisko - Indira International Airport wyrywa mnie z melancholii. Juz przy drzwiach wejsciowych do kompleksu lotniskowego stoi paru uzbrojonych po zeby zolniezy i skrupulatnie sprawdza paszporty, bilety itp. choc to jeszcze nie check - in i przed wejsciem tlocza sie takze rodziny odprowadzajace podroznych . Jak zwykle lot nocny, wiec jestem wczesniej, 4 godziny, z Kalkuty mialo byc 2 ale plan sie zmienil. Oczywiscie przy stoisku check in okazuje sie ze self check in nic nie znaczy i dalej musze czekac ze wszystkimi innymi w kolejce, z ta roznica ze juz wiem gdzie siedze. A przeciez jeszcze musze przemiescic sie na wlasciwa czesc terminalu plus operacja "uspokoic sie przed lotem". Poziom nerwowosci zaczyna wzrastac - chyba juz duchowo opuscilam indie bo zamiast jak zwykle ze stoickim spokojem podchodzic do tematu, poczulam wjatkowy przyplyw irytacji. Trudno, swietnie jak mawiala babcia. Kiedy juz wreszcie udalo mi sie jako tako dotoczyc do samolotu i przetrwac lot (lubie pilotow Air Asia). Czekalo mnie zdobycie wizy Tajskiej "on arrival". A wiec zdjecie (mialam, wiedzialam, posiadalam), wypelnienie formularza (bez problemu) oraz 1000 batow ( wlascie bahtow waluta Tajska), odstanie w kolejce ze wszystkimi przybylymi z Indii hindusami, byla tez druga kolejka z napisem "priority. express. transfer" ale postanowilam ze moze lepiej bedzie zaczekac w tej pierwszej. Po odstaniu 40 minut, w koncu stanelam twarza w twarz z panem urzednikiem sluzbista i dowiedzialam sie ze poniewaz nie posiadam biletu wyjazdowego, to wizy nie moge dostac. Nie pomoglo wyjasnienie ze chce podrozowac do Malezji ladem (gdzie moj bilet na autobus?), jedyne wyjscie teraz na lotnisku isc do kafejki internetowej (na szczescie jest) i kupic bilet na samolot, autobus, karawane cokolwiek. W miedzyczasie wyniklo jeszcze pare problemow z platnoscia karta, i juz wyczerpana tym wszystkim, lotem zmiana, czasu, ganianiem po terminalu postanowilam jednak dowiedziec sie o co chodzi z kolejka express, bo w miedzyczasie do zwyklej kolejki ustawil sie kolejny samolot hindusow. A wiec za dodatkowe 300 batow (ok 30 zl) mozna bylo obyc sie bez kolejki, pan w tym okienku rowniez byl duzo milszy, i nawet nie spytal o bilet do Kuala Lumpur (najtanszy i w miejsce do ktorego moze ewentualnie bym sie i udala), wiec juz na prawde poczulam uderzajaca mnie fale zwatpienia i zmeczenia. Wreszcie udalo sie, choc bagaz po godzinie juz zostal zdjety z tasmy i zastanawialam sie gdzie wlasciwie go szukac. Ale na szczescie lezal sobie obok tasmy, jeszcze tylko lokalna gotowka, karta sim i bede mogla zadzwonic do mojej gospodyni na jedna noc. Poprzednich kilka dni spedzilam na wysylaniu prosb o hosting ale jakos to bylo swieto pracy takze i w tajlandii i ludzie nie za bardzo odpowiadali, udalo mi sie w koncu po wyslaniu 20 zapytan, a potem kolejne dni w sumie troche na chama bo akurat ta osoba miala zamowionego goscia ale jakos sie dogadalysmy ze 2-3 dni moge zostac na podlodze i razem z ta osoba pozwiedzac Bangkok. Z lotniska jeszcze klimatyzowany pociag do centrum, i tutaj oczywiscie mnostwo szokow:) pierwszy szok: jak tu czysto!, drugi szok: wilgotnosc tak niemozliwa ze pot doslownie leci z czlowieka strumieniami. Tymczasem taksowka nie chce mnie podwiezc bo za blisko, wiec tarabanie sie do metra po to zeby przejechac 1 stacje. Na zewnatrz 32 stopnie, co nie jest jakims specjalnym problemem gdyby nie to ze czlowiek staje sie chodzacym prysznicem, a nastepnie wchodzi do metra gdzie jest jakies 16 stopni. Na szczescie mimo ostrzezen wielu znajomych, nie przeraza mnie ani ruch uliczny ani zanieczyszczenie, ani wrazenie tloku w Bangkoku. Po Indiach to wszystko jak bulka z najslodsza nutella. Mimo zmeczenia, a musze pokonac jeszcze kilka przecznic piechota z 2 ma plecakami, fascynuje mnie ten krajobraz troche jak komiks manga, troche jak Nowy Jork na wschodzie. Wiezowce, budynki, wiadukty, nie przerwany ciag samochodow, bazarki, uliczne jedzenie, sprzedawcy, tajowie z kolorowymi farbowanymi fryzurami. Docieram na miejsce. Teraz kilka godzin snu a potem w miasto. Niestety po drodze zdaje sobie sprawe ze zaginela mi karta bankomatowa - czeka mnie wiec jeszcze zablokowanie jej i dowiedzenie sie jak moge korzystac ze swojego konta. Na szczescie sa sposoby i przyjaciele, choc teraz wiem ze moglam wyrobic sobie dodatkowa karte. Rozwazam doslanie karty DHLem, ale pewnie zanim poczta polska dosle ja z lodzi to mimo ze wystawienie trwa 2 dni, mina lata swietlne. Czas +1.5 do czasu Indyjskiego. Punktualnosc nieporownywalna. Witamy w innym swiecie. Tymczasem dobranoc Indie. A po poludniu start exploracji Bangkoku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)