niedziela, 20 lutego 2011

18-19.02 Jaipur

1. Osoby na dzis: Sanjay, Amisha oraz Michael
2. Prawda o indiach na dzisiaj: czasem wydasz fortune na bilet kolejowy a czas i warunki podrozy takie same:)

A wiec pobudka przed 4ta kolejny dzien z rzedu), wyklocanie sie z rykszarzem o dobra stawke na dworzec (nie, nie 300 rupii tylko 70 ew. + 10 za duzy bagaz) przeciez za bilet zaplacilam 87 rupii ( anie lux 300). Pociag juz czekal na dworcu oczywiscie numer pociagu nie ten co na bilecie, ale potem przekonalam sie co znaczy kolejne malymi literkami napisane na bilecie haslo "old train number".Oczywiscie przejscie na peron bylo nie latwe bo kladka zamknieta, a wiec wszyscy na tory, w tym ja z 2 ma plecakami wczolgiwac sie jelam na wlasciwy peron. Juz nawet przestaje myslec jaka jestem brudna:)). Pociag jak pociag. Klasa ogolna, na przeciwko mnie 2 sympatyczne starsze panie w chustach. Jakos w hindi zapytaly mnie o to dokad jade i ja zrozumialam o co chodzi. Przez kolejne 4 godziny jazdy bylo coraz zimniej ale ze wyjelam spiwor i siedzielismy w 4 na 3 osobowej lawce to nie ma co narzekac, troche przymknelam oczy, no i panie nade mna czuwaly wiec niebezpieczenstw nie bylo. Zreszta pociag jechal szybko i malo bylo stacji. Po wyladowaniu w Jaipurze najpierw pojechalam do domu Sanjaya. Udalo mi sie znalezc ryksze za 80, zamiast za proponowanych 200 wiec w sumie niezle. Mieszkanko cudowne, gospodarze uroczy. Na poczatku chcialam wybadac czy maja jakies oczekiwania, ogolnie lubia CS ale nie podoba im sie jak ludzie wchodza i wychodza bez slowa traktujac goscine jak hotel. Nie lubia takze poznych powrotow. Nie dziwie sie, obok jest slams, pozatym jakby cos sie stalo a rzeczy goscia beda u nich to do nich pierwszych przyjdzie policja. Zreszta nie mam zadnych planow imprezowych, 2 dni spalam po 4 godziny wiec raczej wieczorem to padne i tyle. Decyduje ze w jaipurze zostane jedna noc a pozniej pojade do pushkar. Potrzebuje czegos spokojniejszego, tutejsze miasta potrafia zameczyc na smierc. Poki co decyduje sie na wycieczke do niedaleko polozonego rozowego miasta. Przy okazji zwiedzam lokalne dzielnice w ktorych bialych praktycznie nie ma. Co do rozowego miasta pozwole zacytowac sobie jeden z serwisow: "Historia W 1727 r., kiedy państwo mogolskie przeżywało kryzys, maharadża Jai Singh zdecydował, że to już odpowiedni czas, by przenieść się z ciasnej fortecy na wzgórzu z pobliskiego Amberu na równiny. Zbudował więc miasto i otoczył je murem obronnym, zgodnie z zasadami planowania przestrzennego, opisanymi w Śilpa-Śastra, starej rozprawie hinduskiej o architekturze. Otoczone murem Różowe Miasto to stara część Jaipuru. W 1876 r. maharadża Ram Singh w ramach przygotowań do wizyty księcia Walii (późniejszego Edwarda VII) kazał pomalować ściany wszystkich budynków starego miasta na kolor różowy, tradycyjnie utożsamiany w Indiach z gościnnością. Starówka jest częściowo otoczona murem z siedmioma bramami, szerokie na 30 metrów aleje dzielą Różowe Miasto na równe prostokąty. Tutaj właśnie znajdują się najważniejsze miejsca odwiedzane przez turystów. Pałac Maharadży – City Palace Miejski kompleks pałacowy, położony w środkowej części starówki, składa się z dziedzińców, ogrodów i budynków pałacowych. Mury zewnętrzne zbudował Dżaj Singh, a niektóre budynki powstały stosunkowo niedawno, nawet na początku ubiegłego stulecia. Obecnie pałac stanowi mieszankę architektury radżasthańskiej i mogolskiej." ( kto chce wiecej niech czyta http://www.podrozeiherbata.pl/posts/view/jaipur-rozowe-miasto-i-okolice) Miasto slynie z recznie farbowanych i stemplowanych tkanin, szytych na miare ubran, muslinow itp (zdjecia z produkcji recznej na fb juz wkrotce). Tak wiec cale popoludnie spedzilam chodzac po miescie, udalo mi sie takze odwiedzic palac na wodzie, oraz przejechac lokalnym autobusem za 5 rupii co samo w sobie stanowi przezycie. Ciekawy jest takze palac Hawa Mahal zbudowany przez Radze dla kobiet coby mogly sobie troche poogladac co sie dzieje na ulicach same nie bedac widziane. Miasto jest znacznie czystsze niz delhi. Wiadomo naciagacze wszedzie. Uszylam sobie jeden garniturek (chyba troche przeplacilam ale juz brak mi ubran) Niestety potem juz bylam strasznie zmeczona, a polecana przez lonely planet knajpa z racji bycia polecana, ceny miala juz dwukrotnie drozsze niz w przewodniku plus 10 rupii "podatku", jednak bylam juz tak zmeczona i glodna ze stwierdzilam ze zaszaleje z obiadem za 100 rupii na dachu jednego z krawieckich pawilonow wokolo muru, zjem, posiedze i poobserwuje pawiany. Gdy wracalam zaczelo robic sie juz ciemno, dobrze trafilam w okolice moich gospodarzy jednak ich ulica nie jest tak naprawde ulica tylko dlugim okraglym traktem przecinajacym dzielnice, i coraz to ktos pokazywal mi droge, ale juz wydawalo mi sie ze chodze w kolko, a jak to w indiach bywa ludzie nie powiedza ci ze nie wiedza bo to niegrzecznie tylko beda ci pokazywac sprzeczne kierunki... No i dobre dzielnice przemieszane sa ze slumsami, na szczescie jakis dobry czlowiek ktory okazal sie sasiadem zaprowadzil mnie gdzie trzeba, po czym po prostu padlam jak dluga obiecujac sobie zwiedzanie palacu nastepnego dnia rano. cdn...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz