poniedziałek, 28 lutego 2011
Bombaj - Mumbai
Pociag powoli zaczal wjezdzac w strefe miejska Bombaju. Przy torach palmy, smieci i oczywiscie kilometry slumsow. Bombaj to najnowoczesniejsze miasto Indii a jednoczesnie w jego obszarze znajduje sie najwiecej kilometrow kwadratowych slumsow na swiecie. Na poczatku bombaj skladal sie z siedmiu wysp ktore z czasem w ramach wyrywania ziemi morzu polaczono w calosc. Wg spisu ludnosci z 2008 mieszka tu ok 17 000 000 ludzi, a na kazdy 1 000 000 ludzi jest az 17 toalet. Nie dziwi wiec ze tyle ludzi zalatwia swoje potrzeby na ulicy. Zreszta tak sie dzieje w calych Indiach, mowie oczywiscie o mezczyznach ktorzy z duma wyciagaja swe narzady gdzie popadnie i jeszcze rozgladaja sie po okolicy czy aby wszyscy podziwiaja ze oto wlasnie oddaja mocz. Wyspy Bombaju zasypywano ziemia, smieciami i tak powstal jeden polwysep. W 1995 roku zmieniono nazwe Bombaj na Mumbai. To ogromne i kosmopolityczne miasto z 3ma lotniskami, gdzie nikogo nie dziwi ani widok bialej kobiety, ani lokalnej kobiety w T-shircie (gdzie indziej t-shirt raczej wzbudza zainteresowanie). Wiele kobiet prowadzi samochody, skutery a takze wychodzi po zmroku. Z moimi dwoma plecakami tradycyjnie nie moglam opedzic sie od "pomocnych" rykszarzy, podeszlam wiec do najbardziej spokojnego ktory i tak targowal sie zaciekle tlumaczac sie ze parking przed dworcem kosztuje. No ale co mnie to obchodzi, przeciez moge wyjsc poza parking i tam zlapac ryksze, skoro wiem ze cena do mieszkania Saszy powinna wynosic okolo 100 rp. Jakos udalo nam sie dogadac cene plus tradycyjne 20% za plecaki i dalsze 10 za biala skore. Akurat przy stacji Bandra gdzie zawital moj pociag rozpoczyna sie najwiekszy slums na swiecie, ale sa tez i normalne domy. Jako tako przepchnelismy sie przez korek i nawet prawie nie zdziwil mnie kucajacy na lewym pasie czteropasmowej jezdni dziesieciolatek bez spodni ktory beztrosko ogladal swiezo zrobiona przez siebie na ulicy kupe. Rykszarze w Mumbaju sa chyba najbardziej szaleni w calych Indiach. Ja juz przyzwyczailam sie do trabienia (ktore oznacza: ustap, bede wyprzedzac lub tez nie wpychaj mi sie pod kolo), a takze do tego ze motoryksze wciskaja sie prawie pod autobusy i ciezarowki. Zazwyczaj jednak nie rozwijaja wiekszej predkosci niz 30-40 km/h ale pan bombajski rykszarz postanowil dac popis brawury i wyprzedzic nie tylko autobusy, inne ryksze i ciezarowki ale takze wszystkie inne pojazdy po drodze. Moze byl zly ze sie targowalam albo spieszyl sie na inne zlecenie. Jednakze jak widac przezylam. W Polsce chyba nie znioslabym takiej jazdy, to samo tyczy sie kierowcow autobusow podmiejskich ktorzy w Polsce doprowadzaja mnie niemal do histerii, tutaj wszyscy prowadza jak szaleni - ale nawet jesli wyprzedzaja na 3ceiego to nie ma w nich tego polskiego cisnienia zeby przetrzymac tego z naprzeciwka do ostatniej chwili, pokazac kto jest silniejszy. W Indiach mimo wszystko rzadzi ahimsa- czyli zasada nie wyrzadzania innym ludziom krzywdy. Dojechalam do domu Sashy i nawet udalo mi sie trafic mimo ze nigdzie nie ma nazw ulic a ludzie poruszaja sie po tzw "Landmarks", a to kolo hotelu takiego i takiego a to kolo bazaru a to kolo ogrodow takich a takich. Sashy nie zastalam ale zastalam dwie niemieckie mlodziutkie couchsurferki ktore spedzily w indiach 3 miesiace pracujac na zmiane w szpitalu i wdomu dziecka. Upal i wilgoc w Mumbaju wyraznie dawaly sie we znaki, jednak na szczescie moj pedzacy glut po malu zaczal ustepowac. Po miescie mozna poruszac sie odpowiednikiem trojmiejskiej SKM-ki gdzie krouluja wagony z otwartymi drzwiami i obowiazkowo przedzialy tylko dla kobiet coby scisnieci mezczyzni owych kobiet nie macali za bardzo. Zreszta panie potrafia byc bardzo waleczne nawet i w swoim gronie. Nieustanne przepycchanie sie, przesadzanie i ustalanie kto ma gdzie stac kroluje na calej trasie. Na bardziej popularnych stacjach na prawde trzeba uwazac zeby ktoras wojowniczka nie polamala innej zeber. Oprocz w pociagach kroluje wszechobecna sprzedaz nareczna (agrafki, grzebienie, spinki, a w godzinach popoludniowych takze przekaski), zebracy, oraz spiewako-zebracy. Przekroj twarzy jest imponujacy od urode mocno tajskiej, tylko bardziej sniadiej, po niemal kurdyjska bladosc oraz rysy afrykanskie. Niesamowite sa takze okutane muzulmanki (takze z henna na rekach - czyli nie jest to sprawa religijna a raczej kulturowo tradycjyma) ktore ciezko opadaja na siedzenia zdejmujac po koleji zaslone z twarzy , wlosow, oraz szal. Co do muzlmalnek zreszta to w sumie ciekawa sprawa, Mumbai to miasto bardzo kosmopolityczne, mozna tu zobaczyc pary trzymajace sie za rece, co na prawde nie zdarza sie w Indiach, ale dziwia muzulmanki zakryte do reszty i trzymajace sie za rece z mezczyznami. MIasto jest bardzo duze, glowna czesc lezy na poludniu nazwya sie Colaba i wyglada jak mini Londyn, poza tym jak na Indie to (oprocz slumsow i torow kolejowych) jest bardzo czysto, sa kosze smieci, i smieciarki. Pelno jest barow, restauracji, sklepow w stylu zachodnim. To tutaj bardzo czesto producenci filmow bollywodzkich werbuja bialych do statystowania w filmach. Tutaj tez znajduje sie India gate oraz hotel Taj Mahal w korym 3 lata temu wybuchly bomby. Odrobine na polnocny zachod lezy plaza Chowpatti (nie kapac sie - grozi wypaleniem skory na nodze) gdzie wieczorem wszyscy przechadzaja sie, zakaszaja uliczne przysmaki i wate cukrowa i delektuja sie chlodem wieczoru. Prawda jest taka ze w poludnie (zwlaszcza o tej porze roku) na dworzu nie ma paktycznie ruchu, parki, centra handlowe, wiekszosc restauracji zaczyna zyc po zmroku a do tego czasu kazdy chowa sie gdzie moze. W luksusowej dzielnicy Malabar Hill polozonej jak sama nazwa wskazuje na wzgorzu, mieszcza sie wiezowce z widokiem na Morze Arabskie, oraz piekny park zwany wiszacymi ogrodami. Razem z moimi niemieckimi towarzyszkami strzelilysmy sobie lody i podziwialysmy piekna panorame miasta oraz slicznie utrzymana zielen. To kolejne Niemki na mojej drodze i bardzo pozytywnie jestem zadziwiona bardzo pozytywnym nasatwieniem mlodych Niemcow do Polakow. Maja nas za ciezkopracujacych, dobrze znajacych angielski i ... uczciwych. Przejechalysmy takze przez poludniowa czesc miasta autobusem co pozwolilo nam nieco zorientowac sie w tym bardzo roznorodnym miescie. Tak jak pisalam wczesniej Mumbai okazal sie tym co wyobrazalam sobie o Delhi. Tutejsze uniwersytety maja bogata oferte studiow oraz stypendia adresowane do najnizszej kasty niedotykalnych Dallit. Co ciekawe na ulicach tego miasta nie ma tak bardzo wszechobecnych krow, za to na polnocy miasta znajduje sie ogromny kompleks bedacy polaczeniem mleczarni i pgru (wiec moze tam wedruja wszystkie krowy i nie musza moze dzieki temu zjadac plastiku.). Kolejna kwestia to temat slumsow, ludzie maja tam prad, sklepy, komutery, internet, glowny problem polega na tym ze sa to domy sklecone z byle czego z fatalnymi warunkami sanitarnyni. Oprocz tego duzo ludzi mieszka, spi, i gotuje czasem doslownie na srodku ulicy czy chodnika. Trzeba zauwazyc ze problem nie bierze sie tylko z kiepskiej polityki mieszkaniowej czy socjalnej (ktora zapewne istnieje skoro zapewniane sa miejsca w parlamencie i szkolach dla najnizszych kast) ale takze stad ze Indie maja 123 plemiona koczownicze, ktorych to czlonkowie wola mieszkac w namiotach skleconcyh z foli i szmat niz mieszkac w stalym domu. Bardzo czesto widzi sie te namioty na obrzezach miast a takze w bardziej ustronnych miejscach duzych miast, niektorzy maja nawet namioto-garaze na motocykle czy skutery. W Mumbajskiej gazecie przeczytalam takze ze Indie maja zespol heavy metalowy Pentagram co jakos zupelnie mi do tej kultury nie pasuje, pewnie zreszta ma tylko wziecie w stanie indii w ktorym znajduje sie Mumbai czyli Maharashtra, ktory to ogolnie jest uznawany za bardziej liberalny (czy tez pro zachodni). Nie chce przez to mowic ze Indie sa krajem zacofanym, sa po prostu krajem ogromnych kontrastow, gdzie z jednej strony wszyscy maja internet a z drugiej kobiety nie wychodza po zmroku, czy tez dziwia sie ludziom ubranym na sposob zachodni. W nastepnej kolejnosci czeka mnie wizyta w miescie Aurangabad, w samym miescie niewiele co jest ale za to nie daleko znajduja sie piekne rzezbione (recznie dlutem!!!) w skale swiatynie i klasztory oraz malowidla buddyjskie, dzinistyczne oraz hinduistyczne z ktorych najstarsze siegaja 5 wieku p.n.e.
Ajmer Bombaj sobota niedziela
osoba na dzis: Ines,
Udalo mi sie dotelepac na stacje calkiem przed czasem i z godnoscia bez naciagania (dzielona ryksza za 20 rp w ktorej jednak bylam tylko ja ale pan nie mogl znalezc nikogo innego.). Siedzialam sobie wiec juz na peronie godzine wczesniej i obserwowalam a to tzw. chai-walla (panow z herbata) a to innych walla co sprzedaja wszystko do jedzenia. Np pan od prazonych fistaszkow zazwyczaj przechadza sie po peronie lub po calym pociagu glosno zawodzac cos w rodzaju" booomboooleeeeeye bomboolleeeeeeye", pan od herbaty za to zachwala napitek "chaaaai chaai masala chai" glosem posrednim miedzy papuga a kwekaniem. Zreszta wszyscy panowie od herbaty mimo ze mowia normalnie to przyjmuja ten sluzbowy kwekliwy glos - moze to poprostu czesc zawodu. Oprocz tego po peronie kreca sie ak zwykle zebracy -maja wybredny gust bo nie chca herbatnikow ani pieniedzy tylko "banana, banana" i ni jak im wytlumaczyc ze masz tylko wode i herbatniki bo przeciez porzadny turysta to chyba ma ze soba trzydaniowy obiad mimo ze w pociagu mozna kupic wszystko, a juz na pewno powinien miec banany. Co pare minut podchodza takze panowie o urodzie wloskich cwaniaczkow (tylko ciemniejszej karnacji) i oferuja lancuchy do przypiecia bagazu oraz chusteczki do mycia rak. Niestety ja juz wszystko mam wiec cierpliwie siedze i od czasu do czasu usiluje odpedzic pania zebraczke (ktora jak na indyjskie warunki jest ubrana calkiem calkiem) i wytlumaczyc ze banana nie mam i nie bede miala. Do odjazdu pociagu 15 minut ale jeszcze go nie ma bo zdaje sie ze jedzie z Delhi. Oczywiscie wiekszosc hindusow tloczy sie w jednym miejscu chociaz pociagu jeszcze nie ma. Dziwne to zwyczaje bo czestoo jest tak ze jada autobusem, metrem czy pociagiem iles godzin ale nagle kiedy pojazd juz staje nagle w drzwiach staja wszyscy i wszysc sie pchaja jakby ich ta minuta zbawila. Mimo indyjskiego "shanti shanti" nawet na schodach ruchomych czy w drzwiach sklepu wszyscy musza byc pierwsi mimo ze jest czas i duzo miejsca dla wszystkich. W moim kierunku zmierza usmiechnieta dziewczyna z ogromnym plecakiem, kolczykiem pod warga w zawadiackiej czapeczce z daszkiem, w dzinsach i trampkach. Od razu sie usmiecham do niej i widze ulge w jej oczach - dwie biale kobiety z plecakami na peronie zawieraja pakt:). Okazuje sie ze jest z niemiec i rowniez byla w Puszkar ale jakos sie nie spotkalysmy, teraz zmierza do Mumbaju. Co wiecej jedziemy tym samym wagonem wiec juz razniej, a kiedy dochodze na swoje miejsce okazuje sie ze ona siedzi obok a spac bedzie na pryczy bezposrednio nade mna. Obie czujemy wielka radosc z tego powodu bo nic tak nie cieszy jak mozliwosc pojscia do toalety bez malego plecaka, kiedy jest tylko dziura w kabinie a pociag strasznie trzesie :) Poza tym razem razniej, choc wspolpasazerowie w naszym "przedziale" sa bardzo sympatyczni i prawie wszyscy mowia po angielsku. W koncu to pociag do Mumbaju klasa 3ac. AC to oczywiscie wentylator przymocowany na suficie., "przedzial" to 3 i 3 prycze na przeciw siebie po lewej stronie przejscia orocz tego rownolegle do przejscia ciagna sie rzedy pryczy tez po 3. Czysciej chyba niz w niejednym polskim pociagu, nawet kibelek czystszy choc nie czysty. Smieci oczywiscie wywalamy za okno bo tak kaze konduktor. Oprocz tego w pociagu do kupienia, kawa herbata, biriani (potrawa z ryzu), czpati z sosem z soczewicy, ciastka, slodycze, owoce i nigdzie nie trzeba chodzic.
Ines - bo tak ma na imie dziewczyna jest w podrozy dookola swiata - to jej 1 miesiac w podrozy, a w indiach bedzie 3 miesiace, potem Nowa Zelandia i Argentyna gdzie bedzie odbywac praktyki. Okazuje sie ze bilet dookola swiata jest tanszy niz bilet do Argentyny a ona jako ze ma czas postanowila jeszcze zwiedzic to i owo. Byla juz raz w Mumbaju bo tu ladowala tak wiec po drodze wyminilysmy liczne wskazowki dotyczace Indii i wogole podrozowania i kobiet w podrozy. Sasiedzi kulturalnie polozyli sie spac o 21 takze mozna bylo troche zmruzyc oko. Podroz minela bardzo sympatycznie i mysle ze z Ines spotkamy sie jeszcze na trasie. to na tyle o pociagu. o bombaju wkrotce bo czas w kafejce sie wlasnie konczy. powiem tyle ze jest to miasto wielu kontrastow piekne i brzydkie zarazem ale chyba moje ulubione. Wlasnie tak wyobrazalam sobie Delhi a tymczasem to Mumbai wyglada jak moje wyobrazenie indyjskiej stolicy.
Udalo mi sie dotelepac na stacje calkiem przed czasem i z godnoscia bez naciagania (dzielona ryksza za 20 rp w ktorej jednak bylam tylko ja ale pan nie mogl znalezc nikogo innego.). Siedzialam sobie wiec juz na peronie godzine wczesniej i obserwowalam a to tzw. chai-walla (panow z herbata) a to innych walla co sprzedaja wszystko do jedzenia. Np pan od prazonych fistaszkow zazwyczaj przechadza sie po peronie lub po calym pociagu glosno zawodzac cos w rodzaju" booomboooleeeeeye bomboolleeeeeeye", pan od herbaty za to zachwala napitek "chaaaai chaai masala chai" glosem posrednim miedzy papuga a kwekaniem. Zreszta wszyscy panowie od herbaty mimo ze mowia normalnie to przyjmuja ten sluzbowy kwekliwy glos - moze to poprostu czesc zawodu. Oprocz tego po peronie kreca sie ak zwykle zebracy -maja wybredny gust bo nie chca herbatnikow ani pieniedzy tylko "banana, banana" i ni jak im wytlumaczyc ze masz tylko wode i herbatniki bo przeciez porzadny turysta to chyba ma ze soba trzydaniowy obiad mimo ze w pociagu mozna kupic wszystko, a juz na pewno powinien miec banany. Co pare minut podchodza takze panowie o urodzie wloskich cwaniaczkow (tylko ciemniejszej karnacji) i oferuja lancuchy do przypiecia bagazu oraz chusteczki do mycia rak. Niestety ja juz wszystko mam wiec cierpliwie siedze i od czasu do czasu usiluje odpedzic pania zebraczke (ktora jak na indyjskie warunki jest ubrana calkiem calkiem) i wytlumaczyc ze banana nie mam i nie bede miala. Do odjazdu pociagu 15 minut ale jeszcze go nie ma bo zdaje sie ze jedzie z Delhi. Oczywiscie wiekszosc hindusow tloczy sie w jednym miejscu chociaz pociagu jeszcze nie ma. Dziwne to zwyczaje bo czestoo jest tak ze jada autobusem, metrem czy pociagiem iles godzin ale nagle kiedy pojazd juz staje nagle w drzwiach staja wszyscy i wszysc sie pchaja jakby ich ta minuta zbawila. Mimo indyjskiego "shanti shanti" nawet na schodach ruchomych czy w drzwiach sklepu wszyscy musza byc pierwsi mimo ze jest czas i duzo miejsca dla wszystkich. W moim kierunku zmierza usmiechnieta dziewczyna z ogromnym plecakiem, kolczykiem pod warga w zawadiackiej czapeczce z daszkiem, w dzinsach i trampkach. Od razu sie usmiecham do niej i widze ulge w jej oczach - dwie biale kobiety z plecakami na peronie zawieraja pakt:). Okazuje sie ze jest z niemiec i rowniez byla w Puszkar ale jakos sie nie spotkalysmy, teraz zmierza do Mumbaju. Co wiecej jedziemy tym samym wagonem wiec juz razniej, a kiedy dochodze na swoje miejsce okazuje sie ze ona siedzi obok a spac bedzie na pryczy bezposrednio nade mna. Obie czujemy wielka radosc z tego powodu bo nic tak nie cieszy jak mozliwosc pojscia do toalety bez malego plecaka, kiedy jest tylko dziura w kabinie a pociag strasznie trzesie :) Poza tym razem razniej, choc wspolpasazerowie w naszym "przedziale" sa bardzo sympatyczni i prawie wszyscy mowia po angielsku. W koncu to pociag do Mumbaju klasa 3ac. AC to oczywiscie wentylator przymocowany na suficie., "przedzial" to 3 i 3 prycze na przeciw siebie po lewej stronie przejscia orocz tego rownolegle do przejscia ciagna sie rzedy pryczy tez po 3. Czysciej chyba niz w niejednym polskim pociagu, nawet kibelek czystszy choc nie czysty. Smieci oczywiscie wywalamy za okno bo tak kaze konduktor. Oprocz tego w pociagu do kupienia, kawa herbata, biriani (potrawa z ryzu), czpati z sosem z soczewicy, ciastka, slodycze, owoce i nigdzie nie trzeba chodzic.
Ines - bo tak ma na imie dziewczyna jest w podrozy dookola swiata - to jej 1 miesiac w podrozy, a w indiach bedzie 3 miesiace, potem Nowa Zelandia i Argentyna gdzie bedzie odbywac praktyki. Okazuje sie ze bilet dookola swiata jest tanszy niz bilet do Argentyny a ona jako ze ma czas postanowila jeszcze zwiedzic to i owo. Byla juz raz w Mumbaju bo tu ladowala tak wiec po drodze wyminilysmy liczne wskazowki dotyczace Indii i wogole podrozowania i kobiet w podrozy. Sasiedzi kulturalnie polozyli sie spac o 21 takze mozna bylo troche zmruzyc oko. Podroz minela bardzo sympatycznie i mysle ze z Ines spotkamy sie jeszcze na trasie. to na tyle o pociagu. o bombaju wkrotce bo czas w kafejce sie wlasnie konczy. powiem tyle ze jest to miasto wielu kontrastow piekne i brzydkie zarazem ale chyba moje ulubione. Wlasnie tak wyobrazalam sobie Delhi a tymczasem to Mumbai wyglada jak moje wyobrazenie indyjskiej stolicy.
piątek, 25 lutego 2011
Leaving Pushkar... 26.02

Dzisiaj sobota imieniny kota. A przede wszystkim dzien papryczek i cytrynki, we wszelkich mozliwych miejscach. Musze powiedziec ze calkiem przyzwyczailam sie juz do tego turystyczno - lokalnego miasteczka i nawet slyszalam ze niektorzy siedza tu po miesiac-dwa. Jednak troche szkoda by bylo te wywalczone 2,5 miesiaca wizy spedzic tylko w jednym miejscu. Tym bardziej ze dostalam juz pare porad gdzie warto sie udac. Jak juz pisalam przybywajacy tutaj hipisi ciagle jeszcze stanowic moga zaskoczenie dla miejscowych choc w ciagu ostatnich 10 lat turystyka preznie sie tu rozwinela. W polnocnych regionach od dawna znanych z ashramow w kotrych odbywaja sie orgie seksualne, miejsc ktore odwiedzial john lennon czy reszta wspanialej piatki, oraz Dharamsali gdzie mieszka miesozerny Dalai Lama kolorowy tlum juz nikogo nie rusza, i wiele rzeczy robionych jest pod turystow. Tutaj poki co kobiety z dredami do pasa robia na miejscowych niesamowite wrazenie, pokazuja sobie je palcami i smieja sie poklepujac sie nawzajem po plecach ( i pewnie wice wersa), w indiach dready od wiekow byly noszone przez swietych Sadhu jako znak pogardy wobec pielegnacji wlasnego ciala i dobr ziemskich. Puszkar jednak przyciaga cale masy kobiet w dredach jak i niemieckie turystki ktore nawet nie staraja sie dopasowac i nosic przynajmniej spodnico spodnie , lub spodnie z krokiem do pasa, lub chociaz legginsy do spodnicy tylko pomykaja w koszulkach na ramiaczkach i szortach dumnie odslaniajac piegowate cialo. Miejscowe kobiety z Puszkaru szyja i szyja.... Szyja sprzedawana tutaj licznie odziez typu indo-western czyli rzeczone spodnicospodnie czy tez McHammery z krokiem w kostkach, ktorych lokalesi tak na prawde nie nosza. Szyja posciel oraz torby podobne do tych z ktorymi do nas przyjezdzaja wszchodni sasiedzi, z taka roznica ze u nas te torby sa w krate a tutaj z kolorowych materialow i jeszcze czasem maja napisane "diesel" albo "adidas". Jesli chodzi o gospodarstwo domowe to swietnie sprawdza sie brytyjski system 2 kranow, teoretycznie na zimna i nie tak zimna wode. Wszystko i tak wlewa sie do kubla ktor
ym mozna sie polewac. Czasem mozna dostac lub kupic grzalke ktora wyglada jak wafel andrutowy na dwoch golych drutach z wtyczka lub czesciej bez i tym sie podgrzewa wode w kuble ktora nastepnie mozna sie polewac. Czesto tez nie ma pradu, zwlaszcza w mniejszych miejscowosciach. Czasem bywaja termy ale jeszcze nie spotkalam sie z tym zeby plynela z niej ciepla woda, najczesniej plynie wlasnie nie-lodowata. Moze to dlatego ze zazwyczaj mieszkam: a) za darmo b) za 7 zl c) max za 20 zl. Ale to nie jedyna roznica miedzy ciepla i wygodna Polska. Otoz marchew tutaj jest czerwona (koloru jasnego buraka) a czasem nawet biala jak rzodkiew, ale dalej smakuje jak marchew. Czerwonej marchwi uzywa sie do barwienia tkanin w sposob naturalny (przewaznie drozszych i nie opcja dla turystow
- barwione chemicznie - schodzi po 3 -4 praniach). Duzo kontrowersji na fejsbuku wzbudzilo moje sniadanie ale zapewniam ze oczywiscie jest tutaj jedzenie dla wszystkich kieszeni, mozna i po 30 groszy mozna i po 7 -20 zl co juz jest mega wypasem ktorego ja i tak nie jestem w stanie przejesc. Ja tam bardzo lubie ryz z kurkuma, kolendra przyprawami i chili w gazetce. Czasem jak mnie jakies umorusane dziecko czy matka poprosi to tez im kupie. A jakbym poszla na takie za 10 zl to ani zapakowac ani umorusakow tam nie wpuszczaja. Kolejne kontrowersje dotyczyly zdjec, ze bieda i ze nie wygladaja jak broszury reklamujace wyjazd do Indii. Tak jak pisalam sa tutaj oczywiscie azyle dla turystow z basenem i recznie czesana trawka, nawet bylam na kolacji w jednym takim, ale przeciez jest tez i rzeczywistosc moze i biedna ale ludzie potrafia byc szczesliwi, moze dlatego ze wiedza ze nie sa w stanie zmienic ani poprawic swojego bytu. Poza tym nie jezdze pierwsza klasa, nie jade na safari z wielbladem ani sloniem - szkoda mi wymeczonych zwierzat - a pozatym przypominam ze wybralam podroz do Indii takze ze wzgledu na to ze w Polsce niedlugo bym pozyla za te same pieniadze. Jednym slowem nie szaleje - no chyba ze chodzilo o Taj Mahal. Byc moze tez wybiore sie na przeplywke lodka po Gangesie w Varanasi posrod lotosow, swieczek, i resztek cial. Po malu uklada mi sie jako taki plan podrozy: Na razie w planie Mumbai, Goa, Hampi, Gokarna, Bangalore (tam medytacje), Kerala (kovalam) i cos w tamil nadu, moze Pondicherry a potem moze Varanasi, Lucknow, Amrit, Dharamsala, Rishikesh, Dajerling i Sikkim ( jak tylko na polnocy zrobi sie cieplej). Ale jak odwiedze tylko kilka z tych miejsc to tez bedzie dobrze. Dzisiaj jade wspomnianym pociagiem 17godzin i na dolnej pryczy (jest 6 w przedziale) zobaczymy co i jak bedzie. Plecak zrobil sie ciezszy ale mniejszy (moze wszystko sie juz ugniotlo jak trzeba) no i zamienilam ksiazke "Holy Cow" (swietna polecam - o kobiecie ktora mieszkala w indiach i ich nie lubila) na ksiazke o buddyzmie jako ze moja zakupilam za 150 rp a potem ksiegarz oferowal mi tylko 50 a ja chcialam inna ksiazke o indiach za 220 rp. W miedzyczasie przybyl jakis inny mlody czlowiek i bezprowizyjnie zamienilam sie z nim na to co mial czyli "Drogocenny Różaniec Najwyborniejszej Drogi" niejakiego Gampopy mnicha tybetanskiego - w prosty sposob wykladajacy droge do buddyzmu. Wolalabym cos bardziej esejowego o indiach wlasnie ale jakos w kieszeni odezwal mi sie waz i nie chcialam panu ksiegarzowi dac zarobic. Zobaczymy moze w innymi miescie cos zamienie albo kupie. Pozatym nie chce sie obciazac zbytnia iloscia ksiazek. Plecak i tak wazy 11 kg. Plus aparat plus biblia the lonely planet. Wlasnie w tej chwili dostalam maila i byc moze znow zmienia sie moje plany bo znajomy ktorego poznalam w jaipurze i z ktorym mialam polaczyc sily zaproponowal nowa trase. zwiedzanie jaskim buddyjskich plus pol herbacianych. W sumie czemu nie. Tym bardziej ze jakos nie idzie mi zawiazywanie znajomosci mimo ze zagaduje ludzi przy herbacie, w ksiegarniach etc. Moze poprostu nie jestem az takim dredziastym hipisem, nie jestem tez z izraela, a moze nie wysylam odpowiednich sygnalow. Moze tez nie chodze na sniadanie na owsianke z sokiem za 80 rp:) moze latwiej jest poznac kogos w grupie, a moze dlatego ze nie ma tutaj polakow (widzialam 2jke przelotnie) ale mam nadzieje ze to nie wyjdzie mi na zle. Nabylam tez ciemne okulary coby mi sie mniej kurzyly moje no i zeby nie bylo ze patrze miejscowym gachom w oczy przez co zachecam ich do niewiadomo czego. Trzeba nadmienic ze edukacja seksualna jest w indiach bardzo slaba, od lat toczy sie debata o wporwadzenie jej do szkol (co (jak wiemy z wlasnego podworka ) powoduje wiele kontrowersji. Chlopcy zamiast tego ogladaja pornosy z bialymi kobietami i sadza ze wszystkie biale kobiety sa zawsze chetne i gotowe a normalny seks wyglada tak jak na filmie porno. Za to w moich nowych okularach wygladam jak pankowiec - cybulski no i dobrze. Moze troche odstrasze:) Zreszta mnie specjalnie nikt nie zaczepia na szczescie:) to tyle na dzis i zobaczymy jak pojdzie podro
z i jak trafie do Saszy ktora jest moja gospodynia w Bombaju:)czekam na pytania i komentarze
pushkar
7. Dalaj lama nie jest wegetarianinem. Troche to dziwne. no ale coz skoro to muzulmanie zabijaja mieso dla niego.
8. chcialam kupic bilet Ajmer -Mumbai, 3 dni on-line bez skutku, w koncu wczoraj z glutem do pasa zrobilam sobie wycieczke do Ajmer (40 min od Puszkar) i na stacji od razu, bez problemu kupilam bilet. Klasa 3 AC, niestety dolna prycza, co znaczy ze pojde spac kiedy juz wszyscy pojda. ale dobre i to. Podroz bedzie trwala 17 godzin:) oby tylko sie udalo jakos ksiazke zdobyc:)
9. jakos nie dziala na mnie ze pan ktory robi jedzenie drapie sie najpierw po brudnej stopie. oby goracy olej wszystko zabil. zreszta nawet tabuny much nie sa dokuczliwe, widocznie ich afrykanskie kuzynki sa bardziej wyglodniale i bardziej rzucaja sie na ludzi.
10. na poboczach drog, na samochodach, na progach domu zauwazylam powiazane papryczki chilli, podobno dzialaja odpierajac zla energie - z tego samego tez powodu maluje sie dzieciom oczy dookola czarna kredka. papryczki kladzie sie we wtorki i w soboty.
11. po puszkarze kreca sie tabuny bosych wytuatuowanych i odslaniajacych nie te czesci ciala co trzeba hipisow. Ale tylko w pewnych godzinach. Jeszcze nie udalo mi sie dowiedziec gdzie przebywaja w innych godzinach, czy maja tu jakas komune czy po prostu to zbieg okolicznosci a oni mieszkaja w hostelach za 2 zl dziennie i akurat w pewnych godzinach wszyscy wychodza na miasto.
12. w czasie puji dzwoni sie dzwoneczkiem , po to aby przez ten dzwiek zjednoczyc sie z manifestacjami Boga, gdyz poszczegolne bostwa sa tylko jego przejawem,
najwazniejsza trojca to wisznu, shiva i bogini Dewi
8. chcialam kupic bilet Ajmer -Mumbai, 3 dni on-line bez skutku, w koncu wczoraj z glutem do pasa zrobilam sobie wycieczke do Ajmer (40 min od Puszkar) i na stacji od razu, bez problemu kupilam bilet. Klasa 3 AC, niestety dolna prycza, co znaczy ze pojde spac kiedy juz wszyscy pojda. ale dobre i to. Podroz bedzie trwala 17 godzin:) oby tylko sie udalo jakos ksiazke zdobyc:)
9. jakos nie dziala na mnie ze pan ktory robi jedzenie drapie sie najpierw po brudnej stopie. oby goracy olej wszystko zabil. zreszta nawet tabuny much nie sa dokuczliwe, widocznie ich afrykanskie kuzynki sa bardziej wyglodniale i bardziej rzucaja sie na ludzi.
10. na poboczach drog, na samochodach, na progach domu zauwazylam powiazane papryczki chilli, podobno dzialaja odpierajac zla energie - z tego samego tez powodu maluje sie dzieciom oczy dookola czarna kredka. papryczki kladzie sie we wtorki i w soboty.
11. po puszkarze kreca sie tabuny bosych wytuatuowanych i odslaniajacych nie te czesci ciala co trzeba hipisow. Ale tylko w pewnych godzinach. Jeszcze nie udalo mi sie dowiedziec gdzie przebywaja w innych godzinach, czy maja tu jakas komune czy po prostu to zbieg okolicznosci a oni mieszkaja w hostelach za 2 zl dziennie i akurat w pewnych godzinach wszyscy wychodza na miasto.
12. w czasie puji dzwoni sie dzwoneczkiem , po to aby przez ten dzwiek zjednoczyc sie z manifestacjami Boga, gdyz poszczegolne bostwa sa tylko jego przejawem,
najwazniejsza trojca to wisznu, shiva i bogini Dewi
wtorek, 22 lutego 2011
Pushkar 20-23.02
To juz moj piaty dzien w Puszkarze chwilowo jestem sama. W miedzyczasie wdrapalam sie na wzgorze do jednej z licznych pobliskich swiatyn, jadlam kolacje z ksieciem, zostalam ubodziona przez swieta krowe, zrobilam troche zdjec oraz wczoraj nabawilam sie okrutnego przeziebienia, a wiec dzisiejszy poranek spedzilam wcinajac imbir, cytryne, rutinoscorbin i co tam jeszcze mialam. Dopadl mnie bardzo meczacy katar ktory wogole nie chce przejsc. Moze to powietrze. Ale jakos nie spieszno mi do miejskiego gwaru wobec czego w Puszkarze mam zamiar siedziec caly tydzien. Mieszkam sobie w rodzinnym pensjonacie, gdzie kobiety szyja i piora caly dzien, ogladajac przy tym lokalne soap - opery. Oprocz tego w domu od 4 rano panuje gwar i ruch, zaczyna sie od porannego kaslania, ktore brzmi jakby ktos probowal wypluc pluca i jednoczesnie gwalcil akordeon. Potem mycie podlog, pluskanie, chlastanie, na koniec sytuacja sie uspokaja i pani domu klaszczac odspiewuje poranna modlitwe za dom i mieszkancow. Pozniej szycie, gotowanie, telewizor, kaslanie, pozniej do 1 w nocy rozmowy z goscmi i panem domu ktore brzmial jakby ktos na przemian krzyczal i gulgotal. Na szczescie na tarasie jest cisza, a fakt ze jestem w miejscowosci turystycznej umozliwil mi jednak kupno zatyczek do uszu ktore na codzien sa towarem niedostepnym. Poniewaz wodospady kataru uniemozliwiaja mi sprawne myslenie podziele sie kilkoma uwagami i spostrzezeniami w formie punktow.
1. Jak juz wspominalam we wczesniejszym wpisie 10 lat temu byl tu tylko 1 hotel. Teraz jest ich pelno a na glownej ulicy - bazarze, sklep za sklepem, restauracja za restauracja, masaze, torby, a takze papier toaletowy (miejscowi uwazaja go za kuriozum). Wobec czego miasto podzielone jest na 2 frakcje - tych co zyja z turystow i tych co chcieliby zeby byla cisza i spokoj i miasto bylo odwiedzane tylko przez pielgrzymow.
2. Poniewaz miasteczko jest wysoce turystyczne nikogo nie dziwi widok bialego, chociaz sklepikarze i zebracy i tak w kolko do znudzenia powtarzaja: excuse me madam, how are you, where are you from, come to my shop, give me food, give me money etc...
3. Wsrod przybyszow kroluja blond glowy cale w dredach i kolczykach, wytatuowane nogi, rece i bog wie co jeszcze. Niektorzy nie przejmuja sie ogolnie przyjeta zasada szacunku dla innych i paraduja w podkoszulkach na ramiaczkach oraz szortach, trzymajac sie przy tym za rece.
(u miejscowych to nie spotykane chyba ze chodzi o dwoch mezczyzn). dzisiaj widzialam nawet bialego Sadhu (medrca) o ile taka kombinacja wogole jest mozliwa.
4. Na waskiej ulicze - bazarze motocykle , rowery i ryksze mimo przechadzajacych sie tlumow nie zatrzymuja sie, ani tez nie ustepuja tak jak na ulicach duzych miast, poprostu trabia krzycza i wjezdzaja w ludzi ktorzy uskakuja a oni nie musza hamowac.
5. Swiete krowy - tylko dla nich motocykle sie zatrzymuja. Naleza do kogos. Nie wiadomo do kogo. Jednakze pastwisk tu nie ma, wybetonowane albo spieczone ubite gliniane ulice to ich teren. Zywia sie odpadkami podobnie jak dzikie swinie. Jedza skorki owocow, czasem ktos przyniesie im jakichs ziol. Poniewaz na ulicach lezy plastik czesto krowy zjadaja go, plastikowe torebki owijaja sie im wokol zoladkow a one cierpia. Czesto maja cialo w ranach. O to nikt nie dba.
6. Mimo wszystko to miasteczko ma duzo wiekszy urok niz duze miasta, choc halas i ruch panuje tu ciagle. Sa i przyjazni sklepikarze, restauratorzy, ktorzy nie probuja naciagac i zapraszaja do swoich przybytkow w nienachalny sposob. No i mimo brudu jest o niebo czystsze niz inne miejsca w ktorych do tej pory bylam.
wszystkich zapraszam do komentarzy i pytan.
cdn....
1. Jak juz wspominalam we wczesniejszym wpisie 10 lat temu byl tu tylko 1 hotel. Teraz jest ich pelno a na glownej ulicy - bazarze, sklep za sklepem, restauracja za restauracja, masaze, torby, a takze papier toaletowy (miejscowi uwazaja go za kuriozum). Wobec czego miasto podzielone jest na 2 frakcje - tych co zyja z turystow i tych co chcieliby zeby byla cisza i spokoj i miasto bylo odwiedzane tylko przez pielgrzymow.
2. Poniewaz miasteczko jest wysoce turystyczne nikogo nie dziwi widok bialego, chociaz sklepikarze i zebracy i tak w kolko do znudzenia powtarzaja: excuse me madam, how are you, where are you from, come to my shop, give me food, give me money etc...
3. Wsrod przybyszow kroluja blond glowy cale w dredach i kolczykach, wytatuowane nogi, rece i bog wie co jeszcze. Niektorzy nie przejmuja sie ogolnie przyjeta zasada szacunku dla innych i paraduja w podkoszulkach na ramiaczkach oraz szortach, trzymajac sie przy tym za rece.
(u miejscowych to nie spotykane chyba ze chodzi o dwoch mezczyzn). dzisiaj widzialam nawet bialego Sadhu (medrca) o ile taka kombinacja wogole jest mozliwa.
4. Na waskiej ulicze - bazarze motocykle , rowery i ryksze mimo przechadzajacych sie tlumow nie zatrzymuja sie, ani tez nie ustepuja tak jak na ulicach duzych miast, poprostu trabia krzycza i wjezdzaja w ludzi ktorzy uskakuja a oni nie musza hamowac.
5. Swiete krowy - tylko dla nich motocykle sie zatrzymuja. Naleza do kogos. Nie wiadomo do kogo. Jednakze pastwisk tu nie ma, wybetonowane albo spieczone ubite gliniane ulice to ich teren. Zywia sie odpadkami podobnie jak dzikie swinie. Jedza skorki owocow, czasem ktos przyniesie im jakichs ziol. Poniewaz na ulicach lezy plastik czesto krowy zjadaja go, plastikowe torebki owijaja sie im wokol zoladkow a one cierpia. Czesto maja cialo w ranach. O to nikt nie dba.
6. Mimo wszystko to miasteczko ma duzo wiekszy urok niz duze miasta, choc halas i ruch panuje tu ciagle. Sa i przyjazni sklepikarze, restauratorzy, ktorzy nie probuja naciagac i zapraszaja do swoich przybytkow w nienachalny sposob. No i mimo brudu jest o niebo czystsze niz inne miejsca w ktorych do tej pory bylam.
wszystkich zapraszam do komentarzy i pytan.
cdn....
poniedziałek, 21 lutego 2011
19.-20.02
1. Prawda na dzis; Zamykaj okno w autobusie kiedy osoba przed toba sie wychyla przez okno bo albo bedzie wymiotowac albo plus a wszystko to wyladuje na tobie. Ten kto ma dobry refleks zajdzie wiec dalej.
2. Osoby na dzis: Michael, Aurora
3. Zagadka dnia: gdzie siusiaja kobiety?
A wiec spalam zdrowo 12 godzin. Okazalo sie ze w drugim pokoju u tej samej rodziny spi inny couchsurfer -Michael, postanowilismy razem udac sie na sniadanie oraz zwiedzanie palacu krolewskiego. Ciekawa rzecz ktora zauwazylam w Jaipurze to kobiety za kolkiem i prowadzace skutery, w Delhi widzialam moze ze 4 tutaj jest ich zdecydowanie wiecej. Przy okazji okazalo sie ze Michael pracuje w branzy filmowej, zajmuje sie dystrybucja filmow dokumentalnych oraz edukacja filmowa, jednym slowem mielismy o czym rozmawiac. Wymienilismy tez liczne uwagi na temat Indii. Potencjalnie dzieki temu znalazlam towarzystwo na Goa. Chcialabym jechac na mniej uczesczane plaze a nie do transowego raju, zawsze to wtedy chyba lepiej z kims. Dostalam takze kilka cennych porad zawodowych, wiec mam nadzieje ze nasze drogi jeszcze sie skrzyzuja i bedzie okazja dowiedziec sie wiecej. Takze dzisiaj Puszkar - autobusem. Potem pewnie Mumbaj i Goa, no chyba ze po drodze zdecyduje sie jeszcze zahaczyc o Udaipur - ponoc bardzo piekny. No nic zobaczymy jak to wszystko bedzie wygladac cenowo i pogodowo. Bardzo sie ciesze ze jade do mniejszej miejscowosci. Nie sadzilam ze Indie okaza sie tak meczace. Puszkar to podobno i tak bardzo turystyczne miasto. Problem w tym ze zeby jechac calkiem na wies to trzeba miec znajomych albo musi to byc miejsce pielgrzymek bo inaczej nie za bardzo jest sie gdzie zatrzymac. Pozegnalam sie z moimi gospodarzami i ruszylam tym razem na dworzec autobusowy. Jako ze kobiety powinny byc w oddzielnej kolejce a takiej nie bylo, podeszlam z boku budki i udalo mi sie kupic bilecik do
Ajmer za 82 rp a pozniej zlapac busik za 8 rp do Puszkar. Obylo sie w sumie bez przygod. Troche bylo ciasno ale mialam swoje miejsce, no i wykazywalam sie refleksem wobec plujacych przede mna:). Na miejscu czekala Aurora, ktora poznalam jeszcze w Delhi, z tymze ona akurat nie chciala ogladac Taj Mahal bo bedzie tam wkrotce ze znajomym. Mieszkamy w malym rodzinnym hoteliku za 60 rp. Piekny tarasik. Panie w domu ciagle szyja, piora i daja lekcje gotowania. Puszkar w ciagu ostatnich 10 lat stalo sie miastem bardzo turystycznym tak wiec popyt jest. Z jednej strony to dobrze bo przynajmniej widuja tu bialych ludzi i miejscowi nie swidruja tak oczami. Z drugiej str0ny wiadomo, pelno tandetnych pamiatek, pseudo indyjskich ciuchow, plastikowych gadzetow. No i internet po 30 rp za godzine. Pokoik nie ma okna ale za to ma lazienke. Oprocz tego mieszkancy wstaja o 4, 5 , kaszla i charcza ale tutaj nie da sie kupic zatyczek do uszu. Wszyscy sa tak przyzwyczajeni do halasu ze chyba by umarli jakby sobie zatkali uszy. Zreszta ja np. celowo nie wzielam zadnego walkmana ani urzadzenia grajacego. Staram sie tez w miare mozliwosci rozmawiac z miejscowymi kobietami pytac je o zycie rodzinne, malzenstwo, szacunek rodziny. Tutaj wszystko jest inne ale takze i roznorodne w samych indiach.
Teraz moze o samym Puszkarze. To swiete miejsce wszystkich hinduistow. Tutaj jest jedyna na swiecie swiatynia Bramy oraz swiete jezioro, ktore ponoc powstalo po tym jak Brama upuscil lotos z nieba. Miejsce podobno bylo nawiedzone przez demony.Zeby je wygnac Brahma chciał w miejscowym jeziorze dokonać samounicestwienia (jagna) ale do tego konieczna byla obecnosc jego malzonki, a kiedy jego żona nie przybyła na czas, wówczas poślubił inną kobietę. Rozgniewana Sawitri przeklęła Brahmę, że za karę nie będzie czczony nigdzie poza Pushkar. Tak wiec mozna odwiedzic wszystkie swiete miejsca ale jak sie nie odwiedzi Puszkar to koniec. Atmosfera tutaj w porownaniu do miast jest raczej luzna. Swoja droga bardzo ciekawa rzecz. W miastach mezczyzni siusiaja wprost na ulicach, pod scianami, do urynalow, do bram, na jezdnie, nikt sie jakos nie krepuje. Natomiast bardzo ciekawa jestem co robia kobiety? Rajastan w ktorym znajduje sie Puszkar to takze stan slynny ze swoich pustyn i wielbladzich safari, ale ja chyba sobie takie safari daruje. Poza tym poniewaz to swiete miasto nie je sie tu miesa, nie powinno sie calowac, i nigdzie nie sprzedaja alkoholu (poza jedna knajpa gdzie podaja piwo zawiniete w papier w zawrotnej cenie ok 15 zl gdyz jak tlumaczyl nam kelner musza przeciez dawac lapowki policji). Centralnym punktem miasta jest jezioro, otoczone przez ghaty czyli schody, ktorymi schodza pielgrzmi ktorzy chca wziac rytualna kapiel. Na schody nie wolno wchodzic w butach. Dookola miasta znajduja sie liczne (pustynne ) wzgorza na ktorych wznosza sie mniejsze swiatynie oraz rosna kaktusy. Poki co wdrapalam sie na jedno z nich i podziwialam widoki miasta oraz pustyni. Poki co jest umiarkowanie goraco (ponad 25 st w dzien i calkiem chlodno w nocy) ale za pare tygodni bedzie tu nieznosna spiekota. W samym miescie kroluje ciagnacy sie przez miasto bazar poprzetykany knajpkami oraz swiatyniami. 10 lat temu byl tutaj tylko 1 hotel. A pielgrzymi zatrzymywali sie w grupowych salach(zwanych dharamsalami.) cdn...
2. Osoby na dzis: Michael, Aurora
3. Zagadka dnia: gdzie siusiaja kobiety?
A wiec spalam zdrowo 12 godzin. Okazalo sie ze w drugim pokoju u tej samej rodziny spi inny couchsurfer -Michael, postanowilismy razem udac sie na sniadanie oraz zwiedzanie palacu krolewskiego. Ciekawa rzecz ktora zauwazylam w Jaipurze to kobiety za kolkiem i prowadzace skutery, w Delhi widzialam moze ze 4 tutaj jest ich zdecydowanie wiecej. Przy okazji okazalo sie ze Michael pracuje w branzy filmowej, zajmuje sie dystrybucja filmow dokumentalnych oraz edukacja filmowa, jednym slowem mielismy o czym rozmawiac. Wymienilismy tez liczne uwagi na temat Indii. Potencjalnie dzieki temu znalazlam towarzystwo na Goa. Chcialabym jechac na mniej uczesczane plaze a nie do transowego raju, zawsze to wtedy chyba lepiej z kims. Dostalam takze kilka cennych porad zawodowych, wiec mam nadzieje ze nasze drogi jeszcze sie skrzyzuja i bedzie okazja dowiedziec sie wiecej. Takze dzisiaj Puszkar - autobusem. Potem pewnie Mumbaj i Goa, no chyba ze po drodze zdecyduje sie jeszcze zahaczyc o Udaipur - ponoc bardzo piekny. No nic zobaczymy jak to wszystko bedzie wygladac cenowo i pogodowo. Bardzo sie ciesze ze jade do mniejszej miejscowosci. Nie sadzilam ze Indie okaza sie tak meczace. Puszkar to podobno i tak bardzo turystyczne miasto. Problem w tym ze zeby jechac calkiem na wies to trzeba miec znajomych albo musi to byc miejsce pielgrzymek bo inaczej nie za bardzo jest sie gdzie zatrzymac. Pozegnalam sie z moimi gospodarzami i ruszylam tym razem na dworzec autobusowy. Jako ze kobiety powinny byc w oddzielnej kolejce a takiej nie bylo, podeszlam z boku budki i udalo mi sie kupic bilecik do
Ajmer za 82 rp a pozniej zlapac busik za 8 rp do Puszkar. Obylo sie w sumie bez przygod. Troche bylo ciasno ale mialam swoje miejsce, no i wykazywalam sie refleksem wobec plujacych przede mna:). Na miejscu czekala Aurora, ktora poznalam jeszcze w Delhi, z tymze ona akurat nie chciala ogladac Taj Mahal bo bedzie tam wkrotce ze znajomym. Mieszkamy w malym rodzinnym hoteliku za 60 rp. Piekny tarasik. Panie w domu ciagle szyja, piora i daja lekcje gotowania. Puszkar w ciagu ostatnich 10 lat stalo sie miastem bardzo turystycznym tak wiec popyt jest. Z jednej strony to dobrze bo przynajmniej widuja tu bialych ludzi i miejscowi nie swidruja tak oczami. Z drugiej str0ny wiadomo, pelno tandetnych pamiatek, pseudo indyjskich ciuchow, plastikowych gadzetow. No i internet po 30 rp za godzine. Pokoik nie ma okna ale za to ma lazienke. Oprocz tego mieszkancy wstaja o 4, 5 , kaszla i charcza ale tutaj nie da sie kupic zatyczek do uszu. Wszyscy sa tak przyzwyczajeni do halasu ze chyba by umarli jakby sobie zatkali uszy. Zreszta ja np. celowo nie wzielam zadnego walkmana ani urzadzenia grajacego. Staram sie tez w miare mozliwosci rozmawiac z miejscowymi kobietami pytac je o zycie rodzinne, malzenstwo, szacunek rodziny. Tutaj wszystko jest inne ale takze i roznorodne w samych indiach.
Teraz moze o samym Puszkarze. To swiete miejsce wszystkich hinduistow. Tutaj jest jedyna na swiecie swiatynia Bramy oraz swiete jezioro, ktore ponoc powstalo po tym jak Brama upuscil lotos z nieba. Miejsce podobno bylo nawiedzone przez demony.Zeby je wygnac Brahma chciał w miejscowym jeziorze dokonać samounicestwienia (jagna) ale do tego konieczna byla obecnosc jego malzonki, a kiedy jego żona nie przybyła na czas, wówczas poślubił inną kobietę. Rozgniewana Sawitri przeklęła Brahmę, że za karę nie będzie czczony nigdzie poza Pushkar. Tak wiec mozna odwiedzic wszystkie swiete miejsca ale jak sie nie odwiedzi Puszkar to koniec. Atmosfera tutaj w porownaniu do miast jest raczej luzna. Swoja droga bardzo ciekawa rzecz. W miastach mezczyzni siusiaja wprost na ulicach, pod scianami, do urynalow, do bram, na jezdnie, nikt sie jakos nie krepuje. Natomiast bardzo ciekawa jestem co robia kobiety? Rajastan w ktorym znajduje sie Puszkar to takze stan slynny ze swoich pustyn i wielbladzich safari, ale ja chyba sobie takie safari daruje. Poza tym poniewaz to swiete miasto nie je sie tu miesa, nie powinno sie calowac, i nigdzie nie sprzedaja alkoholu (poza jedna knajpa gdzie podaja piwo zawiniete w papier w zawrotnej cenie ok 15 zl gdyz jak tlumaczyl nam kelner musza przeciez dawac lapowki policji). Centralnym punktem miasta jest jezioro, otoczone przez ghaty czyli schody, ktorymi schodza pielgrzmi ktorzy chca wziac rytualna kapiel. Na schody nie wolno wchodzic w butach. Dookola miasta znajduja sie liczne (pustynne ) wzgorza na ktorych wznosza sie mniejsze swiatynie oraz rosna kaktusy. Poki co wdrapalam sie na jedno z nich i podziwialam widoki miasta oraz pustyni. Poki co jest umiarkowanie goraco (ponad 25 st w dzien i calkiem chlodno w nocy) ale za pare tygodni bedzie tu nieznosna spiekota. W samym miescie kroluje ciagnacy sie przez miasto bazar poprzetykany knajpkami oraz swiatyniami. 10 lat temu byl tutaj tylko 1 hotel. A pielgrzymi zatrzymywali sie w grupowych salach(zwanych dharamsalami.) cdn...
niedziela, 20 lutego 2011
18-19.02 Jaipur
1. Osoby na dzis: Sanjay, Amisha oraz Michael
2. Prawda o indiach na dzisiaj: czasem wydasz fortune na bilet kolejowy a czas i warunki podrozy takie same:)
A wiec pobudka przed 4ta kolejny dzien z rzedu), wyklocanie sie z rykszarzem o dobra stawke na dworzec (nie, nie 300 rupii tylko 70 ew. + 10 za duzy bagaz) przeciez za bilet zaplacilam 87 rupii ( anie lux 300). Pociag juz czekal na dworcu oczywiscie numer pociagu nie ten co na bilecie, ale potem przekonalam sie co znaczy kolejne malymi literkami napisane na bilecie haslo "old train number".Oczywiscie przejscie na peron bylo nie latwe bo kladka zamknieta, a wiec wszyscy na tory, w tym ja z 2 ma plecakami wczolgiwac sie jelam na wlasciwy peron. Juz nawet przestaje myslec jaka jestem brudna:)). Pociag jak pociag. Klasa ogolna, na przeciwko mnie 2 sympatyczne starsze panie w chustach. Jakos w hindi zapytaly mnie o to dokad jade i ja zrozumialam o co chodzi. Przez kolejne 4 godziny jazdy bylo coraz zimniej ale ze wyjelam spiwor i siedzielismy w 4 na 3 osobowej lawce to nie ma co narzekac, troche przymknelam oczy, no i panie nade mna czuwaly wiec niebezpieczenstw nie bylo. Zreszta pociag jechal szybko i malo bylo stacji. Po wyladowaniu w Jaipurze najpierw pojechalam do domu Sanjaya. Udalo mi sie znalezc ryksze za 80, zamiast za proponowanych 200 wiec w sumie niezle. Mieszkanko cudowne, gospodarze uroczy. Na poczatku chcialam wybadac czy maja jakies oczekiwania, ogolnie lubia CS ale nie podoba im sie jak ludzie wchodza i wychodza bez slowa traktujac goscine jak hotel. Nie lubia takze poznych powrotow. Nie dziwie sie, obok jest slams, pozatym jakby cos sie stalo a rzeczy goscia beda u nich to do nich pierwszych przyjdzie policja. Zreszta nie mam zadnych planow imprezowych, 2 dni spalam po 4 godziny wiec raczej wieczorem to padne i tyle. Decyduje ze w jaipurze zostane jedna noc a pozniej pojade do pushkar. Potrzebuje czegos spokojniejszego, tutejsze miasta potrafia zameczyc na smierc. Poki co decyduje sie na wycieczke do niedaleko polozonego rozowego miasta. Przy okazji zwiedzam lokalne dzielnice w ktorych bialych praktycznie nie ma. Co do rozowego miasta pozwole zacytowac sobie jeden z serwisow: "Historia W 1727 r., kiedy państwo mogolskie przeżywało kryzys, maharadża Jai Singh zdecydował, że to już odpowiedni czas, by przenieść się z ciasnej fortecy na wzgórzu z pobliskiego Amberu na równiny. Zbudował więc miasto i otoczył je murem obronnym, zgodnie z zasadami planowania przestrzennego, opisanymi w Śilpa-Śastra, starej rozprawie hinduskiej o architekturze. Otoczone murem Różowe Miasto to stara część Jaipuru. W 1876 r. maharadża Ram Singh w ramach przygotowań do wizyty księcia Walii (późniejszego Edwarda VII) kazał pomalować ściany wszystkich budynków starego miasta na kolor różowy, tradycyjnie utożsamiany w Indiach z gościnnością. Starówka jest częściowo otoczona murem z siedmioma bramami, szerokie na 30 metrów aleje dzielą Różowe Miasto na równe prostokąty. Tutaj właśnie znajdują się najważniejsze miejsca odwiedzane przez turystów. Pałac Maharadży – City Palace Miejski kompleks pałacowy, położony w środkowej części starówki, składa się z dziedzińców, ogrodów i budynków pałacowych. Mury zewnętrzne zbudował Dżaj Singh, a niektóre budynki powstały stosunkowo niedawno, nawet na początku ubiegłego stulecia. Obecnie pałac stanowi mieszankę architektury radżasthańskiej i mogolskiej." ( kto chce wiecej niech czyta http://www.podrozeiherbata.pl/posts/view/jaipur-rozowe-miasto-i-okolice) Miasto slynie z recznie farbowanych i stemplowanych tkanin, szytych na miare ubran, muslinow itp (zdjecia z produkcji recznej na fb juz wkrotce). Tak wiec cale popoludnie spedzilam chodzac po miescie, udalo mi sie takze odwiedzic palac na wodzie, oraz przejechac lokalnym autobusem za 5 rupii co samo w sobie stanowi przezycie. Ciekawy jest takze palac Hawa Mahal zbudowany przez Radze dla kobiet coby mogly sobie troche poogladac co sie dzieje na ulicach same nie bedac widziane. Miasto jest znacznie czystsze niz delhi. Wiadomo naciagacze wszedzie. Uszylam sobie jeden garniturek (chyba troche przeplacilam ale juz brak mi ubran) Niestety potem juz bylam strasznie zmeczona, a polecana przez lonely planet knajpa z racji bycia polecana, ceny miala juz dwukrotnie drozsze niz w przewodniku plus 10 rupii "podatku", jednak bylam juz tak zmeczona i glodna ze stwierdzilam ze zaszaleje z obiadem za 100 rupii na dachu jednego z krawieckich pawilonow wokolo muru, zjem, posiedze i poobserwuje pawiany. Gdy wracalam zaczelo robic sie juz ciemno, dobrze trafilam w okolice moich gospodarzy jednak ich ulica nie jest tak naprawde ulica tylko dlugim okraglym traktem przecinajacym dzielnice, i coraz to ktos pokazywal mi droge, ale juz wydawalo mi sie ze chodze w kolko, a jak to w indiach bywa ludzie nie powiedza ci ze nie wiedza bo to niegrzecznie tylko beda ci pokazywac sprzeczne kierunki... No i dobre dzielnice przemieszane sa ze slumsami, na szczescie jakis dobry czlowiek ktory okazal sie sasiadem zaprowadzil mnie gdzie trzeba, po czym po prostu padlam jak dluga obiecujac sobie zwiedzanie palacu nastepnego dnia rano. cdn...
sobota, 19 lutego 2011
Taj Mahal Day
1. Osoba na dzis: Julie
2. Prawda o indiach na dzis: tony plastiku walaja sie wszedzie ale za to duzo innych rzeczy jest recyklingowanych
Mialam wstac o 6 ale miasto ewidentnie zeczelo budzic sie juz o 4, zdaje sie spiewami na czesc peni ksiezyca. Jeszcze nie do konca rozumiem te wszystkie aspekty tutejszej wiary i tradycji ale moze jakos przyjdzie. Tak wiec o 4 30 stwierdzialam ze nie da sie juz spac. Zrobilam za to pranie w specjalnym wydaniu proszku tide ktory to chyba specjalnie na indyjski rynek ma wersje "dirt magnet". Oczywiscie mimo ze bylam pod kasa o 6 15 to juz byla dosyc duza kolejka. Wejscie w zawrotnej cenie 750 rp dla turystow!!!! a dl alokalnych 20 rp. No coz lata okupacji brytyjskiej zrobily swoje. Pozatym Agra to jedno z najbardziej zanieczyszconych miast Indii jesli chodzi o powietrze, slynne z osiagniec w przemysle ciezkim oraz chemicznym. Nie dziwota zatem ze Taj byl prawie czarny dopoki w 2002 nie zafundowali mu liftingu, zplatkow owsianych mleka i innych naturalnych substancji gdzy delikatnie inkrustowany marmur zapewne nie zniosl by wiecej chemikaliow niz te ktore przykleily sie do niego wraz z oplywajacymi go strumieniami powietrza. W kazdym razie wrazenie niesamowite i zadne zdjecia tego nie oddadza. Ja sie poplakalam ale to raczej z tego wzgledu ze tak jak i Kilimandzaro tak i Indie byly dla mnie pewnym symbolem, ze moge robic pewne rzeczy, mierzyc wyzej niz mi sie wydaje i powinnam sobie stawiac lepsze cele w mniejszych nerwach. Pod tajem poznalam Julie. Niesamowita dziewczyne z ktora spedzilam reszte dnia. Julie chorowala na bialaczke, teraz ma sie lepiej i sama objezdza Azje, bedac jednoczesnie na lekkiej chemioterapii przez caly czas. Rozmawialysmy o zyciu, o ludziach o spostrzezeniach dotyczacych podrozy. Razem wybralysmy sie na spacer dookola Agry i bazar a pozniej wieczorem na kolacje na tarasie z widokiem na taj mahal. Bylo wspaniale. Julie o 23 pojechala do varanasi (gdzie podobno psy chodza z ludzka reka w pysku jak doniesli niektorzy pod. A ja znow musialam wstac o 4 bo tym razem o 5 mialam ociag do Jaipuru (znow general class za 87 rupii - jakos nie chialo mi sie za 2 ga klase doplacac 250 rupi za 4 h jazdy) zasmakuje luksusu moze na innej trasie bo jak nie to zbankrutuje. No i tyle. Pozdrawiam was i biegne zwiedzac.
piątek, 18 lutego 2011
16-.02 Delhi - Agra
1. Fakt o indiach na dzis: Kto przebywa w indyjskich miastach smarka czarnymi glutami
2. mit na dzis: kto myje zeby woda z kranu ten ma sraczke
3. poznana osoba: Pan Dzielny Zolniez stacjonujacy w Assamie
Podobno podrozujac indyjskim pociagiem najlepiej zrobic rezerwacje dnia poprzedniego, jeszcze lepiej zrobic to w biurze obslugujacym turystow a juz najlepiej wykupic bilet pierwszej klasy jesli pociag taki ma za jakies 400 rupii czyli okolo 30 zlotych co jest w sumie drogo. Ale jesli sie robi plany na goraco to niestety rezerwacja turystyczna konczy bukowanie 4 godziny przed odjazdem pociagu. Potem moze co najwyzej udzielic informacji. Niekoniecznie prawidlowej. Dworzec New Delhi jak sie okazuje sklada sie z dwoch budynkow, wchodzi sie do glownej hali gdzie obowiazkowo wszystkich przeswietlaja i bagaz tez. Kazdy kladzie swoj plecak, walizke (obowiazkowo w pokrowcu przeciwkurzowym), lub ewentualnie karton czy tez tobol przewiazany pakowym sznurkiem na tasme i do skanera. Pojecie kolejki nie istnieje, wszyscy pchaja sie na siebie. Ledwie udaje mi sie wydostac oba plecaki duzy i maly i wysylam w kosmos tylko pozytywne mysli ze paszport i kase mam przy ciele a aparatu na pewno nie ukradna. Do odjazdu pociagu godzina. Wyposazona w przestrogi ze gdy bede pytac o biuro obslugi turystow bed ami mowic ze sie spalilo, zamkneli nie dziala, ide na pierwsze pietro (bo ma byc kolo kafeterii) przedzierajac sie przez chyba 3000 osob kazdy idacy w inna strone w nie tak duzej hali dworcowej. Sytuacja jak na ulicy indyjskiego miasta: wszyscy ciagna w swoja strone i jednoczesnie napieraja na siebie. Na pierwszym pietrze przejscia nie ma, trzeba piechota na drugie, dookola barierek, potem w dol zakrecic i dopiero mozna przejsc na pierwsze, ale co ciekawe biura faktycznie tam nie ma. Zasiegam informacji w rzeczonej kafeterii i wtedy okazuje sie ze dworzec New Delhi ma 2 budynki. Do odjazdu pociagu pozostaje 40 minut. Przeciskam sie kladkami nad peronami zeby dosc do drugiego budynku gdzie nawet jest strzalka ale schody sa skute a przejscie zabite pilsniowym ekranem. No to ide na peron(znowu skanowanie toreb) i szukam przejscia. Zaczepiam pana wojskowego, pan wojskowy spokojnie prowadzi mnie do skutych schodow ktorych nie ma ale jakos sie wdrapujemy, spokojnie odchyla ekran i mowi ze przeciez tu jest przejscie. Do odjazdu pociagu 30 minut. W informacji dla turystow dowiaduje sie ze zaraz jest Agra Express (no przeciez wiem) a potem inny pociag, wobec czego powinnam udac sie do kasy zamowien natychmiastowych i tam kupic bilet. Chwile zajmuje mi wyjscie z budynku bo oczywiscie kasy sa na zewnatrz. Staje w ogonku, po drodze jeszcze jakas biala kobieta zaczepia mnie z pytanie m o informacje turystyczna a w zamian wrecza mi formularz na ktorym wypisuje sie zamowienie biletu. Oczywiscie kolejka posuwa sie zolwim tempem coraz to wpychaja sie nowi ludzie, ale sama chcialam isc na ostatnia chwile. To znaczy nie do konca chcialam ale zlozylo sie na to szereg okolicznosci miedzy innymi to ze Kitty udalo sie zatrzasnac pokoj z naszymi rzeczami i cale wyjscie opoznilo sie (moj plecak byl na zewnatrz ale mialysmy isc razem a trzeba bylo wezwac slusarza wiec ruszylam sama.) Kiedy juz udalo dobic mi sie do okienka (15 minut do odjazdu) cena 67 rupii wydala mi sie niewygorowana. Jednakze mialam przy sobie tylko banknot 500 rupii pan w kasie nie mial wydac i tragedia. Bo przeciez nie problem pana w kasie zeby poszukac do wydania. No to zaczelo sie pytanie w kolejce czy ktorykolwiek z mezczyzn (kobiety jakos tam nie staly) ma przy sobie 500 rupii i najlepiej 1o0tkami. Z calej kolejki znalazl sie 1. Wreczam panu kasjerowi 100 i 17 rupii bo jak nic skoro tyle ludzi kupuje to przeciez 50 powinien miec. Ale skad. I abarot od nowa kto w kolejce ma 100 rozmienic a pociag za 10 minut. Na szczescie ten sam czlowiek (widocznie miejscowy krezus:)) mial przy sobie i 50 tki, i tak ciagnac plecak oraz przeciskajac sie od okienka niczym przez maszynke do miesa udalo mi sie zakupic bilet a pozniej dotrzec do pociagu. Pociag mial tylko tzw General Class (zdjec nie bedzie) czyli siedzenia na przeciwko siebie po dwa i po dwa w rzedzie na kazdym siedzeniu 3 osoby. Nie bylo miejsca na moj plecak ale pol wagonu i tak bylo wolne wiec plecaki na siedzenie i ja razem z nimi. Zanim pociag ruszyl minela godzina. Na przeciwko siedzial jakis mily pan ktory lamana angielszczyzna spytal czy moze ze mna porozmawiac. To porozmawialismy troche, a kto zonaty a ile dzieci ( ja na uzytek podrozy koleja zostalam mezatka) pociag okazal sie pociagiem lokalnym ale ogolnie bylo bardzo sympatycznie. Az wsiadla sobie grupa mlodych chlopakow dosc wesolych ktorzy przez pol drogi dawali sobie zatrtobliwe kuksance. Ja siedzialam tylem do wyjscia i od czasu do czasu zamienialam pare slow z panem zolnierzem. Nagle poczulam ze ktos mnie ciagnie za kaptur bluzy wiec sie obrocilam a chlopaki w smiech. No ale za drugim razem probowali mi sciagnac okulary wiec pan zolnierz przesadzil mnie miedzy okno a siebie. No ale chlopaki wysiadali i nagle w oknie pojawila sie reka ktora szybkim i sprawnym ruchem sciagnela mi okulary. Stalo sie to tak szybko ze nawet sie nie zdazylam zdziwic. Zreszta nie tam zeby okulary byly cos warte - mysle ze raczej byl to glupi zart albo syndrom sroki - blyszczy sie to wezme, bo przeciez na siedzeniu lezaly moje plecaki. W ciagu sekundy w duchu pogodzilam sie ze strata wliczajac to w koszty podrozy, no ale wiadomo zawsze to klpot (mam druga pare ale ona bardziej rzuca sie w oczy i 2 pary szkiel kontaktowych, ktorych nie nosze poki co bo pyl tutaj jest tak okropny ze zeby chrzeszcza niemilosciernie:)). Pan zolnierz zorientowawszy sie co sie dzieje skoczyl w skarpetkach na rowne nogi i wybiegl na peron. Do konca jeszcze nie zdazylam przemyslec straty kiedy pociag ruszyl a pan zolnierz wskoczyl do niego w biegu. W reku dumnie dzierzyl moje binokle. Tak wiec automatycznie obwolany zostal bohaterem wieczoru. Oczywiscie zaczal mnie przepraszac za moja zla przygode w indiach ale ja bylam pod ogromnym wrazeniem calego wyczynu. Pan zolniez tylko pokiwal w tradycyjny indyjski sposob glowa na boki i oswiadczyl " I told you i was soldier". :)) Dalsza podroz przebiegla raczej bez problemu choc pociag spoznil sie 2 godziny i dojechalam o polnocy, zanim mi sie jeszcze udalo wyklocic o ryksze (za ktora i tak przeplacilam, ale bylo pozno i nie chciala zeby mie wywiezli w krzaki) i rozlozyc manatki to byla chyba 1 w nocy. Postanowilam wstac o 6 zeby zdazyc na wschod slonca w Taj, gdyz jak doniosly wrobelki nawet rano jest duza kolejka, a w poludnie to wprost nie mozna przecisnac sie miedzy ludzmi, wiec lepiej pojawic sie tam nim przybeda autokary z turystami de luxe.
wtorek, 15 lutego 2011
Delhi Dehli
Hejka czytelnicy!
Wreszcie jakas cyberknajpa z normalna klawiatura, choc nie jestem pewna czy tubylcy nie rozniosa mnie na strzepy poniewaz spedzam tu juz godzine a komputery sa tylko 3. Co do przeprowadzki: bardzo jestem szczesliwa ze z grodzonego osiedla przenioslysmy sie z holenderska kolezanka do mniej wiecej normalnej dzielnicy prostych ludzi. Zdjecia zamieszczam na FB bo tutaj ciezko ladowac. Delhi jak pisalam ma okropne powietrze, a roznice pomiedzy biednymi i bogatymi sa niesamowicie przepastne. Na dodatek wszedzie plastik, papier smieci, czasem krowie odchody ale to jeszcze nie tak zle. Mimo wszystko zycie w dzielnicy w ktorej teraz mieszkamy toczy sie milo i normalnie. Jest narozna knajpko-budka gdzie na kilku kamieniach smaza lokalne placki oraz 6 rodzajow sosow, gestych i mniej gestych, jest dal z czarnej i zwyklej soczewicy, aloo goobi z kalafiora i ziemniakow oraz rozne szpinakowo sojowe przysmaki ktore oczywiscie wsuwac trzeba plackiem i rekami, a najlepiej jedna reka, ale ja jakos poki co nie bardzo jeszcze umiem wiec poki co jak swinka wygladam po jedzeniu. Shiva to dziwaczny ale i przemily gosc, ma kilka mieszkan, dziala w NGO i bardzo lubi pomagac cuchsurferom. I cale szczescie bo Delhi jest miastem ogromnym gdzie obok ludzi umierajacych z glodu na ulicy, walesajacych sie psow, kotow i krow stoja luksusowe shopping malle. Nie jest latwo sie przemieszczac, bo oprocz metra ktore jest ostatnim krzykiem mody i ma nawet wagon tylko dla kobiet (co za cudowny wynalazek) sa autobusy w ktorych kradna i obmacuja oraz ryksze i tuktuki w ktorych cena dla bialych jest X10. Sredna predkosc poruszania sie po Delhi samochodem to ok 40 km/h przy czym i tak wiekszosc samochodow jest niemilosiernie poobcierana i porysowana, gdyz mimo trzech pasow w szerokosci jezdni miesci sie 5 pojazdow, oraz ze dwoch rowerzystow i 4 pieszych.
Udalo mi sie nabyc indyjska komorke co nie jest takie latwe bo wymaga zdjecia paszportu etc. Ewidetnie starch przed terroryzmem jest tu duzy co widac takze w metrze gdzie kazda torba i pasazer sa skanowani a w kazdym wagonie jedzie uzbrojony pan zolnierz albo pani zolnierka, albo i dwie. Udalo mi sie zobaczyc troche starych i nowych Delhi ale nie nastawilam sie jakos na wielkie zwiedzanie bo to miasto bardzo meczy a przemieszczanie sie zajmuje godziny. Pozatym ciagle chce mi sie spac. Moze to brak tlenu, moze powietrze pelne pylu moze leniwa atmosfera, choc wszyscy ciagle tu pracuja i poruszaja sie. Po tym jak shiva odebral nas ze stacji metra 2 dni temu poszlismy do lokalnej restauracji na sniadanio obiad, potem proba polaczenia sie z internetem w kafejce, potem rozpoczely sie rozmowy o religii, o wierzeniach. Shiva opowiedzial nam jak medytuje, troche o tym kim sa Sikhowie. Choc z definicji slownikowych wynika ze sa oni grupa religijna laczaca w sobie islam i hinduizm, Shiva twierdzi ze sa oni bardziej hinduistami. Potem okazalo sie ze shiva umie czytac z reki, i faktycznie calkiem duzo rzeczy sie zgadzalo. Mowi ze nauczyl sie tego kiedy handlowal kamieniami a obok siedzieli wrozbici. Potem drzemka i kolacja w lokalnej knajpce (znowu dal i znowu kalafior ze swiezo robionymi plackami - sraczki brak;))) no i spanie:). Kitty - dziewczyna z holandii rok starsza ode mnie jest bardzo ciekawa osoba, zjedzila pol swiata, glownie ameryke poludniowa, i pracuje dorywczo jako przewodnik. Tym razem byla 4 miesiace w Nepalu gdzie podrozowala sama oraz pracowala w jednej wiosce jako wolontariusz opiekujacy sie niepelnosprawnymi dziecmi. Na koniec postanowila spedzic 2 tygodnie w indiach i juz jutro wyjezdza, ale dzieki temu poznalysmy sie razem serfujac po kanapach:) Postanowilsmy ze skoro Delhi jest takie meczace obejrzymy 2-3 rzeczy i nie bedziemy sie jakos zarzynac turystycznie. Rano przywitalo nas parne powietrze i pierwsze krople deszczu, ktory o tej porze jest raczej rzadkoscia. Do mieszkania w ktorym spimy przybyla jeszcze jedna dziewczyna. Ma 42 lata, wyglada na 30 i podrozuje juz od 14 miesiecy. Nadal zadziwiaja mnie te historie jak to ludzie jezdza bez pieniedzy. Ale faktycznie jak juz sie jest w Azji to wszystko wyglada duzo lepiej i otwieraja sie pewne mozliwosci. Ja juz dostalam propozycje miesiecznej pracy w biurze turystycznym gdzie szukaja ludzi z polskim. No ale nic poki co chce sobie pojezdzic. Shiva byl naszym kierowca a wiec wszystko mimo ze powoli poszlo bardzo sprawnie, i tak o to juz o 17 udalo nam sie dojechac na grob Hanuymana, po drodze zwiedzajac swiatynie Lakshmi, ktora to Gandhi uczynil swiatynia wszystkch hinduistow, bez wzgledu na pochodzenie i kaste. Po drodze bylo jeszcze male poszukiwanie spodni dla mnie (jednak sklepy okazaly sie zbyt drogocenne) gdyz za wiele ubran to nie mam ze soba, a lepiej i tak ubierac sie w lokalne gadzety zeby nie bylo za duzo widac itp. Pozniej udalo nam sie znalezc jeszcze jedna znajoma SHivy z CS ktora jest z Portland i razem ruszylismy do swiatyni Lotosu, ktora jak na zlosc akurat nie byla oswietlona wiec tylko popatrzylysmy sobie z bliska na ta dosyc ciekawa bryle, wygladajaca jak mini opera z Sydney. Potem jeszcze krotka wizyta w lokalnym "show rommie" gdzie kupuje si ebizuterie, ubrania. materialy i udalo mi sie kupic nie drogo komplecik a la pizama. Nastepnie pojechalismy do swiatyni Sikhow. Religia Sikhow nakazuje im oddawac 10% swojeg dochodu ubogim, oprocz tego ich wielka przyswiatynna kuchnia codziennie wydaje nawet do 40 000 posilkow. Wszyscy siadaja w jednym rzedzie dostaja swoja tacke, sosy, placki i kazdy moze najesc sie do syta. Uroczy sa mali Sikhowie w mini turbanach, albo chustkach z zakretasem na czubku ktorzy takze pomagaja przy roznoszeniu posilkow. Placki nalezy przyjmowac obiema rekami. Oczywiscie na terenie swiatyni zarowno mezczyzni jak i kobiety musza miec chociaz skrawek materialu na glowie, wobec czego dookola rozstawione sa kosze z roznokolowymi szmatkami. Aha no i oczywiscie wszyscy na bosaka. A ze wczoraj troche padalo i bylo zimno balymsy sie przeziebiena, ale w koncu to swiete miejsce wiec moze bedzie ok:) Potem mycie rak i nog i wizyta w pieknej wyscielanej dywanami swiatyni, gdzie na zywo spiewane sa modlitwy transmitowane radiowezlem na terenie calego "osrodka". Na koniec dostaje sie blogoslawienstwo w postaci smacznego slodkiego malego kawalka chleba i potem juz tylko lyk swietej wody oraz obmycie nia twarzy no i szczescie gwarantowane. Ponoc jeden z goru po kolejnej napasci na Delhi, gdy bylo ono w ruinach dotknal ziemi i trysnelo zrodlo - ktore to dziala do dzis. Przy swiatyni znajduje sie takze ogromne baseno-jezioro do rytualnych kapieli oraz wszelkiego rodzaju kruzganki i pomieszczenia w ktorych moga spac ubodzy potrzebujacy oraz podrozni. Ogolnie dzien bardzo owocny bo takze z samochodu moglismy zobaczyc wiele choc na koniec zerwala sie tak straszna ulewa i pioruny ze podobno 10 lat takiej tutaj nie bylo nawet w monsunowej porze. Ale jakos udalo sie dotrzec do domu, a dzisiaj chociaz juz 14ta bede probowala dostac sie do Agry gdzie mam zarezerwowany pokoj. Jak sie nie uda to wracam do shivy.... A jak sie uda to w czwartek Taj Mahal o wschodzie slonca:)) potem Jaipur i pushkar gdzie podobno mozna sie zrelaksowac..... pozdrawiam was czytelnicy:)
Wreszcie jakas cyberknajpa z normalna klawiatura, choc nie jestem pewna czy tubylcy nie rozniosa mnie na strzepy poniewaz spedzam tu juz godzine a komputery sa tylko 3. Co do przeprowadzki: bardzo jestem szczesliwa ze z grodzonego osiedla przenioslysmy sie z holenderska kolezanka do mniej wiecej normalnej dzielnicy prostych ludzi. Zdjecia zamieszczam na FB bo tutaj ciezko ladowac. Delhi jak pisalam ma okropne powietrze, a roznice pomiedzy biednymi i bogatymi sa niesamowicie przepastne. Na dodatek wszedzie plastik, papier smieci, czasem krowie odchody ale to jeszcze nie tak zle. Mimo wszystko zycie w dzielnicy w ktorej teraz mieszkamy toczy sie milo i normalnie. Jest narozna knajpko-budka gdzie na kilku kamieniach smaza lokalne placki oraz 6 rodzajow sosow, gestych i mniej gestych, jest dal z czarnej i zwyklej soczewicy, aloo goobi z kalafiora i ziemniakow oraz rozne szpinakowo sojowe przysmaki ktore oczywiscie wsuwac trzeba plackiem i rekami, a najlepiej jedna reka, ale ja jakos poki co nie bardzo jeszcze umiem wiec poki co jak swinka wygladam po jedzeniu. Shiva to dziwaczny ale i przemily gosc, ma kilka mieszkan, dziala w NGO i bardzo lubi pomagac cuchsurferom. I cale szczescie bo Delhi jest miastem ogromnym gdzie obok ludzi umierajacych z glodu na ulicy, walesajacych sie psow, kotow i krow stoja luksusowe shopping malle. Nie jest latwo sie przemieszczac, bo oprocz metra ktore jest ostatnim krzykiem mody i ma nawet wagon tylko dla kobiet (co za cudowny wynalazek) sa autobusy w ktorych kradna i obmacuja oraz ryksze i tuktuki w ktorych cena dla bialych jest X10. Sredna predkosc poruszania sie po Delhi samochodem to ok 40 km/h przy czym i tak wiekszosc samochodow jest niemilosiernie poobcierana i porysowana, gdyz mimo trzech pasow w szerokosci jezdni miesci sie 5 pojazdow, oraz ze dwoch rowerzystow i 4 pieszych.
Udalo mi sie nabyc indyjska komorke co nie jest takie latwe bo wymaga zdjecia paszportu etc. Ewidetnie starch przed terroryzmem jest tu duzy co widac takze w metrze gdzie kazda torba i pasazer sa skanowani a w kazdym wagonie jedzie uzbrojony pan zolnierz albo pani zolnierka, albo i dwie. Udalo mi sie zobaczyc troche starych i nowych Delhi ale nie nastawilam sie jakos na wielkie zwiedzanie bo to miasto bardzo meczy a przemieszczanie sie zajmuje godziny. Pozatym ciagle chce mi sie spac. Moze to brak tlenu, moze powietrze pelne pylu moze leniwa atmosfera, choc wszyscy ciagle tu pracuja i poruszaja sie. Po tym jak shiva odebral nas ze stacji metra 2 dni temu poszlismy do lokalnej restauracji na sniadanio obiad, potem proba polaczenia sie z internetem w kafejce, potem rozpoczely sie rozmowy o religii, o wierzeniach. Shiva opowiedzial nam jak medytuje, troche o tym kim sa Sikhowie. Choc z definicji slownikowych wynika ze sa oni grupa religijna laczaca w sobie islam i hinduizm, Shiva twierdzi ze sa oni bardziej hinduistami. Potem okazalo sie ze shiva umie czytac z reki, i faktycznie calkiem duzo rzeczy sie zgadzalo. Mowi ze nauczyl sie tego kiedy handlowal kamieniami a obok siedzieli wrozbici. Potem drzemka i kolacja w lokalnej knajpce (znowu dal i znowu kalafior ze swiezo robionymi plackami - sraczki brak;))) no i spanie:). Kitty - dziewczyna z holandii rok starsza ode mnie jest bardzo ciekawa osoba, zjedzila pol swiata, glownie ameryke poludniowa, i pracuje dorywczo jako przewodnik. Tym razem byla 4 miesiace w Nepalu gdzie podrozowala sama oraz pracowala w jednej wiosce jako wolontariusz opiekujacy sie niepelnosprawnymi dziecmi. Na koniec postanowila spedzic 2 tygodnie w indiach i juz jutro wyjezdza, ale dzieki temu poznalysmy sie razem serfujac po kanapach:) Postanowilsmy ze skoro Delhi jest takie meczace obejrzymy 2-3 rzeczy i nie bedziemy sie jakos zarzynac turystycznie. Rano przywitalo nas parne powietrze i pierwsze krople deszczu, ktory o tej porze jest raczej rzadkoscia. Do mieszkania w ktorym spimy przybyla jeszcze jedna dziewczyna. Ma 42 lata, wyglada na 30 i podrozuje juz od 14 miesiecy. Nadal zadziwiaja mnie te historie jak to ludzie jezdza bez pieniedzy. Ale faktycznie jak juz sie jest w Azji to wszystko wyglada duzo lepiej i otwieraja sie pewne mozliwosci. Ja juz dostalam propozycje miesiecznej pracy w biurze turystycznym gdzie szukaja ludzi z polskim. No ale nic poki co chce sobie pojezdzic. Shiva byl naszym kierowca a wiec wszystko mimo ze powoli poszlo bardzo sprawnie, i tak o to juz o 17 udalo nam sie dojechac na grob Hanuymana, po drodze zwiedzajac swiatynie Lakshmi, ktora to Gandhi uczynil swiatynia wszystkch hinduistow, bez wzgledu na pochodzenie i kaste. Po drodze bylo jeszcze male poszukiwanie spodni dla mnie (jednak sklepy okazaly sie zbyt drogocenne) gdyz za wiele ubran to nie mam ze soba, a lepiej i tak ubierac sie w lokalne gadzety zeby nie bylo za duzo widac itp. Pozniej udalo nam sie znalezc jeszcze jedna znajoma SHivy z CS ktora jest z Portland i razem ruszylismy do swiatyni Lotosu, ktora jak na zlosc akurat nie byla oswietlona wiec tylko popatrzylysmy sobie z bliska na ta dosyc ciekawa bryle, wygladajaca jak mini opera z Sydney. Potem jeszcze krotka wizyta w lokalnym "show rommie" gdzie kupuje si ebizuterie, ubrania. materialy i udalo mi sie kupic nie drogo komplecik a la pizama. Nastepnie pojechalismy do swiatyni Sikhow. Religia Sikhow nakazuje im oddawac 10% swojeg dochodu ubogim, oprocz tego ich wielka przyswiatynna kuchnia codziennie wydaje nawet do 40 000 posilkow. Wszyscy siadaja w jednym rzedzie dostaja swoja tacke, sosy, placki i kazdy moze najesc sie do syta. Uroczy sa mali Sikhowie w mini turbanach, albo chustkach z zakretasem na czubku ktorzy takze pomagaja przy roznoszeniu posilkow. Placki nalezy przyjmowac obiema rekami. Oczywiscie na terenie swiatyni zarowno mezczyzni jak i kobiety musza miec chociaz skrawek materialu na glowie, wobec czego dookola rozstawione sa kosze z roznokolowymi szmatkami. Aha no i oczywiscie wszyscy na bosaka. A ze wczoraj troche padalo i bylo zimno balymsy sie przeziebiena, ale w koncu to swiete miejsce wiec moze bedzie ok:) Potem mycie rak i nog i wizyta w pieknej wyscielanej dywanami swiatyni, gdzie na zywo spiewane sa modlitwy transmitowane radiowezlem na terenie calego "osrodka". Na koniec dostaje sie blogoslawienstwo w postaci smacznego slodkiego malego kawalka chleba i potem juz tylko lyk swietej wody oraz obmycie nia twarzy no i szczescie gwarantowane. Ponoc jeden z goru po kolejnej napasci na Delhi, gdy bylo ono w ruinach dotknal ziemi i trysnelo zrodlo - ktore to dziala do dzis. Przy swiatyni znajduje sie takze ogromne baseno-jezioro do rytualnych kapieli oraz wszelkiego rodzaju kruzganki i pomieszczenia w ktorych moga spac ubodzy potrzebujacy oraz podrozni. Ogolnie dzien bardzo owocny bo takze z samochodu moglismy zobaczyc wiele choc na koniec zerwala sie tak straszna ulewa i pioruny ze podobno 10 lat takiej tutaj nie bylo nawet w monsunowej porze. Ale jakos udalo sie dotrzec do domu, a dzisiaj chociaz juz 14ta bede probowala dostac sie do Agry gdzie mam zarezerwowany pokoj. Jak sie nie uda to wracam do shivy.... A jak sie uda to w czwartek Taj Mahal o wschodzie slonca:)) potem Jaipur i pushkar gdzie podobno mozna sie zrelaksowac..... pozdrawiam was czytelnicy:)
poniedziałek, 14 lutego 2011
nienawidze delhi
To byc moze mocne slowaI tak jak juz pisalam jak sie uda przepisacmoje wrazenia z istambulu to bedzie super alepoki co tutaj nie ma warunkow na to. Mam tez nadzieje ze uda sie umiescic troche zdjec takich tematycznych co na razie tez jest problemem. Jak zapostuje zdjecie kafejki to bedziecie wiedziec czemu. Choc i tak wydaje mi sie ze na zdjeciu wyglada ona znacznie lepiej. W niedziele 13.02 usilowalam jakos ogarnac co sie dzieje w miescie, a wiec trzeb abylo kupic numer indyjskiej komorki, co oczywiscie jest problemem. Teraz wszyscy boja sie terorystow wiec trzeba pokazac kopie paszportu,kopie wizy,zdjecie imie ojca itp itd. W koncu sie udalo. Jak sie juz udalo to trzeba bylo zmienic pienadze co z powodu niedzieli tez nie bylo latwe. W delhi ciezko jest cokolwiek znalezc,taksowkarze z tuktukow (rykszy motorynek) bez przerwy chca cie oszukac, ludzie mieszkaja w takich mini gettach otoczonych murami - ci bogatsi. albo praniem i parkanami. Niby jest metro ale zetony kupuje sie tylko na jeden przejazd iporgramuje sie jednorazowo na stacji, pozatym wszyscy sie pchaja na schodach chociaz jak chodza po ulicy to wcale im sie nie spieszy. Ulice oczywiscie brudne ale jakos nie szokuja, i ludzie tez nie bardzo ale jest tutaj w tym braku spokoju, cos irytujacego w tym chaosie bo nic nie mozna znalezc normalnie. I w zasadzie lepiej nikogo o nic nie pytac bo i tak ci pokaze zla droge.
Dzisiaj przenioslam sie do innego gospodarza i warunki sa duzo skromniejsze ale za to mam wrazenienj ze jestem duzo blizej prawdziwych ludzi. Mialam zostacw delhi do soboty bo wczoraj prawie nic nie zobaczylam tylko strasznie sie zlazlam bo bylam zla na rykszarzy ze chca mnie oszukac wiec prawie calke centrum zeszlam na piechote i pod koniec oczywiscie bylam zmeczona bo wcalenie widzialam zadnych zabytkow.Chociaz moze to i lepiej. DZisiaj jest inaczej -oczywisci eporzenosiny zajely nam pol dnia,tutaj tyle czasu uplywa na przemieszczaniu sie, Nasz gospodarz zabral nas do prawdziwej ulicznej restauracji teraz siedzimy sobei w kafejce internetowej a on odpowiada na mnostwo pytan.Mowie przenosiny zajely "nam"dlatego ze wczoraj dolaczyla do mnie dziewczyna z holandii ktora miala spac razem ze mna u Raviego ale okazalo sie ze dzis przyjezdzja rodzice Raviego i mamy sie przenisc do Shivy. W sumie to lepiej tomily facet i duzo gosci ludzi ze swiata wiec tez ma wszystkie konieczne informacje a Ravi jest raczej zapracowany. Nie podoba mi sie delhi bo jest za duze, za glosne,za brudne i nie mozna znalezc tego co sie chce a wszyscy probuja cie naciagnac. Dzisiaj jednak juz czuje sie troche lepiej dzieki Shivie ktory sie nami troche zajmuje. Mysle jednak ze nie zostane tu dluzej niz do srody a potem wyrusze do Taj mahal. Poki co nie poznaje jakis strasznych ilosci ludzi ale mam nadzieje ze w trasie bedzie lepiej.
to chyba tyle poki co bo w kafejce czas sie konczy. Jak bedzie wiecej luzu to przepisze na bloga to co mam w kajeciku.
pozdrawiam wszystkich.
Dzisiaj przenioslam sie do innego gospodarza i warunki sa duzo skromniejsze ale za to mam wrazenienj ze jestem duzo blizej prawdziwych ludzi. Mialam zostacw delhi do soboty bo wczoraj prawie nic nie zobaczylam tylko strasznie sie zlazlam bo bylam zla na rykszarzy ze chca mnie oszukac wiec prawie calke centrum zeszlam na piechote i pod koniec oczywiscie bylam zmeczona bo wcalenie widzialam zadnych zabytkow.Chociaz moze to i lepiej. DZisiaj jest inaczej -oczywisci eporzenosiny zajely nam pol dnia,tutaj tyle czasu uplywa na przemieszczaniu sie, Nasz gospodarz zabral nas do prawdziwej ulicznej restauracji teraz siedzimy sobei w kafejce internetowej a on odpowiada na mnostwo pytan.Mowie przenosiny zajely "nam"dlatego ze wczoraj dolaczyla do mnie dziewczyna z holandii ktora miala spac razem ze mna u Raviego ale okazalo sie ze dzis przyjezdzja rodzice Raviego i mamy sie przenisc do Shivy. W sumie to lepiej tomily facet i duzo gosci ludzi ze swiata wiec tez ma wszystkie konieczne informacje a Ravi jest raczej zapracowany. Nie podoba mi sie delhi bo jest za duze, za glosne,za brudne i nie mozna znalezc tego co sie chce a wszyscy probuja cie naciagnac. Dzisiaj jednak juz czuje sie troche lepiej dzieki Shivie ktory sie nami troche zajmuje. Mysle jednak ze nie zostane tu dluzej niz do srody a potem wyrusze do Taj mahal. Poki co nie poznaje jakis strasznych ilosci ludzi ale mam nadzieje ze w trasie bedzie lepiej.
to chyba tyle poki co bo w kafejce czas sie konczy. Jak bedzie wiecej luzu to przepisze na bloga to co mam w kajeciku.
pozdrawiam wszystkich.
O istambule pozniej
Witajcie!
Istambul to cudowne miasto,napisalamo nim cale 6stron w swoim zeszyciku, a teraz siedze w "kafejce" internetowej w Delhi,.ktora to jest de facto naroznikiem za kontuarem u jakiegos pana ktory sprzedaje karty telefoniczne. Lot po 3 xanxach i 2 piwach okazal sie calkiem znosny, do emiratow udalo mi sie wyblagac siedzeni w korytarzu niestety w emiratach juz nie ale tez nie bylo tak zle. Po zazyciu kolejnych 2 xanaxow udalo mi sie zignorowac wrazenie ze silniki sie odrywaja. I musze tez powiedziec ze piloci air arabia super laduja. Lotnisko w Delhi slynie ponoc z mgly ktora w 5 minut moze zasnuc calelotnisko ale mimo wszystko ze lotniska nie widac jakos nie bylo problemu. Po przylocie wzielam zgodnie z porada wszystkich taksowke do mieszkania mojego gospodarza ktore okazalo sie byc jak na te warunki luksusem. Odrazu chcialamwyjsc na miasto ale swterdzilam ze moze pospie troche co okazalo sie zbawieniem. Nasz gospodarz urzadzil mini pryzjecie na ktore przyjechlo jescze kilka osob z CS i nie tylko. A wiec 4 rosjanki i jedna dziewczyna z meksyku oraz jedna ze slowenii. i tak minal 12.02
Istambul to cudowne miasto,napisalamo nim cale 6stron w swoim zeszyciku, a teraz siedze w "kafejce" internetowej w Delhi,.ktora to jest de facto naroznikiem za kontuarem u jakiegos pana ktory sprzedaje karty telefoniczne. Lot po 3 xanxach i 2 piwach okazal sie calkiem znosny, do emiratow udalo mi sie wyblagac siedzeni w korytarzu niestety w emiratach juz nie ale tez nie bylo tak zle. Po zazyciu kolejnych 2 xanaxow udalo mi sie zignorowac wrazenie ze silniki sie odrywaja. I musze tez powiedziec ze piloci air arabia super laduja. Lotnisko w Delhi slynie ponoc z mgly ktora w 5 minut moze zasnuc calelotnisko ale mimo wszystko ze lotniska nie widac jakos nie bylo problemu. Po przylocie wzielam zgodnie z porada wszystkich taksowke do mieszkania mojego gospodarza ktore okazalo sie byc jak na te warunki luksusem. Odrazu chcialamwyjsc na miasto ale swterdzilam ze moze pospie troche co okazalo sie zbawieniem. Nasz gospodarz urzadzil mini pryzjecie na ktore przyjechlo jescze kilka osob z CS i nie tylko. A wiec 4 rosjanki i jedna dziewczyna z meksyku oraz jedna ze slowenii. i tak minal 12.02
czwartek, 10 lutego 2011
7.02
Zdecydowalam sie na autobus o 7 wstalam wiec grzecznie o 5.30 choc
nie bez problemow i ruszylam na jedno z tajemniczych miejsc odjazdow
auobusow w Bukareszcie , jako ze nie ma tam jednego dworca
autobusowego tylko rozne autobusy odjezdzaja z roznych miejsc w
miescie. Po drodze wstapilam do miejscowej piekarni a pani sprzedajaca
widzac mnie z dwoma plecakami zawolala radosnie "direkcion mundo?" i
chwile sobie porozmawialysmy na migi - o tym gdziez to sie udaje.
Niestety mimo tego ze poprzedniego dnia kierowca autobusu do Sofii
zapewnil mnie ze o 7 mej rano jest autobus okazalo sie jednak ze o
takowym nikt nie slyszal i najblizszy jest o 23. Co oczywiscie jest
nie prawda bo moje niemieckie kolezanki wczesniej dowiedzialy sie ze
codziennie kursuje tez autobus o godzinie 16 w ktory wsadzilam je dnia
poprzedniego. Moze chodzilo o 7ma wieczorem. Przypomnialam sobie za to
ze o 7.50 jest pociag do Giurgiu przy granicy bulgarskiej a stamtad
trzeba by sie jakos potem przedostac do granicy, ktorej podobno jednak
pieszo przekroczyc nie mozna. Mozna tez do Ruse, przygranicznego
miasteczka w Bulgarii, dostac sie busikiem tajemniczej firmy
Ovanessovi o godzinie nie wiadomej, tzn. ktos kiedys slyszal ze byla
to jakas 10-10.30 . Postanowilam pojechac najpierw na dworzec a potem
dopiero podjac dalsze kroki. Na dworcu okazalo sie ze jest pociag ale
dopiero o 12 13, w lasciwie o tej samej porze co pociag do istambulu.
Jedna pani w informacji powiedziala ze jedzie on godzine druga ze 2,
co w sumie nie ma znaczenia bo autobus do Turcji mam z Ruse dopiero o
godzinie 18 biletu jeszcze nie mam, wiec w sumie nawet jak nie dojade
to trudno. No ale fajnie by bylo jednak we wtorek byc w Istambule.
Koszt biletu na pociag to 34 RON. Stoje przy okienku informacji a
wmiedzyczasie podchodza do mnie a to taksowkarz ktory twierdzi ze z
jakiegos miejsca jest autobus do Sofii o 9 i on mnie tam zabierze za
jedyne 30 lei, albo z kolei podejrzanie wygladajacy szczerbaty typek
ktory jest naganiaczemkierowca i proponuje mi mikrobus do Ruse za 30
lei z tymze rzeczony mikrobus nie stoi pod dworcem ale "gdzies w
centrum". Pan od mikrobusu nawet prowadzi mnie do kasy zebym porownala
ceny i zobaczyla jak korzystna jest jego oferta ale jakos nie za
bardzo mam do niego zaufanie i pochwili oznajmiam ze jednak pojade
pociagiem. Skoro juz i tak robie juz tyle zachodu by zaoszczedzic
troche pieniedzy moge rownie dobrze wrocic na moim karnecie na Piata
Uniri skad podobno odjezdza bus Ovanessovi.No a jesli go nie bedzie to
wtedy juz chyba zdecyduje sie na ten bezposredni pociag do Istambulu
zeby nie przekombinowac. Po prostu wtedy bedzie to znaczyc ze tak
mialo byc. Jakos lepiej sie czuje z faktem ze czekajac na pociag czy
autobus wydam 10 lei na kawe a nie dam jakiemus naciagaczowi. Pod
hotelem skad ma byc odjazd busika zasiegam jezyka, a pani z hotely
oszem kiedys cos widziala ale po drugiej strony ulicy. Na szczescie
"po drugiej stronie" oprocz banku jest tez ambasada Izraela a to
niechybny znak ze calodobowo pelnia tam warte policjanci ktorzy mogli
cos widziec. Niestety pierwszy pan z angielskim stal nie bardzo ale
krotkie "privat-bus-ruse?" szybko zalatwia sprawe. Pan policjant przez
radio wzywa swojego kolege ktory jako tako po angielsku spikuje.
Owszem widzial tu jakis autobus i pokazuje mi miejsce gdzie autobus
zazwyczaj parkuje jednoczesnie informujac zebym nie stawiala plecaka
na ziemi bo przecie zmoge tammiec bombe. Krece sie chwile po parkigu
po czym jednak decyduje sie najakas kawke po drodze konsultujac pan
podrozy z Madzia ktora obudzilam przed 7 polskiego czasu zeby
poszukala mi numeru do tajemniczej firmy transportowej w bulgarii. Tak
to juz jest ze zasiegajac w czasie podrozy jezyka w Polsce musze
myslec kto o danej porze nie spi albo kto jest przed komputerem.
Bardzo sie ciesze ze tyle osob zaoferowalo swoja pomoc, zobaczymy jak
to bedzie w strefie gdzie jest 6 godzin do przodu w stosunku do
Polski. Poki co CS okazuje sie swietny a jak juz pisalam u Vlada
mojego gospodarza z Rumunii poznaje dwie swietne Niemki. Studiuja
kulturoznawstwo i animacje kultury, spedzily pol roku w Istambule na
Erasmusie a teraz robia miesieczny objazd po Balkanach i
przyleglosciach. Sa bardzo spontaniczne i otwarte, razem zwiedzilysmy
troche miasta, troche oprowadzal nas Vlad. W sobote wieczorem u Vlada
odbyl sie turniej gier planszowych zjawilo sie chyba wiecej niz 20
osob. Niektore gry oczywiscie byly nudnawe ale przy okazji mozna bylo
pogadac z ludzmi bardzo sympatycznymi z reszta.Wiekszosc byla z
Bukaresztu ale byl tez jeden kolga z Turcji, pare osob z CS i jakas
grupa ktora zna sie z harcerstwa. Ogolnie wszystkim bardzo podoba sie
idea CS. Spotkanie stalo sie milym pretekstem do nawiazania wielu
rozmow. Tak sobie dzisiaj myslalam ze moze sie podrozuje w 2-3 osoby
wtedy mozna lepiej zlapac jakas okazje transportowa, ale z drugiej
strony wten sposob niejako jestem zmuszona poznawac ludzi. Tymczasem
dopijam sobie w ciepelku kawe i zaraz ide pelnic godzinna warte pod
amasada Izraela. A nuz znajde ten autobus albo on mnie a jak nie to
trudno nie oszczedze tych 40 euro ale przynajmniej nie bede mogla
sobie powiedziec ze nie probowalam.
Dzisiaj poniedzialek a wiec juz 6 dzien w podrozy. Musze powiedziec ze
polubilam Bukareszt i ciesze sie ze wczoraj poszlam sobie na dlugi
spacer w mniej turystycznych dzielnicach.
nie bez problemow i ruszylam na jedno z tajemniczych miejsc odjazdow
auobusow w Bukareszcie , jako ze nie ma tam jednego dworca
autobusowego tylko rozne autobusy odjezdzaja z roznych miejsc w
miescie. Po drodze wstapilam do miejscowej piekarni a pani sprzedajaca
widzac mnie z dwoma plecakami zawolala radosnie "direkcion mundo?" i
chwile sobie porozmawialysmy na migi - o tym gdziez to sie udaje.
Niestety mimo tego ze poprzedniego dnia kierowca autobusu do Sofii
zapewnil mnie ze o 7 mej rano jest autobus okazalo sie jednak ze o
takowym nikt nie slyszal i najblizszy jest o 23. Co oczywiscie jest
nie prawda bo moje niemieckie kolezanki wczesniej dowiedzialy sie ze
codziennie kursuje tez autobus o godzinie 16 w ktory wsadzilam je dnia
poprzedniego. Moze chodzilo o 7ma wieczorem. Przypomnialam sobie za to
ze o 7.50 jest pociag do Giurgiu przy granicy bulgarskiej a stamtad
trzeba by sie jakos potem przedostac do granicy, ktorej podobno jednak
pieszo przekroczyc nie mozna. Mozna tez do Ruse, przygranicznego
miasteczka w Bulgarii, dostac sie busikiem tajemniczej firmy
Ovanessovi o godzinie nie wiadomej, tzn. ktos kiedys slyszal ze byla
to jakas 10-10.30 . Postanowilam pojechac najpierw na dworzec a potem
dopiero podjac dalsze kroki. Na dworcu okazalo sie ze jest pociag ale
dopiero o 12 13, w lasciwie o tej samej porze co pociag do istambulu.
Jedna pani w informacji powiedziala ze jedzie on godzine druga ze 2,
co w sumie nie ma znaczenia bo autobus do Turcji mam z Ruse dopiero o
godzinie 18 biletu jeszcze nie mam, wiec w sumie nawet jak nie dojade
to trudno. No ale fajnie by bylo jednak we wtorek byc w Istambule.
Koszt biletu na pociag to 34 RON. Stoje przy okienku informacji a
wmiedzyczasie podchodza do mnie a to taksowkarz ktory twierdzi ze z
jakiegos miejsca jest autobus do Sofii o 9 i on mnie tam zabierze za
jedyne 30 lei, albo z kolei podejrzanie wygladajacy szczerbaty typek
ktory jest naganiaczemkierowca i proponuje mi mikrobus do Ruse za 30
lei z tymze rzeczony mikrobus nie stoi pod dworcem ale "gdzies w
centrum". Pan od mikrobusu nawet prowadzi mnie do kasy zebym porownala
ceny i zobaczyla jak korzystna jest jego oferta ale jakos nie za
bardzo mam do niego zaufanie i pochwili oznajmiam ze jednak pojade
pociagiem. Skoro juz i tak robie juz tyle zachodu by zaoszczedzic
troche pieniedzy moge rownie dobrze wrocic na moim karnecie na Piata
Uniri skad podobno odjezdza bus Ovanessovi.No a jesli go nie bedzie to
wtedy juz chyba zdecyduje sie na ten bezposredni pociag do Istambulu
zeby nie przekombinowac. Po prostu wtedy bedzie to znaczyc ze tak
mialo byc. Jakos lepiej sie czuje z faktem ze czekajac na pociag czy
autobus wydam 10 lei na kawe a nie dam jakiemus naciagaczowi. Pod
hotelem skad ma byc odjazd busika zasiegam jezyka, a pani z hotely
oszem kiedys cos widziala ale po drugiej strony ulicy. Na szczescie
"po drugiej stronie" oprocz banku jest tez ambasada Izraela a to
niechybny znak ze calodobowo pelnia tam warte policjanci ktorzy mogli
cos widziec. Niestety pierwszy pan z angielskim stal nie bardzo ale
krotkie "privat-bus-ruse?" szybko zalatwia sprawe. Pan policjant przez
radio wzywa swojego kolege ktory jako tako po angielsku spikuje.
Owszem widzial tu jakis autobus i pokazuje mi miejsce gdzie autobus
zazwyczaj parkuje jednoczesnie informujac zebym nie stawiala plecaka
na ziemi bo przecie zmoge tammiec bombe. Krece sie chwile po parkigu
po czym jednak decyduje sie najakas kawke po drodze konsultujac pan
podrozy z Madzia ktora obudzilam przed 7 polskiego czasu zeby
poszukala mi numeru do tajemniczej firmy transportowej w bulgarii. Tak
to juz jest ze zasiegajac w czasie podrozy jezyka w Polsce musze
myslec kto o danej porze nie spi albo kto jest przed komputerem.
Bardzo sie ciesze ze tyle osob zaoferowalo swoja pomoc, zobaczymy jak
to bedzie w strefie gdzie jest 6 godzin do przodu w stosunku do
Polski. Poki co CS okazuje sie swietny a jak juz pisalam u Vlada
mojego gospodarza z Rumunii poznaje dwie swietne Niemki. Studiuja
kulturoznawstwo i animacje kultury, spedzily pol roku w Istambule na
Erasmusie a teraz robia miesieczny objazd po Balkanach i
przyleglosciach. Sa bardzo spontaniczne i otwarte, razem zwiedzilysmy
troche miasta, troche oprowadzal nas Vlad. W sobote wieczorem u Vlada
odbyl sie turniej gier planszowych zjawilo sie chyba wiecej niz 20
osob. Niektore gry oczywiscie byly nudnawe ale przy okazji mozna bylo
pogadac z ludzmi bardzo sympatycznymi z reszta.Wiekszosc byla z
Bukaresztu ale byl tez jeden kolga z Turcji, pare osob z CS i jakas
grupa ktora zna sie z harcerstwa. Ogolnie wszystkim bardzo podoba sie
idea CS. Spotkanie stalo sie milym pretekstem do nawiazania wielu
rozmow. Tak sobie dzisiaj myslalam ze moze sie podrozuje w 2-3 osoby
wtedy mozna lepiej zlapac jakas okazje transportowa, ale z drugiej
strony wten sposob niejako jestem zmuszona poznawac ludzi. Tymczasem
dopijam sobie w ciepelku kawe i zaraz ide pelnic godzinna warte pod
amasada Izraela. A nuz znajde ten autobus albo on mnie a jak nie to
trudno nie oszczedze tych 40 euro ale przynajmniej nie bede mogla
sobie powiedziec ze nie probowalam.
Dzisiaj poniedzialek a wiec juz 6 dzien w podrozy. Musze powiedziec ze
polubilam Bukareszt i ciesze sie ze wczoraj poszlam sobie na dlugi
spacer w mniej turystycznych dzielnicach.
dalej daleko
Niestety rzadko tu mozna spotkac polska klawiature wiec bedzie w dalszym ciagu bez polskich.
Bukareszt powital mnie chlodem ale i wielkim sloncem. Zmora Bukaresztu sa nieodsniezone chodniki na ktorych pod wplywem mocnego slonca snieg topi sie a potem ponownie zamraza tworzac piekna twrda warstwe lodu twardego jak skala i zwsze gotowego zlamac noge.-). No ale skoro miaa to byc niebezpieczna podroz :))) Idac do bloku w ktorym mieszka Vlad zauwazam kilka bezpanskich psow ktore szarpia sie ze soba o kawelek znalezionej w smietniku szmaty. Troche zastanawiam sie czy sie ich bac czy raczej zignorowac. Jak sie potem dowiaduje miasto od lat "walczy" z psia plaga co objawilo sie miedzy innymi tym ze gdy w Bukareszcie odbywal sie szczyt nato miasto usunelo psy z ulic ale po jakims czasie znowu sie pojawil tyle tylko ze z klipsami na uszach. W sumie robi to niesamowite wrazenie bo zazwyczaj w miastach w ktorych bywalam na dziko zyly tylko koty. U Vlada poznaje dwie studentki ktore wlasnie wracaja po polrocznym pobycie w Istambule i teraz maja zamiar objechac balkany oraz Europe wschodnia. Od razu wypytuje jak dojechaly z Istambulu i dowiaduje sie o nowe mozliwosci, zamiast poczatkowo planowej podrozy do Constanzy moge jechac do granicy bulgarskiej albo wrez do przygranicznego miasteczka bulgarskiego a potem do stamtad do istambulu. Wracajac do otoczenia psy mozna spotkac wszedzie, w parkach, pod sklepem, pod parlamentem i na osiedlach gdzie zazwyczaj koczuja w grupach, zapewne takze w poszukiwaniu pozywienia. Na szczescie znaczna wiekszosc z nich jest niegrozna i na widok ludzi raczej przyjaznie machna ogonem i spojrza w nadzieji ze moze dostana cos do jedzenia. Jest to zreszta calkowicie uzadanione bo nie raz w miejsce naszych staruszek z luboscia rozsypujacych jedzenie golebiom widzialam panie dokarmiajace psy. Bukareszt to w sumie bardzo piekne miasto choc moze niekotre budynki pokryte sa gleboka warstwa zakonserwowanego brudu. Nie wiem dlaczego spodziewalam sie wylacznie monumentalnych budynkow w stylu tutejszego parlamentu ktorz zbudowano w 1984 roku. Jest to drugi najwiekszy budynek administracyjny na swiecie zaraz po pentagonie. Ma dwanascie pieter, ma 1100 pomieszczeniem i podobno jest jedyna z nielicznych budowli ktore widac z kosmosu. Oczywicie kilka ulic w centrum wyglada niczym moskiewskie lub bialoruskie "prospiekty" i ozdobiona jest bezksztaltnymi betonowymi plombami z betonu naprzemiennie z monumentalna architekturasocrealistyczno barokowa. Pelno tu jednak uroczej architektury, malenkich kamieniczek i domkow, secesyjnych,bogato zdobionych esami floresami i rzezbami oraz koniecznie owalnymi okienkami pod dachem. Takze ksztalty dachow sa bardzo zroznicowane, a niektore domki zakonczone sa mini wiezyczkami. Starowka jest teraz caly czas w trakcie odnawiania i coraz to kolejne kamieniczki wylaniaja sie zza plotow o udanym liftingu. Przez lata komunizmu wszystko to poprostu niszczalo i rozpadalo sie na kawalki. Tutejsza kuchnia to raczej miesno kapusciane wplywy austrowegierskie niz cos z balkanow ale wracajace z Turcji kolezanki niemki zachwycone byly smazona kiszona kapusta i pieczonymi kielbaskami po prostu czuly sie jak w domu. Bardzo zabawnie brzmia nazwy niektorych potraw np zupa to Ciorba wymiawiane "siorba" co oczywiscie nasuwa pewne skojarzenia. W miescie oczywiscie znalezc mozna wszysteki kuchnie swiata no i oczywiscie wszechobecne kebaby ktore poniewaz posuwam sie coraz bardziej na poludnie coraz bardziej przypominaja oryginal. A ja dopiero zmierzam do "kebabowego raju" . Wracajac do Bukaresztu oczywiscie budynki sa stare brudne i zniszczone ale nie w sposob ktory odstrasza. Ma to wszystko jakis swoj urok widac ze to miasto zbiera sie do lotu po latach zapomnienia. Jutro czeka mnie podroz do Istambulu walcze z tym czy zaplaicic 120 zlotych wiecej i jechac pociagiem (znow 17 godzin) czy tez autobus i zaplacic 20 zl wiecej zeby jechac pozniej i nie wiem czy ten autobus w ogole bedzie. To znaczy autobus do Ruse miasta w Bulgarii skad mam miec autobus do Istambulu. Kusi mnie zwiedzanie tego miasteczka no i przerwa ale z drugiej strony mam watpliwosci. Zobaczymy czy uda mi sie wstac o 5.30
Bukareszt powital mnie chlodem ale i wielkim sloncem. Zmora Bukaresztu sa nieodsniezone chodniki na ktorych pod wplywem mocnego slonca snieg topi sie a potem ponownie zamraza tworzac piekna twrda warstwe lodu twardego jak skala i zwsze gotowego zlamac noge.-). No ale skoro miaa to byc niebezpieczna podroz :))) Idac do bloku w ktorym mieszka Vlad zauwazam kilka bezpanskich psow ktore szarpia sie ze soba o kawelek znalezionej w smietniku szmaty. Troche zastanawiam sie czy sie ich bac czy raczej zignorowac. Jak sie potem dowiaduje miasto od lat "walczy" z psia plaga co objawilo sie miedzy innymi tym ze gdy w Bukareszcie odbywal sie szczyt nato miasto usunelo psy z ulic ale po jakims czasie znowu sie pojawil tyle tylko ze z klipsami na uszach. W sumie robi to niesamowite wrazenie bo zazwyczaj w miastach w ktorych bywalam na dziko zyly tylko koty. U Vlada poznaje dwie studentki ktore wlasnie wracaja po polrocznym pobycie w Istambule i teraz maja zamiar objechac balkany oraz Europe wschodnia. Od razu wypytuje jak dojechaly z Istambulu i dowiaduje sie o nowe mozliwosci, zamiast poczatkowo planowej podrozy do Constanzy moge jechac do granicy bulgarskiej albo wrez do przygranicznego miasteczka bulgarskiego a potem do stamtad do istambulu. Wracajac do otoczenia psy mozna spotkac wszedzie, w parkach, pod sklepem, pod parlamentem i na osiedlach gdzie zazwyczaj koczuja w grupach, zapewne takze w poszukiwaniu pozywienia. Na szczescie znaczna wiekszosc z nich jest niegrozna i na widok ludzi raczej przyjaznie machna ogonem i spojrza w nadzieji ze moze dostana cos do jedzenia. Jest to zreszta calkowicie uzadanione bo nie raz w miejsce naszych staruszek z luboscia rozsypujacych jedzenie golebiom widzialam panie dokarmiajace psy. Bukareszt to w sumie bardzo piekne miasto choc moze niekotre budynki pokryte sa gleboka warstwa zakonserwowanego brudu. Nie wiem dlaczego spodziewalam sie wylacznie monumentalnych budynkow w stylu tutejszego parlamentu ktorz zbudowano w 1984 roku. Jest to drugi najwiekszy budynek administracyjny na swiecie zaraz po pentagonie. Ma dwanascie pieter, ma 1100 pomieszczeniem i podobno jest jedyna z nielicznych budowli ktore widac z kosmosu. Oczywicie kilka ulic w centrum wyglada niczym moskiewskie lub bialoruskie "prospiekty" i ozdobiona jest bezksztaltnymi betonowymi plombami z betonu naprzemiennie z monumentalna architekturasocrealistyczno barokowa. Pelno tu jednak uroczej architektury, malenkich kamieniczek i domkow, secesyjnych,bogato zdobionych esami floresami i rzezbami oraz koniecznie owalnymi okienkami pod dachem. Takze ksztalty dachow sa bardzo zroznicowane, a niektore domki zakonczone sa mini wiezyczkami. Starowka jest teraz caly czas w trakcie odnawiania i coraz to kolejne kamieniczki wylaniaja sie zza plotow o udanym liftingu. Przez lata komunizmu wszystko to poprostu niszczalo i rozpadalo sie na kawalki. Tutejsza kuchnia to raczej miesno kapusciane wplywy austrowegierskie niz cos z balkanow ale wracajace z Turcji kolezanki niemki zachwycone byly smazona kiszona kapusta i pieczonymi kielbaskami po prostu czuly sie jak w domu. Bardzo zabawnie brzmia nazwy niektorych potraw np zupa to Ciorba wymiawiane "siorba" co oczywiscie nasuwa pewne skojarzenia. W miescie oczywiscie znalezc mozna wszysteki kuchnie swiata no i oczywiscie wszechobecne kebaby ktore poniewaz posuwam sie coraz bardziej na poludnie coraz bardziej przypominaja oryginal. A ja dopiero zmierzam do "kebabowego raju" . Wracajac do Bukaresztu oczywiscie budynki sa stare brudne i zniszczone ale nie w sposob ktory odstrasza. Ma to wszystko jakis swoj urok widac ze to miasto zbiera sie do lotu po latach zapomnienia. Jutro czeka mnie podroz do Istambulu walcze z tym czy zaplaicic 120 zlotych wiecej i jechac pociagiem (znow 17 godzin) czy tez autobus i zaplacic 20 zl wiecej zeby jechac pozniej i nie wiem czy ten autobus w ogole bedzie. To znaczy autobus do Ruse miasta w Bulgarii skad mam miec autobus do Istambulu. Kusi mnie zwiedzanie tego miasteczka no i przerwa ale z drugiej strony mam watpliwosci. Zobaczymy czy uda mi sie wstac o 5.30
wtorek, 8 lutego 2011
Oto co nam Kaja napisala w pierwszych doniesieniach - zbiorczo
Warszawa -Krakow 2.02
Po nocnym pakowaniu Last Minute (Dzieki Klaudia!!) i wieczornych sprawunkach (Pozdrowienia dla Adama!) decyduje ze jednak zamiast pociągiem o 6.05 pojadę tym o 7.50. Co prawda nie zaoszczędzę 10 pln ale za to mam 1,5 h snu extra.
Na dworzec odprowadza mnie niezawodny komitet pożegnalny w osobie Marzeny. Pociąg rusza i czuje jednocześnie wielka ulgę, ze ta podroż już się zaczęła, ale tez i niepokój "co bedzie dalej".
Ciężko jest znieść takie bombardowanie ze wszystkich stron: "Jedziesz sama?" , "Ale nie boisz się?" . Kazdy się chyba trochę boi wiec i ja. Ale dzięki przyjaciołom wyposażona jestem w spora ilość dokładnych informacji, liczne propozycje pomocy w sytuacjach alarmowych, dobre rady etc. Przecież zawsze chciałam pojechać w taka podroż. Poza tym myślę, ze każdy chociaż raz w życiu powinien odbyć długa podróż samemu, a Indie na taka okazje są kierunkiem wręcz doskonałym. Tyle słyszy się o ludziach ktorzy podrozuja nawet rok - dwa lata, biura podrozy oferuja bilety dookola swiata - popyt jest, a chetnych nie brakuje, wiec co to jest te kilka miesiecy. Dawno minely czasy, kiedy kazda informacja musiala byc przekazana ustnie sprawdzona tylko i wylacznie osobiscie. Dzisiaj zyjemy w globalnej wiosce, podrozujemy z laptopami komorkami, gpsami. Dlatego czasem przyjemnie zatracic sie w wedrowce czy przygodzie z tradycyjna mapa.
Dalej nie wiem co bedzie z noclegiem w Istambule, mam co prawda numer do czlowieka ale na smsa nie odpowiedzial. Ale to znajomy znajomych wiec zakladam ze nie dadza mi zginac:-). Troche przerazona jestem iloscia swojego bagazu: cale 10kg plus jeszcze 1,5 kg bagaz podreczny. Jeszcze nie minela godzina a juz zaczynaja mnie irytowac te wszystkie torebeczki, torebusie i saszetunie w majtkach i innych ciekawych miejscach ciala w ktorych poumieszczane mam paszport, dokumenty, karty dolary.
We Wloszczowej do przedzialu przysiada sie sympatyczna dziewczyna, a ja nerwowo przetrzasam plecak, zeby zrobic rachunek sumienia czego zapomnialam. Tym razem to kabel do aparatu (akurat to nic kupie w krakowie) i poduszka podrozna w ktora z taka pieczolowitoscia zaopatrzyla mnie Alicja..:-( Gdy dziewczyna zauwaza grubasny tom Lonely Planet India, usmiecha sie. Okazalo sie ze wlasnie kilka dni temu wrocila z 3 miesiecznej podrozy po Ameryce Centralnej a teraz wlasnie jedzie do Krakowa spotkac sie z kolezanka ktora wlasnie wrocila z Indii. Jak widac kierunek niezwykle popularny....:-) Tradycyjnie jak przed kazda dluzsza podroza dopadlo mnie przeziebienie. Mysle ze poprzedniego dnia na cmentarzu choc tego nie czulam - mocno zmarzlam. Poki co fatalnie czuje sie w cieplych pomieszczeniach. Oby minelo.
Krakow - Budapeszt
Autobus Orangeways okazal sie bardzo przyjazny. Czysty, ladne wygodne siedzenia. Jedynym problemem okazalo sie nadmierne ogrzewanie i pasazerowie kaszlacy coraz bardziej z godziny na godzine - na pewno nie pomaga mi to w przeziebieniu. Na szczescie dzieki temu, ze postanowilam nie brac "prawdziwej" kurtki tylko ubrana jestem warstwowo w swterek puchowy, windstoper bluze i t-shirt mam ta przewage nad innymi ze moge sie rozbierac. No i moja rezerwacja daje wyniki - na podwojnym miejscu jade sama. A dzieki namowie Klaudzilli podrozuje w dresiku i klapeczkach wyjetych z plecaka. Po drodze puszczaja nam amerykanskie filmy z wegierskim dubbingiem i angielskimi napisami przyslaniamymi bujnymi czuprynami pasazerow przede mna. Stewardesa podaje wysterylizowane sluchawki i napoje w bardzo niewygorowanych cenach 2-3 zl. Napis na toalecie szczegolowo informuje ze pasazerowie maja korzystac z niej "only for number one".
Przyjezdzamy godzine przed czasem. Na szczescie zorientowalam sie ze wjezdzamy w granice miasta i kontaktuje sie z Gyorgym ktory obiecuje czekac na dworcu. Gyorgy od razu prowadzi do siebie i zapisuje adres lacznie z kodem do domofonu gdybym miala sie zgubic jakims cudem chyba - bo przeciez "na miasto" idziemy razem. Wszystko bardzo godne zaufania. Po chwili decyzji zostawiam u niego jedna saszetke z paszportem. W koncu jestem w Unii w razie czego wroce na dowod. Po tradycyjnej kolacji w tureckim barze idziemy na obchod. Gyorgy zna chyba z 5 jezykow wiec rozmawiamy sobie tez troche po polsku. Oprowadza mnie po dawnym gettcie zydowskim, gdzie obecnie dziala kilka restauracji oraz religijnych szkol zydowskich. Sa tam tez undergroundowe bary i kluby.Jak sie okazuje w Budapeszcie jest kilka dzialajacych synagog ortodoksynych oraz reformowanych a takze yeshiw i wogole wszelkiego rodzaju zydowskich i izraelskich instytucji kulturalnych i edukacyjnych. Po drodze rozmawiamy o swoich zainteresowaniach i podrozach. Konczymy piwkiem w barze ktory miesci sie w zrujnowanej kamienicy, wyglada jak 500m2 hangar, wszystkie sciany ma posprejowane w grafitti, a kazdy mebel inny.
Dzien w Budapeszcie 3.02
Niestety noc nie byla najlepsza. Chyba dopadla mnie goraczka, najpierw dreszcze, potem poty, budzilam sie co godzine.
Rano juz duzo lepiej poszlismy od razu do apteki i choc nie ufam do konca homeopatii to mysle ze antybiotyki sa chyba jeszcze gorsze. Lykam wiec co nieco i pomalu ruszamy na obchod. Zaczynamy od glownego bulwaru Budy ktory podkowa od rzeki prowadzi przez miasto. Wszedzie piekne, kamienice koniecznie z rzezba pod dachem. Bardzo tez podobaja mi sie tramwaje ktore maja drzwi na obie strony. Budapeszt ma kilka dworcow wiekszosc z nich jest bardzo ladna. Dworzec Zachodni np. zaprojektowany zostal przez Eiffla. Odbywamy tez krotka wizyte na dworcu Keleti z ktorego wieczorem mam odjazd - nadchodzi chwila prawdy czy bilet kupiony na stronie wegierskich kolei przez znajomego znajomego (dzieki Tomek) bedzie mozna odebrac/wydrukowac lub potwierdzic w jakikolwiek inny sposob.
Udalo sie! Zwiedzamy tez ulice Andrassy, zagladamy do opery oraz Instytu Polskiego gdzie ogladamy ciekawa wystawe o Kazimierzu Nowaku - czlowieku ktory w latach 20. XX w zjechal afryke na rowerze. Po przeciwnej stronie stoi bardzo ciekawy budynek, dom fotografii w domu Mai Mano. Niestety wystawa jest zamknieta ale na budynek i tak warto popatrzec. Nastepnie idziemy do zabytkowej retro ksiegarni, Alexandria troche przypominajacej nasz trafik ale zachowujacej oryginalny styl art deco. Znajduje sie tam tez wspaniala kawiarnia z oryginalnymi zabytkowymi freskami. Jak w wiekszosci wegierskich ksiegarn mozna tam takze kupic wino. Zwiedzilismy tez z zewnatrz muzeum poczty ktore jest pieknym domem gdzie oprocz muzeum mieszkaja normalni lokatorzy. Potem w przepysznej koszernej wegetarianskiej restauracji zjedlismy "do-it-yourself falafel" ktory napelnia sie wszelkiego rodzaju dodatkami i sosami. Pycha! Wycieczki dopelnily przejazdzka tramwajem wzdluz dunaju oraz wizyta na krytym targu zywnosci, ktory zaprojektowany byl jako kolejny dworzec w Budapeszcie ale koniec koncow nim nie zostal. Na koniec kawka i winko w gejowsko przyjaznej (gay friendly) kawiarence "szalony zegar" gdzie dekoracjami byly wszelkiego rodzaju zegarki, zegary, budziki etc. Gyorgy okazal sie wspanialym gospodarzem i przewodnikiem,. Podarowal mi nawet mape istambulu i podpowiedzial co tam jeszcze zwiedzic.
Budapeszt - Rumunia 4.02
Wiekszosc dworcow na Wegrzech i Rumuniii charakteryzuje sie tym, ze numer peronu z ktorego odjezdza pociag podawany jest w ostatniej chwili. Wszyscy tlocza sie przy samym wejsciu i stoja z wysoko zadartymi glowani a przez megafon monotonny zawodzacy glos podaje przyjazdy i odjazdy nie przerywajac ani na chwile. Poniewaz z jezyka wegierskiego nie rozumiem kompletnie nic a wielka pol-hala daje ogromne echo, odnosze wrazenie, ze to jakies wschodnie wezwanie na modly. Jak zwykle w tych rejonach ogrzewanie w pociagu jest wprost niemozliwe. Pociag bezprzedzialowy z czterema siedzeniami ustawionymi po dwa na przeciw siebie i stolikiem. Na szczescie w "moim" kaciku nie siada nikt. Z tylu dwie chyba Chinki z laptopem, obok jakis pan. Okolo polnocy legitymuje nas policja, skanujac dokumenty - no tak, uswiadamiam sobie ze przeciez Rumunia nie jest w Schengen. W dodatku przestawiamy czas o godzine do przodu. W sumie jazda pociagiem jakies 17 godzin. Udaje mi sie przespac kilka godzin zawinieta w rog spiwora ale i tak budze sie okolo 6tej.Panie Chinki maja lepiej bo z racji konstrukcji prawie cale mieszcza sie na lezaco kazda na dwoch siedzeniach i chrapia w najlepsze. Jakis czas potem na pierwszej gorskiej stacji wysiadaja. Przez chwile czuje ulge bo zmienilismy lokomotywe i jest jakby chlodniej, ale niestety wrazenie mija i znowu siedzimy niczym w saunie. Za oknem piekne gorskie rumunskie widoki, pociag pnie sie po gorskich tunelach i widac snujaca sie ponizej nas mgle. Zastanawiam sie ile stopni bedzie w Bukareszcie i czy moje urzadzenie "kurtkopodobne" bedzie odpowiednie. Nie bardzo juz mam co na siebie wlozyc - ale tak do -5 powinno byc ok.
Przeziebienie tez jakby ustaje takze wiadomosci sa dobre. Na stoliku przede mna prawdziwie miedzynarodowe towarzystwo: Polska gazeta, wegierska woda i ser, indyjski balsam na przeziebienie i anglojezyczna ksiazka o kobietach w islamie. Zimowy krajobraz przemyka przed oczami a ja ze smutkiem zdaje sobie sprawe ze to pewnie ostatnie dni z ciepla woda i cywilacja:)
Teraz pozostaje tylko trafic ze stacji do mojego nastepnego gospodarza Vlada.
cdn...
(czyli o tym jak zlapac autobus ktory byl samochodem:))
Po nocnym pakowaniu Last Minute (Dzieki Klaudia!!) i wieczornych sprawunkach (Pozdrowienia dla Adama!) decyduje ze jednak zamiast pociągiem o 6.05 pojadę tym o 7.50. Co prawda nie zaoszczędzę 10 pln ale za to mam 1,5 h snu extra.
Na dworzec odprowadza mnie niezawodny komitet pożegnalny w osobie Marzeny. Pociąg rusza i czuje jednocześnie wielka ulgę, ze ta podroż już się zaczęła, ale tez i niepokój "co bedzie dalej".
Ciężko jest znieść takie bombardowanie ze wszystkich stron: "Jedziesz sama?" , "Ale nie boisz się?" . Kazdy się chyba trochę boi wiec i ja. Ale dzięki przyjaciołom wyposażona jestem w spora ilość dokładnych informacji, liczne propozycje pomocy w sytuacjach alarmowych, dobre rady etc. Przecież zawsze chciałam pojechać w taka podroż. Poza tym myślę, ze każdy chociaż raz w życiu powinien odbyć długa podróż samemu, a Indie na taka okazje są kierunkiem wręcz doskonałym. Tyle słyszy się o ludziach ktorzy podrozuja nawet rok - dwa lata, biura podrozy oferuja bilety dookola swiata - popyt jest, a chetnych nie brakuje, wiec co to jest te kilka miesiecy. Dawno minely czasy, kiedy kazda informacja musiala byc przekazana ustnie sprawdzona tylko i wylacznie osobiscie. Dzisiaj zyjemy w globalnej wiosce, podrozujemy z laptopami komorkami, gpsami. Dlatego czasem przyjemnie zatracic sie w wedrowce czy przygodzie z tradycyjna mapa.
Dalej nie wiem co bedzie z noclegiem w Istambule, mam co prawda numer do czlowieka ale na smsa nie odpowiedzial. Ale to znajomy znajomych wiec zakladam ze nie dadza mi zginac:-). Troche przerazona jestem iloscia swojego bagazu: cale 10kg plus jeszcze 1,5 kg bagaz podreczny. Jeszcze nie minela godzina a juz zaczynaja mnie irytowac te wszystkie torebeczki, torebusie i saszetunie w majtkach i innych ciekawych miejscach ciala w ktorych poumieszczane mam paszport, dokumenty, karty dolary.
We Wloszczowej do przedzialu przysiada sie sympatyczna dziewczyna, a ja nerwowo przetrzasam plecak, zeby zrobic rachunek sumienia czego zapomnialam. Tym razem to kabel do aparatu (akurat to nic kupie w krakowie) i poduszka podrozna w ktora z taka pieczolowitoscia zaopatrzyla mnie Alicja..:-( Gdy dziewczyna zauwaza grubasny tom Lonely Planet India, usmiecha sie. Okazalo sie ze wlasnie kilka dni temu wrocila z 3 miesiecznej podrozy po Ameryce Centralnej a teraz wlasnie jedzie do Krakowa spotkac sie z kolezanka ktora wlasnie wrocila z Indii. Jak widac kierunek niezwykle popularny....:-) Tradycyjnie jak przed kazda dluzsza podroza dopadlo mnie przeziebienie. Mysle ze poprzedniego dnia na cmentarzu choc tego nie czulam - mocno zmarzlam. Poki co fatalnie czuje sie w cieplych pomieszczeniach. Oby minelo.
Krakow - Budapeszt
Autobus Orangeways okazal sie bardzo przyjazny. Czysty, ladne wygodne siedzenia. Jedynym problemem okazalo sie nadmierne ogrzewanie i pasazerowie kaszlacy coraz bardziej z godziny na godzine - na pewno nie pomaga mi to w przeziebieniu. Na szczescie dzieki temu, ze postanowilam nie brac "prawdziwej" kurtki tylko ubrana jestem warstwowo w swterek puchowy, windstoper bluze i t-shirt mam ta przewage nad innymi ze moge sie rozbierac. No i moja rezerwacja daje wyniki - na podwojnym miejscu jade sama. A dzieki namowie Klaudzilli podrozuje w dresiku i klapeczkach wyjetych z plecaka. Po drodze puszczaja nam amerykanskie filmy z wegierskim dubbingiem i angielskimi napisami przyslaniamymi bujnymi czuprynami pasazerow przede mna. Stewardesa podaje wysterylizowane sluchawki i napoje w bardzo niewygorowanych cenach 2-3 zl. Napis na toalecie szczegolowo informuje ze pasazerowie maja korzystac z niej "only for number one".
Przyjezdzamy godzine przed czasem. Na szczescie zorientowalam sie ze wjezdzamy w granice miasta i kontaktuje sie z Gyorgym ktory obiecuje czekac na dworcu. Gyorgy od razu prowadzi do siebie i zapisuje adres lacznie z kodem do domofonu gdybym miala sie zgubic jakims cudem chyba - bo przeciez "na miasto" idziemy razem. Wszystko bardzo godne zaufania. Po chwili decyzji zostawiam u niego jedna saszetke z paszportem. W koncu jestem w Unii w razie czego wroce na dowod. Po tradycyjnej kolacji w tureckim barze idziemy na obchod. Gyorgy zna chyba z 5 jezykow wiec rozmawiamy sobie tez troche po polsku. Oprowadza mnie po dawnym gettcie zydowskim, gdzie obecnie dziala kilka restauracji oraz religijnych szkol zydowskich. Sa tam tez undergroundowe bary i kluby.Jak sie okazuje w Budapeszcie jest kilka dzialajacych synagog ortodoksynych oraz reformowanych a takze yeshiw i wogole wszelkiego rodzaju zydowskich i izraelskich instytucji kulturalnych i edukacyjnych. Po drodze rozmawiamy o swoich zainteresowaniach i podrozach. Konczymy piwkiem w barze ktory miesci sie w zrujnowanej kamienicy, wyglada jak 500m2 hangar, wszystkie sciany ma posprejowane w grafitti, a kazdy mebel inny.
Dzien w Budapeszcie 3.02
Niestety noc nie byla najlepsza. Chyba dopadla mnie goraczka, najpierw dreszcze, potem poty, budzilam sie co godzine.
Rano juz duzo lepiej poszlismy od razu do apteki i choc nie ufam do konca homeopatii to mysle ze antybiotyki sa chyba jeszcze gorsze. Lykam wiec co nieco i pomalu ruszamy na obchod. Zaczynamy od glownego bulwaru Budy ktory podkowa od rzeki prowadzi przez miasto. Wszedzie piekne, kamienice koniecznie z rzezba pod dachem. Bardzo tez podobaja mi sie tramwaje ktore maja drzwi na obie strony. Budapeszt ma kilka dworcow wiekszosc z nich jest bardzo ladna. Dworzec Zachodni np. zaprojektowany zostal przez Eiffla. Odbywamy tez krotka wizyte na dworcu Keleti z ktorego wieczorem mam odjazd - nadchodzi chwila prawdy czy bilet kupiony na stronie wegierskich kolei przez znajomego znajomego (dzieki Tomek) bedzie mozna odebrac/wydrukowac lub potwierdzic w jakikolwiek inny sposob.
Udalo sie! Zwiedzamy tez ulice Andrassy, zagladamy do opery oraz Instytu Polskiego gdzie ogladamy ciekawa wystawe o Kazimierzu Nowaku - czlowieku ktory w latach 20. XX w zjechal afryke na rowerze. Po przeciwnej stronie stoi bardzo ciekawy budynek, dom fotografii w domu Mai Mano. Niestety wystawa jest zamknieta ale na budynek i tak warto popatrzec. Nastepnie idziemy do zabytkowej retro ksiegarni, Alexandria troche przypominajacej nasz trafik ale zachowujacej oryginalny styl art deco. Znajduje sie tam tez wspaniala kawiarnia z oryginalnymi zabytkowymi freskami. Jak w wiekszosci wegierskich ksiegarn mozna tam takze kupic wino. Zwiedzilismy tez z zewnatrz muzeum poczty ktore jest pieknym domem gdzie oprocz muzeum mieszkaja normalni lokatorzy. Potem w przepysznej koszernej wegetarianskiej restauracji zjedlismy "do-it-yourself falafel" ktory napelnia sie wszelkiego rodzaju dodatkami i sosami. Pycha! Wycieczki dopelnily przejazdzka tramwajem wzdluz dunaju oraz wizyta na krytym targu zywnosci, ktory zaprojektowany byl jako kolejny dworzec w Budapeszcie ale koniec koncow nim nie zostal. Na koniec kawka i winko w gejowsko przyjaznej (gay friendly) kawiarence "szalony zegar" gdzie dekoracjami byly wszelkiego rodzaju zegarki, zegary, budziki etc. Gyorgy okazal sie wspanialym gospodarzem i przewodnikiem,. Podarowal mi nawet mape istambulu i podpowiedzial co tam jeszcze zwiedzic.
Budapeszt - Rumunia 4.02
Wiekszosc dworcow na Wegrzech i Rumuniii charakteryzuje sie tym, ze numer peronu z ktorego odjezdza pociag podawany jest w ostatniej chwili. Wszyscy tlocza sie przy samym wejsciu i stoja z wysoko zadartymi glowani a przez megafon monotonny zawodzacy glos podaje przyjazdy i odjazdy nie przerywajac ani na chwile. Poniewaz z jezyka wegierskiego nie rozumiem kompletnie nic a wielka pol-hala daje ogromne echo, odnosze wrazenie, ze to jakies wschodnie wezwanie na modly. Jak zwykle w tych rejonach ogrzewanie w pociagu jest wprost niemozliwe. Pociag bezprzedzialowy z czterema siedzeniami ustawionymi po dwa na przeciw siebie i stolikiem. Na szczescie w "moim" kaciku nie siada nikt. Z tylu dwie chyba Chinki z laptopem, obok jakis pan. Okolo polnocy legitymuje nas policja, skanujac dokumenty - no tak, uswiadamiam sobie ze przeciez Rumunia nie jest w Schengen. W dodatku przestawiamy czas o godzine do przodu. W sumie jazda pociagiem jakies 17 godzin. Udaje mi sie przespac kilka godzin zawinieta w rog spiwora ale i tak budze sie okolo 6tej.Panie Chinki maja lepiej bo z racji konstrukcji prawie cale mieszcza sie na lezaco kazda na dwoch siedzeniach i chrapia w najlepsze. Jakis czas potem na pierwszej gorskiej stacji wysiadaja. Przez chwile czuje ulge bo zmienilismy lokomotywe i jest jakby chlodniej, ale niestety wrazenie mija i znowu siedzimy niczym w saunie. Za oknem piekne gorskie rumunskie widoki, pociag pnie sie po gorskich tunelach i widac snujaca sie ponizej nas mgle. Zastanawiam sie ile stopni bedzie w Bukareszcie i czy moje urzadzenie "kurtkopodobne" bedzie odpowiednie. Nie bardzo juz mam co na siebie wlozyc - ale tak do -5 powinno byc ok.
Przeziebienie tez jakby ustaje takze wiadomosci sa dobre. Na stoliku przede mna prawdziwie miedzynarodowe towarzystwo: Polska gazeta, wegierska woda i ser, indyjski balsam na przeziebienie i anglojezyczna ksiazka o kobietach w islamie. Zimowy krajobraz przemyka przed oczami a ja ze smutkiem zdaje sobie sprawe ze to pewnie ostatnie dni z ciepla woda i cywilacja:)
Teraz pozostaje tylko trafic ze stacji do mojego nastepnego gospodarza Vlada.
cdn...
(czyli o tym jak zlapac autobus ktory byl samochodem:))
KAJA MA JAJA
Tak bardzo bardzo chcialam to kiedys w jakichs dogodnych okolicznosciach napisac!
I mam w koncu powod.
No wiec oto BLOG Z PODROZY naszej dzielnej Kajki.
Dla tych, co nie wiedza - przywitam sie:
Krata jestem. Oddana przyjaciolka, obecnie redaktorka bloga.
Bede tu wrzucac niusy zza gor i rzek.
Ogladajcie!
Wypatrujcie!
I mam w koncu powod.
No wiec oto BLOG Z PODROZY naszej dzielnej Kajki.
Dla tych, co nie wiedza - przywitam sie:
Krata jestem. Oddana przyjaciolka, obecnie redaktorka bloga.
Bede tu wrzucac niusy zza gor i rzek.
Ogladajcie!
Wypatrujcie!
Subskrybuj:
Posty (Atom)