piątek, 10 czerwca 2011

Pozegnanie z Indiami i Bangkok!

A wiec wyszlo jak zwykle. czyli jak zwykle w indiach. Zeby ulatwic sobie i tak trudne dla mnie sytuacje lotniskowe, wspominajac Dublin postanowilam skorzystac z opcji self check in. A na lotnisko pojechac nowa superszybka linia metra. A wiec nowa superszybka linia metra, pachnaca jeszcze swiezo wysychajacym cementem dziala znakomicie. 25 minut podrozy na lotnisko minelo niczym sekunda. Nie spodziewalam sie ze bede wylatywala z Delhi, nie spodziewalam sie ze tak przyzwyczaje sie do Indii, ze z tak wielkim zalem bede wyjezdzac. Choc przeciez wszyscy znajomi pisza tez z ulga o czystosci ktorej doswiadczaja po przyjezdzie do dowolnego innego kraju. Zostawiam tez za soba mnostwo przyjaciol, Adama ktory czeka az snieg na przeleczy stopnieje i bedzie mogl uczyc w szkole, Samira ktory wlasnie czeka na narodziny pierwszego syna. Indie to na prawde niesamowity kraj ktory mozna zarazem kochac i nienawidzic. No ale nic przystanek Lotnisko - Indira International Airport wyrywa mnie z melancholii. Juz przy drzwiach wejsciowych do kompleksu lotniskowego stoi paru uzbrojonych po zeby zolniezy i skrupulatnie sprawdza paszporty, bilety itp. choc to jeszcze nie check - in i przed wejsciem tlocza sie takze rodziny odprowadzajace podroznych . Jak zwykle lot nocny, wiec jestem wczesniej, 4 godziny, z Kalkuty mialo byc 2 ale plan sie zmienil. Oczywiscie przy stoisku check in okazuje sie ze self check in nic nie znaczy i dalej musze czekac ze wszystkimi innymi w kolejce, z ta roznica ze juz wiem gdzie siedze. A przeciez jeszcze musze przemiescic sie na wlasciwa czesc terminalu plus operacja "uspokoic sie przed lotem". Poziom nerwowosci zaczyna wzrastac - chyba juz duchowo opuscilam indie bo zamiast jak zwykle ze stoickim spokojem podchodzic do tematu, poczulam wjatkowy przyplyw irytacji. Trudno, swietnie jak mawiala babcia. Kiedy juz wreszcie udalo mi sie jako tako dotoczyc do samolotu i przetrwac lot (lubie pilotow Air Asia). Czekalo mnie zdobycie wizy Tajskiej "on arrival". A wiec zdjecie (mialam, wiedzialam, posiadalam), wypelnienie formularza (bez problemu) oraz 1000 batow ( wlascie bahtow waluta Tajska), odstanie w kolejce ze wszystkimi przybylymi z Indii hindusami, byla tez druga kolejka z napisem "priority. express. transfer" ale postanowilam ze moze lepiej bedzie zaczekac w tej pierwszej. Po odstaniu 40 minut, w koncu stanelam twarza w twarz z panem urzednikiem sluzbista i dowiedzialam sie ze poniewaz nie posiadam biletu wyjazdowego, to wizy nie moge dostac. Nie pomoglo wyjasnienie ze chce podrozowac do Malezji ladem (gdzie moj bilet na autobus?), jedyne wyjscie teraz na lotnisku isc do kafejki internetowej (na szczescie jest) i kupic bilet na samolot, autobus, karawane cokolwiek. W miedzyczasie wyniklo jeszcze pare problemow z platnoscia karta, i juz wyczerpana tym wszystkim, lotem zmiana, czasu, ganianiem po terminalu postanowilam jednak dowiedziec sie o co chodzi z kolejka express, bo w miedzyczasie do zwyklej kolejki ustawil sie kolejny samolot hindusow. A wiec za dodatkowe 300 batow (ok 30 zl) mozna bylo obyc sie bez kolejki, pan w tym okienku rowniez byl duzo milszy, i nawet nie spytal o bilet do Kuala Lumpur (najtanszy i w miejsce do ktorego moze ewentualnie bym sie i udala), wiec juz na prawde poczulam uderzajaca mnie fale zwatpienia i zmeczenia. Wreszcie udalo sie, choc bagaz po godzinie juz zostal zdjety z tasmy i zastanawialam sie gdzie wlasciwie go szukac. Ale na szczescie lezal sobie obok tasmy, jeszcze tylko lokalna gotowka, karta sim i bede mogla zadzwonic do mojej gospodyni na jedna noc. Poprzednich kilka dni spedzilam na wysylaniu prosb o hosting ale jakos to bylo swieto pracy takze i w tajlandii i ludzie nie za bardzo odpowiadali, udalo mi sie w koncu po wyslaniu 20 zapytan, a potem kolejne dni w sumie troche na chama bo akurat ta osoba miala zamowionego goscia ale jakos sie dogadalysmy ze 2-3 dni moge zostac na podlodze i razem z ta osoba pozwiedzac Bangkok. Z lotniska jeszcze klimatyzowany pociag do centrum, i tutaj oczywiscie mnostwo szokow:) pierwszy szok: jak tu czysto!, drugi szok: wilgotnosc tak niemozliwa ze pot doslownie leci z czlowieka strumieniami. Tymczasem taksowka nie chce mnie podwiezc bo za blisko, wiec tarabanie sie do metra po to zeby przejechac 1 stacje. Na zewnatrz 32 stopnie, co nie jest jakims specjalnym problemem gdyby nie to ze czlowiek staje sie chodzacym prysznicem, a nastepnie wchodzi do metra gdzie jest jakies 16 stopni. Na szczescie mimo ostrzezen wielu znajomych, nie przeraza mnie ani ruch uliczny ani zanieczyszczenie, ani wrazenie tloku w Bangkoku. Po Indiach to wszystko jak bulka z najslodsza nutella. Mimo zmeczenia, a musze pokonac jeszcze kilka przecznic piechota z 2 ma plecakami, fascynuje mnie ten krajobraz troche jak komiks manga, troche jak Nowy Jork na wschodzie. Wiezowce, budynki, wiadukty, nie przerwany ciag samochodow, bazarki, uliczne jedzenie, sprzedawcy, tajowie z kolorowymi farbowanymi fryzurami. Docieram na miejsce. Teraz kilka godzin snu a potem w miasto. Niestety po drodze zdaje sobie sprawe ze zaginela mi karta bankomatowa - czeka mnie wiec jeszcze zablokowanie jej i dowiedzenie sie jak moge korzystac ze swojego konta. Na szczescie sa sposoby i przyjaciele, choc teraz wiem ze moglam wyrobic sobie dodatkowa karte. Rozwazam doslanie karty DHLem, ale pewnie zanim poczta polska dosle ja z lodzi to mimo ze wystawienie trwa 2 dni, mina lata swietlne. Czas +1.5 do czasu Indyjskiego. Punktualnosc nieporownywalna. Witamy w innym swiecie. Tymczasem dobranoc Indie. A po poludniu start exploracji Bangkoku.

wtorek, 3 maja 2011

Ceremonia Zamkniecia granicy Indyjsko Pakistanskiej

razu wyciagnal ipoda a na uszy zalozyl sluchawki. Po odpoczynku w swiatyni i w jej spokojnej atmosferze wyjscie poza mury okazalo sie znow brutalnym zderzeniem ze swiatem indyjskim:) Niezliczone autobusy, ryksze, samochody oraz mase handlarzy wszyscy przelewajacy sie uliczkami starego miasta Amritsaru. Przy wyjsciu ze swiatyni kilka lawek z siedzeniem z dykty za prowizorycznym plotkiem z palikow i lancucha. Mamy czekac, Choc zbiorka o 14 30. Zapewne az zapelni sie nasza mini taksowka. Czekamy wiec cierpliwie. Potem haslo idziemy i z lawek i sposrod innych czekajacych wylania sie nasza grupka 5 hndusow (2 pary) i dwojka bialych. Drugi bialy jest z Francji i jest jakis wystraszony czy zmeczony, w kazdym razie nie bardzo rozmowny od . Juz bardziej rozmowni sa hindusi:)). Niestety siedze tylem co przy ostatnich historiach zoladkowych nie bardzo mi pomaga. Krajobraz: dalej slomiane pola i okazjonalne palmy, kawalek autostrady, zapelniony autorykszami, podobnymi minivanami jak ten w ktrorym siedzielimsy, busami - wszyscy ewidentnie zmierzali do granicy pakistanskiej. Normalnie granica jest czynna do ok. 16 30 i po zalatwieniu wizy w odpowiedniej ambasadzie, mozna ja przekroczyc. Choc slyszalam ze hindusi robia czasem problemy, przy wjezdzie granica ladowa z pakistanu. Wiadomo jak mozna zrobic problem to czemu nie tymbardziej ze te kraje lacza jednak zaszlosci. Niemniej jednak codziennie przed zachodem slonca odbywa sie ceremonia zamkniecia granicy indyjsko -pakistanskiej, ktora jest takim przyjaznym show i kazdy moze w niej uczestniczyc jako widz. Na parkingu okazuje sie ze zadnych toreb, torebek, aparat moze byc. Mialam tez wiadomosci od wspolkoczownikow ze swiatyni zeby nie kupowac wody bo zabieraja, kupilam wiec mala cole na nudnosci - akurat starczylo do dojscia do bramek ochrony. A wiec tradycyjnie panie po lewej, panowie po prawej. W kolejkach - co w Indiach oczywiscie jest nieslychanie trudne bowiem pojecie kolejki chyba godzi w dume Hindusow i bardzo ciezko jest im zrozumiec to pojecie. I tak przede mnie mimo ze stoimy gesiego - najpierw wpycha sie jedna starsza pani (auntie-ji jak sie tutaj mowi czyli cioteczka z szacunkiem) potem za nia druga i ich corki i wnuczki, ja piorunuje je spojrzeniem ale jakos nie pomaga. Potem zaczynaja dolaczac kolejne osoby, w koncu jakas kobieta za mna nie wytrzymuje i zwraca jej uwage "auntie-ji cala rodzine przed nas wpychasz?". Wszystko z gory nadzoruja pol galowo ubrani wojskowi na koniach. Panie zolnierki jeszcze ze zdziwieniem stwierdzily ze mam schowek na pieniadze i dokumenty na nodze - i dlaczego wlasnie tam przeciez to moze byc bomba. Potem juz bylo latwiej bo cudzoziemcow wpuszczaja na przednia trybune (po okazaniu paszportu) tubylcy wiec tlocza sie troche dalej. Po drodze minelam sluzbowy samochod typu jeep czyli lokalna marka Mahindra z napisem Border pEtrol, byc moze to jakas specjalna benzyna graniczna:))) Nastepnie mozna juz bylo zajmowac miejsca na trybunie. Wszystkim kierowali niesamowicie wysocy (a jak na warunki indyjskie to juz wrecz gigantyczni) zolnierze w galowych mundurach i z czerwonym wachlarzem zatknietym na gorze czapki. Na dole bylo przejscie a po lewej stronie brama z napisem India a zaraz za nia widac bylo identycznie "urzadzona" strone pakistanska, z brama w kolorze bialo zielonym i z portetem prezydenta nad glownym wjazdem do strefy trybun. O ile po stronie Indyjskiej trybuny byly zapelnione juz pol godziny przed ceremonia, o tyle po stronie pakistanskiej zapelnialy sie bardzo powoli - no i oczywiscie byl podzial na trybuny dla kobiet i mezczyzn. Oczywiscie poniewaz nie wolno bylo wnosic napojow miedzy trybunami krazyl pan z kartonem coca coli ktory mial odpowiedni glejt i sprzedawal ja po odpowiednio wygorowanej cenie. Nagle jakis glos poderwal wszystkich - to pan zagrzewacz i mistrz ceremonii - wydaje mi sie ze cywil, tlum na trybunach zaczal wiwatowac, potem puszczono glosna muzyke i chetni ustawiali sie na dole pod trybunami w kierunku bramy gdzie mogli brac udzial w biegu z flaga indyjska rzesiscie oklaskiwani. Nie wiem co sie dzialo po stronie pakistanskiej bo nie bylo tego dokladnie widac. ale zdaje sie ze skoczylo sie na wymachiwaniu flaga i oklaskach z trybun. Potem po stronie indyjskiej kobiety zaczely tanczyc pod trybunami w takt znanych bollywodzkich hitow. Nastepnie byla czesc bardziej oficjalna, przy czym pan zagrzewacz caly czas zachecal do rytmicznego wykrzykiwania: Hindustan Zindabad! (Niech zyja Indie). Na co echem z drugiej strony rozbirzmiewalo: Ciule Ciule Pakistan! NAstepnie dwie panie zolnierki przeszly paradnym krokiem wysoko zadzierajac nogi w kierunku bramy i tam sie ustawily. Potem kolejna para zolnierzy przeszla w kierunku bramy prawie kopiac sie samemu w czolo, potem nastepna, az znalazlo sie tam 6 osob i dowodca. Potem nastapilo krotkie otwarcie bram i jeden z zolnierzy pakistanskich oraz indyjskich weszli do strefy pomiedzy bramy (ok 1 m szerokosci) tam pokopali sobie obaj w powietrzu noga poczym wrocili. Tlum wiwatowal, i co jakis czas slychac bylo okrzyki Hindustan Zindabad, i Ciule Ciule Pakistan , oraz mialczenio buczenie pana zagrzewacza a potem pana dowodcy zolniezy ktore to bylo sygnalem do kolejnych ruchow. W miedzyczasie spadl silny descz, a jako ze my pulicznosc siedzielismy na betonowych stopniach to zaczelismy wstawac bo przeciez i spod spodu podmywa, i na kolana leci, nie mowiac juz o aparatach. Bo przeciez toreb na aparty nikt nie wzial bo nie wolno bylo. Ja swoj wcisnelam jakies dziewczynie pod parasol, ktora jako jedna z nielicznych miala takie wyposazenie. Na szczescie tlum uspokoil sie gdy deszcz przestal padac. Potem bramy otwarto na dobre i zolnierze kursowali od i do bramy ciagle malo nie ogluszajac samych siebie kopniakiem. Na koniec dwoch wstapilo w przestrzen miedzy bramy trzymajac kazdy postronek flagi swojego kraju. Przy czym zolnierze pakistanscy ubrani byli podobnie jak indyjscy tylko w granatowe stroje i oprocz wachlarza mieli jeszcze grananatowy welon. Flagi stopniowo obnizaly sie wraz z zachodzacym sloncem. Na koniec jeszcze pare przytupow oraz podanie sobie reki i bramy zamknieto. A zlozone flagi z odpowiednimi honorami powedrowaly do dwowodcow, a potem do miejsca przechowywania. Biorac pod uwage smutna historie tych dwoch krajow to bardzo wesola i pokazowa ceremonia majaca w sobie cos bardziej z show niz z parady wojskowej. No i kazdy moze wziac udzial. Na koniec oczywiscie mozna kupic sobie jeszcze dvd z nagraniem calosci jesli ktos sobie zyczy. Podczas powrotu zlapal nas deszcz, ulewny, obfity, na szczescie skonczyl sie przed dojechaniem na miejsce, a mnie pozostalo juz tylko czekac na wschod slonca w zlotej swiatyni i wyprawe do Dharamsali nastepnego dnia.

Tutaj mozna sobie obejrzec fragment programu Michaela Palina (tego od Monty Pythona) jak to wyglada od strony pakistanskiej:
http://www.youtube.com/watch?v=YeSX6AZ5xEI

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Goa Delhi

Zupelnie niespodziewanie za namowa znajomego, zamiast w ulubionym Mumbaju (gdzie mialam obejrzec slynne schody na ktorych pol miasta robi pranie), znalazlam sie w znienawidzonym Delhi. Pisze "znienawidzonym" bo jakos kiedy wyladowalam tutaj pierwszy raz, niespecjalnie spodobala mi sie atmosfera tego chaotycznego miasta. Oczywiscie cieszylam sie ze jestem w Indiach, ale miasto wydalo mi sie zbyt przytlaczajace, zbyt duze i zbyt "eklektyczne". Byc moze byl to tez troche szok kulturowy - pierwszy raz w Indiach i do tego od razu w Delhi. Nie dziwi mnie za tem ze niektorzy podroznicy, ktorych spotkalam albo omijali Delhi, albo od razu po wyladowaniu gnali na pociag czy autobus - byleby tylko jak najdalej od doprowadzajacych do szalu tlumow, szalonych kierowcow ( po 6 w szeregu na 3 pasmowej drodze), wszelkiej masci zebrakow i bogaczy w jednym miejscu. Tak jak pisalam wczesniej, mnie osobiscie bardzo podoba sie Bombaj - poniewaz okazal sie tym wszystkim czym mialo sie okazac niespokojne Delhi. Oczywiscie Bombaj tez nie jest spokojny, ale jak to wszedzie, a tym bardziej w Indiach wszystko ma swoja gradacje - tutaj oczywiscie oscylujaca w gornych granicach. Np. "zatloczony", "halasliwy" w odniesieniu do jakichkolwiek standardow dawno wykroczylyby poza skale, zas sytuacje odczuwane jako "mniejszy ruch uliczny" czy "spokojniejszy" mimo ze w Indiach czynia ogromna roznice, sadze ze dalej bylyby poza ta skala:). Sadze jednak ze teraz kiedy juz wchlonelam Indie w siebie, kiedy poznalam ludzi, ich serdecznosc i otwartosc, to mimo ogromnej roznicy kulturowej bedzie mi latwiej odnalezc sie takze i w Delhi. Pociag z Margao na Goa jedzie do Delhi zaledwie 26 godzin, Tym razem byl to Radjani Express, klasa 3AC, okna za przyciemniona gruba szyba przez ktora malo co widac (i dlategi podroze w gorszych klasach tez maja swoje zalety, zalezy od trasy i ilosci bagazu na ktory trzeba miec oko). W pociagach Indyjskich w zasadzie slowo ekspress nie ma wiekszego znaczenia, prawie wszystkie pociagi to express albo super fast a i tak okazuje sie ze maja tempo osobowych, nie wyobrazam sobie jak wobec tego moze wygladac jazda local train. Chociaz przepraszam, bylam w kilku local trains i jechaly one wolno, tylko tyle ze nie laczyly tak odleglych miejscowosci, najdluzsza trasa to moze 2 -4 godziny i do 300 km maksymalnie. Chociaz pociagi normalnie sie spozniaja to czasem zdarza sie ze pomiedzy wiekszymi miejscowosciami przyjada wczesniej. Czasem nawet do godziny co tez mi sie zdarzylo i nie zawsze jest wygodne kiedy ma sie gdzies byc na 7 rano, i jest sie umowionym z kims z couchsurfingu a pociag przyjezdza o 6 rano i jakos nie bardzo wypada budzic tej osoby o godzine wczesniej. Przynajmniej ja mam takie przekonanie, moze inni robia inaczej. W kazdym razie jesli w Indiach chce sie pociagiem podrozowac troche szybciej, z naciskiem na "troche" wtedy liczy sie nazwa Shatabdi lub Radjhani. To takie odpowiedniki naszych intercity - choc i nasze intercity z biegiem czasu zaczely tracic na znaczeniu jako polaczenia miast i zatrzymywac sie a to we Wloszczowej ( w drodze do krakowa) a to w kutnie ( w drodze do Poznania) do ktorych to miejscowosci, zeby nie bylo, absolutnie nic nie mam, tylko ze wtedy to juz nie ma z intercity nic wspolnego. Nota bene nazwa intercity tez w Indiach funkcjonuje ale jak wszystko oznacza zupelnie inny rodzaj pociagu. Zwlaszcza pociagi Shatabdi sa znacznie szybsze, a w Radjani zamiast swojskich wallach ze wszelkimi przekaskami kroluje instytucja "meals on wheels" (posilki na kolach) czyli taki nasz wars z dostawa na kolana na plastikowej tacce wiec moze powinna nosic nazwe posilki na kolanach. Z urzedu karmia pasazerow 5 razy dziennie, lunch, podwieczorek, kolacja, sniadanie, przegryzka. Nie jest to jakos szczegolnie wybitne ( poza curry z ryzem i saszetka ze swiezymi plastrami warzyw) ale w miare zjadliwe, a na deser po lunchu daja nawet lody. Do tego kazdy pasazer dostaje przydzial 2 butelek wody na dobe. Nie jest zle. W pociagu poniewaz to klasa AC (air condition) jest dosc zimno, a ja na tych wszystkich plazach przyzwyczailam sie do upalow, nie ma zbyt duzej wilgoci (choc tutaj to znow relatywizm) i mozna jakos spokojnie przetrwac byle nie chodzic po asfalcie o godzinie 14tej. Usiadlam zatem na swoim miejscu, troche rozrzewniona pozegnaniem z domkiem na plazy i westchnieniem sygnalizujacym ze znow rozpoczela sie ciezka praca czyli podrozowanie. Moze to moj polski charakter daje o sobie znac, bo jakos zawsze tak sie to objawia ze o ile z niecierpliwoscia i radoscia czekam na zmiany, to jesli znow trzeba wlozyc w cos troche wysilku (nawet jesli to przyjemny wysilek) to mysle sobie na poczatku " o nie znowu". Tak jak na naszych wyprawach rowerowych codzien rano wstaje, skladam namiot, wsiadam na rower i przez pierwszych 10-20 km slysze w glowie "o nie, znowu trzeba pedalowac", tak i tutaj wsiadlwszy do pociagu pomyslalam: "o nie, znowu Indie". Za chwile jednak wszystko wraca do normy, mozna rozejrzec dookola, obserwowac jak ludzie tlocza sie na peronie, miedzy nimi sprzedawcy, jak wchodzacy do pociagu ludzie sadowia sie, ukladaja bagaze. W pociagach przedzialow w polskim tego slowa znaczeniu nie ma. Tzn. sa "przedzialy" a nie osobne "pokoje". Dajmy na to po prawej stronie jest korytarz ale nie przy samym oknie bo przy samych oknach sa lezanko-siedzenia, ciagnace sie rownloegle do sciany wagonu, po lewej jest taka jakby wneka, czyli przedzial gdzie prostopadle do lewego okna, sa 2 lub 3 koje i na przeciwko znow to samo i za nimi scianka, drzwi nie ma sa zaslonki. Czyli przekladajac na polskie realia to by bylo tak jakby te wszystkie szkla, i drzwi usunac i jeszcze na przeciwko przedzialu przy oknie wstawic 2 lozka nad soba. Bardziej to przypomina rosyjskie czy ukrainskie wagony, choc tam w lepszych klasach sa drzwi. Mam zreszta wrazenie ze te indyjskie wagony podobnie jak rosyjskie sa duzo wieksze, albo po prostu u nas nie umieja gospodarowac przestrzenia. Wracajac zatem do mojej przegrodki: na przeciwko mnie rodzina z 2ka dzieci, w tym jedno dosc male bobo, spodziewam sie wiec ze maja wykupione 2 miejscowki bo siedza w 4 osoby na 3 miejscach plus jeszcze jeden pan siedzi jednym poldupkiem na tej samej lawie przy samym przejsciu. No i daja tez posciel mimo ze klasa 3-cia, a wiec co Radjani to to Radjani. No, no. Za chwile przysiada sie sympatyczna dziewczyna - na oko lat dwadziescia kilka. Cel podrozy ten sam: stacja Hazrat Nizzamudin, czyli dla nie wtajemniczonych jeden z wielu dworcow w Delhi. Ale jednak pannica ma lat zaledwie 19cie (ciagle trudno mi jeszcze oceniac wiek Hindusow) Pochodzi ze stanu Uttar Pradesh, w ktorym znajduja sie tak znane miejsca jak: taj mahal, varanasi, czy Kushinagar miejsce smierci gautamy buddy, nieformalnie jednak czesc UP lezy praktycznie w grniacach Delhi i jest polaczona z nim metrem) Mnie tym czasem bardziej fascynuje fakt iz UP (swojsko nazywany tutaj "JUPI", a dawniej united provinces, zywy dowod na to jak skrot daje sie zaadaptowac do zmieniajacej sie rzeczywistosci) jest najbardziej zaludnionym, choc wcale nie takim duzym stanem w Indiach. Indie plasuja sie na 2 miejscu pod wzgledem zaludnienia i w ciagu najblizszych 10-15 lat maja wyprzedzic Chiny. Niektorzy twierdza ze to juz nastapilo a oficjalny spis ludnosci, ktory odbyl sie w Indiach w zeszlym roku, pominal pewne grupy ludzi. W stanie Uttar Pradesh liczba ludnosci wynosi zas tyle co w piatej pod wzgledem populacji na swiecie Brazylii. Wracajac jednak do owej dziewczyny, to powiedziala mi ze mieszka na Goa, wraz z ojcem wojskowym ktory jest tam wraz z cala rodzina skoszarowany. Do Delhi jedzie na egzamin wstepny bo chcialaby zostac inzynierem. Siedzimy wiec tak z ta uprzednio wspomniana rodzina z 2ka dzieci, my dwie i jeszcze dwoch innych panow, ale widze ze cos jej nie swojo. W koncu wyznaje ze nie czuje sie komfortowo, bo tylu tu mezczyzn, i ze jej ojciec tez jest w tym pociagu, tylko w wagonie obok. No wiec chcial, nie chcial zaproponowalam zamiane, jako ze pan ojciec przyszedl i doniosl ze ma miejsce analogiczne do mojego (na dole wiec nie musze z noga sie wspinac) i ze sa tam bardzo mili ludzie. Mili ludzie okazali sie 7mka wyjatkowo roslych mezczyzn kazdy z pistoletem pod koszula. A wiec zamienil stryjek siekierke na barierke. Obok na lozkach przy naszej przegrodce uplasowal sie ojciec z 2 ka dzieci - mysle wiec moze panowie przy ojcu z dziecmi strzelac nie beda. Reszta rodziny tegoz ojca czyli jedna corka i matka byly 2 przegrodki dalej (widac ze system rezerwacji dziala tak samo jak polski - choc mysle sobie ze moze nawet troche lepiej.) Po wejsciu z upalu do pociagu i zaraz po lunchu, gdy pociag troche pobujal, panowie z pistoletami od razu zabrali sie za rozkladanie kuszet. Myslalam ze moze wysiadaja gdzies wczesniej i po prostu musza sie wyspac (jak to sie czesto zdarza gdy ktos wysiada na stacji o 3 nad ranem), ale sama po chwili siedzenia z pelnym brzuchem i w chlodzie zrobilam sie senna, zapadlismy wiec w zbiorowa drzemke. Gdy sie obudzilam 4 panow czytal ksiazke z pistoletem i mezczyzna w kapeluszu, albo w samochodzie, albo skradajacymi sie osobami na okladce - zapewne lokalne kryminaly. Obok nich jeden siedzia z duza torebka paan na kolanach. Taka wersja jak nasze duze gumy do zucia, po co kupowac mala paczke jak mozna kupic cale torbisko. Nie wiem czy juz o tym pisalam, bo czas przy komputerze mam tutaj ograniczony i nie zawsze udaje mi sie sprawdzic jakie tematy juz byly na tapecie, ale paan to tutaj cos pomiedzy srodkiem na trawienie a papierosem. Mam tu na mysli funkcje zdrowotna, spoleczna i nawykowa. Pan w wersji podstawowej to specjalny orzech (areka) z lisciem betelu oraz proszek wapniowy, ktory teoretycznie zuje sie razem zaraz po posilku. Po wlozeniu owej mieszanki do jamy gebowej jezyk lekko dretwieje a policzki zaczynaja szczypac. Nastepnie nalezy zaczac obficie pluc - przy czym w ustach podczas zucia zachodzi reakcja chemiczna w zwiazku z czym pluje sie na czerwono/bordowo. Duze ilosci paanu bardzo niszcza zeby, a przynajmniej bardzo je barwia na ciemny braz, zas na ulicach i niejednokrotnie w rogach budynku, przy scianach, kraweznickach widac czerwone zacieki i kleksy. Plucie jest tutaj sportem narodowym, i z trudem przychodzi oduczenie ludzi plucia w autobusach, metrze czy pociagu, mimo licznych nalepek, kar itp. Zreszta nie dziwota, powietrze w miastach jest brudne a poza miastami zazwyczaj pelne pylu, ze swojskie "krchhhhhhhhhhtooooooput, plaf" slychac wszedzie, i egalitarnie wsrod kobiet, mezczyzn i dzieci, nawet jesli nie zuja paanu. Niektorzy od paanu uzalezniaja sie tak od tytoniu. Normalnie to swiezy lisc i orzech i odrobina pasty wapniowej ktora palcem wydobywa sie ze sloiczka, ale w wersji komercyjnej wszystko jest suszone i przgotowane do zucia w malej paczuszce 1 x 2 cm ze skladnikami lekko rozdronionymi, lub w duzej "hurtowej" wersji. W tradycji zucie orzecha arekowego i liscia betelu jest zwyczajem weselnym, takim jak nasze witanie chlebem i sola. Wracajac jednak do naszego pana z pistoletem, sadzac po zebach nie byl chyba zbytnio uzalezniony od tego przysmaku, choc brakowalo mu lewej gornej czworki. Pozatym wygladal jak myslaca hinduska wersja Schwarzeneggera o myslacej twarzy, i lagodnych migdalowych oczach, ostrzyzony prawie na zero. Pisze "myslaca" bo madre oczy i inteligentna twarz zawsze zdradza czlowieka przenikliwego. Moze jest to swojego rodzaju rasizm ale u ludzi wszelkich ras mozna po twarzy (sposobie napiecia miesni) i wzroku rozpoznac inteligencje - lub jej brak - czyli wzrok neandertalczyka. Panowie okazali sie tajna jednostka specjalna wojska. Kazdy z nich mial kompletnie inny typ urody, mimo ze wszyscy byli bardzo dorodni - zwlaszcza jak na Indyjskie warunki, sugerujacy ze kazdy pochodzi z innego regionu Indii. I tak wlasnie bylo - tworzyli jednak wspolna mini jednostke, stacjonujaca w Delhi a pan zujacy paan byl ich nieformalnym przywodca. Wyjasnil mi ze maja ten sam stopien ale on jest jakby "team leaderem". Rozmowa zaczela sie kiedy zabraklo lyzeczki do herbaty, a ja wyjelam swoj noz w ktorym jest wszystko, a nastepnie z gracja zaprezentowalam wyciskanie z woreczka do herbaty ostatniej kropli przy pomocy lyzeczki i nitki z owego woreczka czym wprawilam panow w oslupienie bo nikt tego manewru powtorzyc nie umial. Mimo ze dosc slabo mowili po angielsku udalo nam sie porozmawiac na rozne tematy od krykieta po upaniszady no i oczywiscie o wrazenia z Indii. Hindusi zawsze pytaja pytaja cudzoziemcow o kraj, "dobre imie" (what is your good name?) i o zawod. Ja akurat uznalam ze na podroz po Indiach zawod nauczyciel bedzie odpowiedni dla mnie. Bo przeciez tak na prawde nie mam zawodu i nie czuje sie zadnym zawodem. Niektorzy lubia identyfikowac sie zyciowo poprzez identyfikacje z praca, zawodem przynaleznoscia, to im daje poczucie bezpieczenstwa i latwosc klasyfikacji. Czesto pada tez pytanie " Jak sie podobaja Indie?". Pan filozof silacz od razu przyznal mi racje ze to kraj bardzo wielu kultur mimo ze czesto traktuje sie go jednolity twor. Przyznal sie tez ze lubi myslec o ludziach i o kulturze. Chetnie napisalby ksiazke ale niestety w tajnych sluzbacz nie wolno niczego publikowac, nawet kilka lat po skonczeniu pracy. Dla niego (i ja sie z tym zgadzam) Indie sa takim magicznym pudelkiem, kapeluszem iluzjonisty, wkladasz reke i mozesz wyciagnac doslownie wszystko. I po takim doswiadczeniu malo co cie dziwi. Supernowoczesne technologie i zacofane wioski, bogata kultura, szybki rozwoj i bieda, zebracy i plemiona koczownicze, sadhu, guru, medytacje i kluby nocne. Gra w krykieta zadomowila sie w wiekszosci krajow kolonizowanych przez Wielka Brytanie, przez hindusow jednak zostala ukochana szczegolnie. Jeden mecz trwa 7 godzin i idealnie pasuje do tutajszej mentalnosci. Hindusi sa filozoficznie nastawieni do zycia i lubia sie nie spieszyc. Poza tym w Indiach jest dosc goraco i kazda inna dyscyplina sportu (nawet lekka atletyka) jest zbyt wyczerpujaca. To prawda ze kiedys hokej (na trawie) byl narodowa dyscyplina, ale teraz rzadzi krykiet choc jest (a moze dlatego) mniej dynamiczny. Do tego aby duzo biegac czy trenowac potrzebny jest chlodniejszy klimat, Takze po to by moc wiecej jesc - zdaniem pana Zolnierza-Filozofa potrzebna jest chlodniejsza temperatura. Czasem zdarzy sie jakis wybitny sportowiec - ale najczesciej z polnocy - miedzy innymi wlasnie na klimat. A ja jeszcze zauwazylam ze ludzie z polnocu, zwlaszcza z Punjabu sa jacys wieksi, roslejsi - maja wiec wiekszy potencjal by konkurowac w zagranicznych zawodach. Rozmawialismy tez o kulturze, o pojmowaniu czasu, o tym ze teraz zyjemy w czasach Kali Yuga - czyli czasu maszyn i technologii, ale ze ludzka kutura i cywilizacja kiedy tylko zbliza sie do poziomu boskiego - tak jak to bylo w cywilacji chinskiej i azteckiej czy egipskiej a potem nastepuje jej upadek i wszystko zaczyna sie poniekad od nowa. Czas zatem jest cykliczny a czlowiek mimo ze wyobraza sobie siebie w roli boga w koncu popada w pyche, i przestaje widziec czynniki zewnetrzne takie jak natura od ktorej jest zalezny i cywilizacja upada bo np. wyczerpal sie zapas wody, wyrabano las itp. To samo powtarza sie w cywilzacjach zaawansowanych. Dumni jestesmy z elektrycznosci, elektroniki, zasilania jadrowego ale widac jak to wszystko jest zludne. Rozmawialismy tez o sytuacji kobiet, i jak zwykle kiedy rozmawia sie mezczyznami w Indiach, oni twierdza ze kobiety maja bardzo duzy wplyw na rzeczywistosc. Poniekad to prawda ze obowiazuje zasada ze mezczyzna jest glowa rodziny a kobieta szyja, ktora ta glowa kreci. Ale mezczyzni na pierwszy rzut oka nie zdaja sobie sprawy jak ogolnie spolecznie w indiach tolerowana jest przemoc wobec kobiet, jak zle sa traktowane w zyciu codziennym. Podczas kiedy gdy rozmaiwam z kobietami od razu czuje sie jak dotkniete sa malymi niesprawiedliwosciami. Wiec gdy po chwili zaczelam wymieniac sytuacje o ktorych opowiadaly mi hinduski panowie zaczeli kiwac glowami na boki na znak potwierdzenia. Potem Pan Zolnierz filozof opowiedzial mi o tym jak madrosci wedyjskie zostaly zepchniete troche na bok przez upaniszady ktorepowstały jako główny przejaw reformy religii aryjskiej w nurcie potrzeby nowego rozumienia świata i niestety jak kolejne interpratecje (np koranu czy innych tekstow religijnych) zaczely redukowac role kobiet, sugerujac takze ich nieczystosc. Przed tem w Indiach jak na zadnym innym kontynencie kobiety graly tez na bebnach podczas rytualow religijnych, a w ksiegach wedyjskich zapisane jest wiele madrosci znanuych we wspolczesnym swiecie zachodnim jako niedawne odkrycia. Mowa jest o atomie, lotach w kosmos, czy tez bardzo zaawansowanej matematyce. Na koniec jeszcze dowiedzialam sie kto to byl Hazrat Nizzamudin Aulya - swiety suficki ktory podkreslal role milosci w jednoczeniu sie z Bogiem i dazeniu do Boga. Pan zolnierz filozof na koniec jeszcze zabawil nas antygrawitacyjnymi sztuczkami z zapalek i czas bylo wysiadac juz z pociagu.

wtorek, 12 kwietnia 2011

2 miesiace w indiach

Ani sie obejrzalam a tu drugi miesiac w Indiach zlecial. Teraz wydaje mi sie ze juz moglabym tak jechac i jechac. Nawet i dookola swiata. Tymczasem kolejne modyfikacje planow. Bede kilka dni w znienawidzonych Delhi -a nuz zmienie swoj stosunek do tego miasta:) Na pewno nie odpuszcze Varanasi a z Varanasi juz mam kupiony bilet do Kalkuty - coby sie na samolot nie spoznic i moze jeszcze paczke z gratami wyslac. Bedzie mozna wreszcie pokazywac noge i rece wiec pewnie tuniki pojda w odstawke. Swoja droga ciekawe jak tam sie ma paczka wyslana z poczty przy aszramie. Oficjalna data przybycia paczki do Polski to 15 kwietnia - no a jak bedzie w rzeczywistosci - zobaczymy. Tym czasem dla uczcenia dwumiesiecznicy przygotowalam subiektywny alfabet rzeczywistosci indyjskiej. No to start:

A jak 1. Ayurveda - czyli leczenie ziolami i olejami, bardzo skuteczne. 2. Ananas - tak samo nazywa sie w hindi a dojrzaly na sloncu smakuje wysmienicie takze w formie soku

B 1.Bangles - czyli bransolety koniecznie brzeczace, niekoniecznie metalowe, cienkie noszone po kilka kilkanascie na jednej badz obu rekach, zazwyczaj swiezo upieczone panny mlode maja ich najwiecej 2. bindi - czyli kropka na czole (chroniaca trzecie oko), mogaca byc ozdoba lub swiadczyc o wizycie w swietym miejscu, czerwone bindi w formie kreski na przedzialku u kobiety oznacza iz jest ona zamezna

C. 1. Chello - oznacza w hindi: Chodzmy, Idziemy, Jedziemy, Spadaj! 2. Ciezarowki - koniecznie pomalowane ze wszystkich stron lacznie z oskami, z nadbudowa nad kabina zeby pomiescic towary gabarytowe (np bawelne), z wymalowanymi na przedzie oczami, czarna lameta badz wstazkami przeciwko zlym urokom, z nazwa bogini lub boga lub nazwa kierowcy na przedzie, w wersji chrzescijanskiej z wizerunkami swietych i nazwa Maryja itp, badz haslami Alleluja. Czasem nawet ciezarowki nie maja bocznych drzwi no bo i poco:) Pluc mozna i wentylacja jest:)

D. 1. Dal packa z soczewicy badz soji, z roznymi przyprawami, mam moment kulminacyjny bo pomalu robi mi sie nie dobrze od jej zapachu:). Spozywana koniecznie z plackiem roti badz ryzem. 2. Dhoop - kadzidla w formie malego stozka, ze sprasowanych ziol i krowiego gowna (pachna bardzo ladnie). 3. Dzieci - wszedzie i zawsze, male koniecznie z pomalowanymi oczami na czarno lub 3 ma czarnymi kropkami (2 na policzkach 1 na czole)

E. Elektroniczny system rezerwacji biletow kolejowych, ze skomplikowanym systemem listy pasazerow oczekujacych, miejsc typu emergency, puli dla weteranow, turystow emerytow, zrozumienie go jest troche skomplikowane ale dziala wysmienicie a bilety mozna kupic na kazdej stacji choc oczywiscie trzeba przed tem wypelnic tone formularzy. Rezerwacji mozna dokonac tez przez internet.

F. Formularze - niezbedne wszedzie, w banku, hotelu , restauracji, sklepie, stacji kolejowej koniecznie z kalka i w 3 wersjach tak zeby dluzej trwalo ich zapelnianie

G. jak Gowno:) nie ma sie co oszukiwac krowie gowno rzadzi a jego slodkawy zapach unosi sie prawie wszedzie, z krowego gowna buduje sie lepianki, robi sie kadzidla, stosuje sie jako opal, nierzadko przy drodze lub przy domach widac pieknie ufromowane placki z odciskami rak suszace sie na sloncu

H. W hindi HA! znaczy tak koniecznie z kiwaniem glowa na boki. Ewentualnie Haaa? Z intonacja pytajaca oznaczajace: "Ze coooo?"

I. 1. IK - W hindi 1, niezbedne przy zakupach:) ik czaj - jedna herbata:) 2. IST - indian standard time - czyli czas indyjski gdzie 24 godziny to 3 dni, 5 minut to 25 minut do godziny a godzina to kilka godzin. Jak wyjasnila mi jedna kolezanka hinduska, nie nalezy sie niecierpliwic gdyz to nie grzeczne a hindusi maja swobode rozciagania czasu w zaleznosci od swoich potrzeb. Zwiazane to jest takze z pojmowaniem czasu nie w sposob liniowy (zachodni) a raczej w sposob kolisty jako cykl

J. 1.Yututsuhu - czyli Jujutsuhu czyli Dzudzitsu o ktorym mowa byla wczesniej, poludniowo indysjska sztuka walki

K. jak kolczyki w nosie (im wiekszy tym lepszy) czasem nawet w obu platkach nosa, czasem polaczony lancuskiem z kolczykiem w uszach, piekne kolczyki w uszach poloczone lancuszkiem w gornej i dolnej czesci ucha

L. jak Lama a raczej Dalaj Lama ktory na stale rezyduje w malenkiej miejscowosci Mc Leod Ganj Na wyokosci ok 2020 m n p m., w ktorej to jest wiecej sklepow i turystow na metr kwadratowy niz w niejednej innej miejscowosci w indiach. Dalaj lama ostatnio zrezygnowal z piastowania funkcji glowy tybetanskiego rzadu na uchodztwie

M. motocykl - niezbedny srodek transportu w indiach, wszelkie jego odmiany ozna tutaj spotkac, popularne sa takze skutery, szczegolnie Honda Hero, na motorze moze jechac od 1 do 5 osob male dzieci koniecznie z przodu na baku lub wcisniete na kanapke pomiedzy rodzicow, panie czesto bokiem po dwie za kierowca. Na motocyklu mozna takze przewozic drzwi, belki konstrucyjne, lodowki i inne dobra z wielka gracja i wyczuciem rownowagi.


N. Namaste lub Namaskar - indyjskie powitanie

O.

symbol om - swiety symbol bedacy takze mini mantra, jest to glowny i naturalny dzwiek wibrujacy w ciele ludzkim

P. 1.Prepaid - czyli telefon komorkowy na karte. Dzieki terorystom i dzialaniom rzadu jak juz pisalam w jednym wpisie zakup numeru jest niezwykle trudny a i to nie daje gwarancji ze numer bedzie dzialac. W tym czasie terorysci korzystaja juz z telefonow satelitarnych i innych kanalow komunikacji. 2. Parsowie czyli Zoroastrianie zamieszkujacy przede wszystkim bombaj. Wywodza sie z persji, jednym z ciekawych zwyczajow jest to ze rytual pogrzebowy polega na konsumpcji ciala przez ptaki padlinozerne, w tym celu w bombaju sa specjalne wieze (pionowe tunele z cementowych kregow) , w ktorych umioeszcza sie ciala. niestety pestycydy i zmiany klimatyczne powoduja ze padlinozerne ptaki (to jakis specjalny gatunek sepa) prawie wymarly w tej okolicy i w tej chwili trwa walka o przywrocenie gatunku. Problem polega tez na tym iz Parsowie wierza ze ptaki unosza ich dusze do nieba, a co bardziej ortodoksyjni kaplani sprzeciwiaja sie kremacji uwazajac ja za obraze religijna i grzech.

R Rishi - swieci lub uczeni wiary hinduistycznej, 2 gi rodzaj to swami - przy czym roznica jest taka ze rishi moga sie zenic a swami pozostaja w celibaci

S. Slodycze na ogol na bazie mleka i ogromnej ilosci cukru z kardamonem, czesto smazone w tluszczu,

T. Tako rzecze stara pluskwa :) W niektorych miejscach noclegowych trzeba sie miec na bacznosci bo pluskwy sie zdarzaja a zwlaszcza w Bombaju gdzie jest duzo Zoroastrian chociaz akurat to nie oni szerza pluskwy:)

U. Ubranie - A wiec kroluja sari i salwar kameez, czyli bluza do kolan z rozcieciem i spodnie pumpu lub legginsy, do tego koniecznie szal (dupatta), w bardziej nowoczesnych miastach dzinsy i t-shirt, ale nogi kobiet w spodnicach mozna zobaczyc tylko na goa, (z rzadka w Bangalore czy w Delhi pojawi sie kobieta w szortach.) Mezczyzni ubrani w stylu zachodnim choc na prowincji wielu z nich w stylu lat 80 tych z pasami z duzymi klamrami i spodniach po pachy. Rewelacyjne dla mezczyzn jest lunghi badz dhoti czyli kawalek materialu noszony jak spodnica i czesto podwijany do kolan - wygodnie i przewiewnie. Do tego szykowna koszula i najnowszy model telefonu komorkowego.

W. Wasy -Nie wiem co powoduje w mieszkancach Indii taka lubosc do wasow ale 5 na 6 mezczyzn z duma nosi wasy ( co niektorych postarza) rozumiem ze Sikhowie musza nosic zarost, ale jakos broda z wasami tak nie rzuca sie w oczy jak same wasy, niektore sumiaste, ale wiekszosc przyciete na lata 80te koniecznie z fryzura zaczesana do tylu na szczotke lub delikatna fala na czole

Z - jak 1.Zindabad Hindustan! czyli okrzyki wznoszone przy granicy pakistanskiej na ceremonii zamkniecia oznaczajace niech zyja Indie 2. Ziola - rozne pyszne do jedzenia, ponoc tez w obfitych ilosciach tutaj do palenia ale jakos nie specjalnie udalo mi sie spotkac poza tymi rosnacymi jak chwasty wszedzie i bez mocy:)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Znowu Goa

Nie ma to jednak jak Palolem! Tymbardziej po sezonie. Mialo byc goraco, ale dla mnie jedyna roznica objawila sie w porannej mgle, wiekszych falach no i 1/3 osob. Czyli jednym slowem pelen komfort. Podroz pociagiem do Mangalore przebiegla wrecz luksusowo, z posciela, klimatyzacja i lekkim bujaniem. W Mangalore powloczylysmy sie troche po miescie (ja i dwie Lotyszki), obejrzalysmy buty i szereg strojow dla dzieci, bo jedna z pan chciala zakupic cos dla swojej wnuczki. W Indiach male dzieci nosza buty na obcasach i sa ubierane w stroje ktore my okreslilibysmy raczej jako wyjsciowe, ze srebrnymi lamowkami, haftami, cekinami, pseudoaksamitami. Do tego bransoletki na rekach i nogach i obwiedzione czarna kredka oczy (przeciw zlym spojrzeniom) lub 3 kropki (2 na polkiczkach jedna na czole). Tak wiec znalezienie czegos odpowiednio w stylu indyjskim a zarazem nadajacego sie do zalozenia w europie nastreczylo nam troche problemu i akurat zajelo czas do odjazdu pociagu. Klasa general okazala sie tak pelna ze nie udalo nam sie usiasc nawet na polce bagazowej. Wobec tego przenioslysmy sie do klasy general sleeper, a ja uzbrojona juz w uprzednia wiedze nt systemu rezerwacji sprawdzilam ze miejsca na ktorych siedzimy nie beda zajete dlugo az po naszej stacji w zwiazku z czym spokojnie mozemy sobie tam usiasc i zrobic doplate u konduktora bez koniecznosci stania w kolejce. Droga uplynela bardzo przyjemnie pod znakiem siedzenia i stania w drzwiach oraz wykonywania roznych figur akrobatycznych (szczegolnie wyrozniala sie Inta co mozna zobaczyc na zdjeciach::) oraz smakowania kolejnych przekasek przynoszonych przez wallachow, ogladania pieknych krajobrazow estuariow i morza oraz swiatyn. Po drodze dziewczyny odkryly ze ich samolot ma miedzyladowanie na lotnisku na Goa, i moze udalo by sie zmienic bilet, bo inaczej to po 3 dniach znowu 20 godzin tluczenia sie z powrotem do Bangalore zamiast sobie posiedziec na plazy i wziac taxi ktore jedzie na lotnisko 90 minut. Oczywiscie rozpoczely sie kolejne problemy z telefonami ktore znowu przestaly dzialac takze prawie przegapilysmy stacje bo zajelysmy sie zmienianiem kart i godzin w telefonach. Na stacji juz uprzedzone o realiach wytargowalysmy dobra cene i uwaga udalo nam sie w 3 osoby oraz 5 sztuk bagazu upchac do 1 Tuk-tuka!!! I nie wypasc przez drzwi. A wiec plan byl taki, najpierw idziemy na kolacje, a potem na spokojnie szukamy zeby uwolnic sie od naganiaczy. Pierwszy domek za 700 rp, dziewczyny troche przerazone warunkami, choc jak na domek blisko plazy to byl luz bo i podloga kamienna i siatki na owady. Potem nastepny, wysoko na palach, troche ciasny dla 3 osob. Idziemy plaza dalej. Ciemno wiec trudno mi wytlumaczyc dlaczego najdrozej jest na plazy. W koncu idziemy do jednego z barow i pytamy o domek. Cena 300 rp na 3 osoby, materac doloza, domek przestrony, na samej plazy. Nie jest zle. Obowiazkowe wieczorne zanurzenie w morzu i z wrazenia zapominam ze jestem w okularach i daje nura pod fale. Oczywiscie po okularach slad zaginal ale na szczescie mam drugie a te i tak mi juz raz ukradli wiec zyskaly jakby nowe zycie. Tym razem plaza byla naprawde pustawa, ceny nizsze, i ogolnie relaks. Zrobilysmy sobie wycieczke na delfiny - okazuje sie ze rano jakis moze najdalej kilometr od brzegu mozna spotkac delfiny, oczywiscie nie widzialysmy pelnego wynurzenia ale pletwy, pyszczki itp. Codziennnie na sniadanie owoce, warzywa, i rozne pysznosci jako odpoczynek od ryzu i plackow. Potem albo przedtem spacer i plywanie. A okolo 6 rano zobaczyc mozna jak lodzie wyplywaja lub wracaja z polowow. Co ciekawe psy na Goa takze spaceruja, i mowie tu o kroku spacerowym bo normalnie przeciez pies porusza sie jakby klusem, natomiast lokalne psy (ktore w wiekszosci do kogos naleza) poruszaja sie z godnoscia powoli przestepujac z lapy na lape. Bardzo chetnie rowniez towarzysza plazowiczom w morskich kapielach albo beztrosko leza przy brzegu czekajac az obmyje je chlodzaca fala. W poludnie jest bardzo goraco ale rano jest spore zachmurzenie tak do 10, no i fale sa duzo wieksze od tych miesiac temu, mimo wszystko jednak da sie porzadnie i poplywac i poskakac przez fale. Nadszedl takze czas skorzystac z kajaka morskiego, i sprobowac z czym to sie je. W zasadzie najtrudniej ruszyc z brzegu bo trzeba poczekac albo az ustana fale albo probowac sie przez nie prostopadle przebic nie wypadajac przy tym z lodki. Wioslowanie przy tym wydaje sie juz bardzo proste. Znudzeni cisza barmani i lodkowi naganiacze takze chetnie rozmawiaja nie tylko namawiajac do zakupow ale i na tematy ogolne przy okazji prezentujac niezle wyrobione miesnie i piekne uzebienie. Nie wiem czy o tym pisalam ale wyraznie widac tutaj wplyw urody portugalskiej. Inny jest tez typ podrywu, o ile w miastach Indyjskich moze poza Bombajem, mezczyzni sa natarczywo - agresywni, co zreszta przenosza na grunt goanski rowniez tylko w formie stonowanej (Sit here with me, give me a kiss), o tyle wyluzowani goanczycy sa bardziej wyrafinowani w uwodzeniu choc nie mniej bezposredni:) Tak czy siak mozna z nimi przyjemnie pozartowac i podpytac przy okazji o miejscowa kulture. Panie Lotyszki zdecydowanie spaceruja wiecej ode mnie, ja ciagle ze wzgledu na noge a takze na znakomita ksiazke (900 stron) ktora czytam wole posiedziec przy domku albo w barze 5 metrow od domku i kontynuowac lekture i raz po raz chodzic "na przeplywke". Jak juz pisalam jedzenie jest znakomite, a swiezo zlowione ryby to niebo w gebie. Udaje mi sie nawet namowic zdeklarowane wegetarianki na zjedzenie, homara, krewetek i kalmara! Pycha! Nastepnego wieczora znow mamy sprobowac jakis owocow morza, ale widocznie jednak sila wyzsza postanawia uratowac wegetarianki od dalszych grzechow bo nasza restauracja jest pod golym niebiem (wiekszosc restauracji znajduje sie na plazy i niektore maja tylko grill bez "stalej miejscowki") i zaczyna sie urwanie chmury. Troche za wczesnie chyba na monsun. Pada przez prawie godzine, wiec wszyscy goscie tlocza sie pod jedyna w poblizu nie przeciekajaca strzecha, po chwili w wiosce pada prad, a my mamy okazje do integracji z ludzmi w tym 2 ma sympatycznymi Francuzami w wieku ok 50 lat. Rozmawiamy o tym jak nazywa sie Lotwa po Angielsku i francusku i jak zwykle iPod i Google przychodza z pomoca gdy brak pamieci i cywilizacji. (Lotwa - fr: Lethany). Wiekszosc restauracyjnych gosci martwi sie czy aby bambusowo -dyktowe chatki sa dobrze zabezpieczone przed deszczem, a pozatym my jestesmy strasznie glodne bo dlugo czekalysmy na jedzenie no a potem deszcz. W koncu ulewa troche ustaje, w barze przy naszym domku sa swieczki i nie przeciekajacy dach. No i udaje sie zamowic ekspresowo zupe warzywna i jakies drugie. Z niepokojem otwieramy domek! Hurra napadalo tylko w lazience a tam i tak generalnie tylko dziury w podlodze jako odplyw (poza wc). Dziewczyny ida spac, ja zostaje jeszcze chwile pogadac z lokalesami. Nad ranem mam dziwny sen, ze moj nos lize pies i ze spotykam bardzo znanego guru (choc jest to siwy mezczyzna w zachodnim strojum bez brody a nie z broda jak to zwykle guru, zawiniety w powloczyste biale lub pomaranczowe szaty) budze sie i czuje ze nos mam faktycznie mokry, ale po twarzy chyba przebiegla mi jaszczurka (wydaja takie charakterystycznie cwierki), drzwi sa zamkniete na zasuwke ale otwieraja sie, za nimi swit, wychodze na ganek rozgladam sie ale nikogo nie ma. Tego ranka czeka nas misja, musimy zmienic lot Lotyszek. Poniewaz jest to lot laczony z innym operatorem przez Dubai, juz w rozmowie telefonicznej z Air India zaczynaja sie problemy. Ja jako najbardziej obeznana z realiami i najszybciej mowiaca po angielsku, referuje dziewczynom po rosyjsku jak moge cala sytuacje (swoja droga mozg zaczyna mi sie lasowac od 3 dni non stop mowienia na zmiane po rosyjsku -lamanym, angielsku i pisaniu po polsku, ew rozmowiach na skype po polsku. Wiec to co wydaje sie proste ze pasazer ciagle leci tym samym samolotem, tylko wsiada w porcie miedzyladowania, nie jest takie proste bo to juz jest zupelnie inne polaczenie mimo ze ten sam lot i mimo ze bilety byly kupione osobno. Nie ma rady trzeba jechac osobiscie do biura Air India na Goa - 2 godziny taksowka, no ale dziewczyny wola to niz tluc sie 20 godzin z powrotem. Nie wiadomo czy sie uda. Pani w biurze stara sie byc bardzo pomocna, myslimy wiec o locie do Bangalore ale nie ma odpowiedniego polaczenia i tez by trzeba leciec dzien wczesniej. MOzna tez kupic nowy bilet na ten lot bo sa miejsca ale ona nie moze skasowac tego wykupionego lotu bo bilet wystawil agent. W koncu po godzinie okazuje sie ze jednak mozna dokonac podmiany ale bez transferu bagazu, ktory i tak by trzeba wziac recznie, i za doplata bardzo niewielka ok 30 dol od osoby. Hurra!! Bedzie weselej. Juz bardzo przyzwyczailam sie do Lotyszek, jedna ma 42 a druga 55 lat ale bardzo ciekawie nam sie rozmawia, jako ze i one maja bardzo burzliwe zyciorysy. Czuje ze na pewno jeszcze sie spotkamy. Po drodze zwiedzamy Panjim i Margao przynajmniej z okien samochodu. Niektore kobiety tutaj chodza w bluzkach i spodnicach do kolan - prawdziwa rewolucja jak na Indie. Nosza tez sukienki w stylu szmizjerek z rekawem, mlodsze nawet szorty! Wszyscy usmiechnieci i zyczliwi. Po drodze zatrzymujemy sie przy drodze zeby napic sie soku z trzciny cukrowej, robi sie go napedzana silnikiem spalinowym prasa w ktora wklada sie twarde kije trzciny i wciska sie odrobine limonki. Pycha, cukru dodawac nie trzeba:) Swoja droga ciekawe ze z czegos tak twardego mozna wycisnac sok. Tymczasem w Palolem przez kolejne dni poklosie deszczu, raz po raz wylaczaja prad bo nikt nie spodziewal sie takiej ulewy i nie zabezpieczono instalacji:). Wkrotce nasze slodkie dolce far niente dobiegnie konca. To tylko 5 dni ale wielki relaks po pobycie w prawdziwych Indiach (chociaz ja tydzien temu bylam w Varkali). Dziewczyny wyjezdzaja dzien wczesniej niz ja. Jeden dzien mam dla siebie, kupuje klapki, czytam ksiazki i poznaje mloda hinduske dziennikarke z Mumbaiu - no i prosze jest kolejna osoba zainteresowana pomoca przy filmie i informacjami na temat zycia kobiet w Indiach. A jutro.... Pociag 26 godzin do Delhi, ktore jakos nie za bardzo darze sympatia.... no ale przynajmniej bedzie baza wypadowa do Amritsaru i moze do Dharamsali, moze uda mi sie porzucic znowu duzy plecak i jechac w droge z tornistrem. Tymczasem zostaje mi ostatnich 200 stron ksiazki Shantaram, wciagajacej historii pewnego australijczyka ktory uciekl z wiezienia i zamieszkal w Indiach. Na kolacje pozegnanie z rybka, a rano po porannym plywaniu na dworzec do Margao. I adieu Palolem... bede tesknic.

niedziela, 3 kwietnia 2011

Varkala

A wiec po spotkaniu z Guru i dojechaniu luksusowa taksowka ( bo ryksza kosztowala tyle samo a trzeba by wsychac smrod) na spolke ze znajoma pania doktor (lat 25) wyladowalam na dworcu kolejowym w Bangalore. Jako znany control freak upewnilam sie z ktorego peronu odjezdza moj pociag poczym udalam sie do przechowalni bagazu. Duzy plecak udalo mi sie po drodze podrzucic lotyszkom do szpitala i maja mi go potem podrzucic kiedy bedziemy razem jechac na polnoc. Juz troche sie denerwuje jak to bedzie z tymi biletami ktorych nie ma na pociag, ale potem zawsze na koncu sie okazuje ze sa. Z tymze wiadomo wole 50 godzin jechac pociagiem niz autobusem. Jest jescze samolot ale teraz Indie maja wakacje szkolne i ceny sa podobne cenom ktore zaplacilam za przelot z Turcji do Indii. Przy okazji dochodze do wniosku ze Indie traktuje sie czesto jako jeden homogeniczny kraj, a tutaj co stan to obyczaj, Goa to inny kraj, a poludnie takze jest bardziej wyluzowane , szczegolnie obszary przyplazowe przyzwyczajone do turystow. Miejscowi nosza sie w szortach i kitkach, kobiety jak zwykle zakryte. Ale i jezyki sa inne, i zmieniaja sie potrawy. Sama polska nazwa Indie jak i niemiecka, a pewnie i inne sugeruja wielosc. Indie w lokalnym jezyku nazywane sa Bharat anie Indyeea jak sugeruje slowniczek Lonely Planet. Bharat znaczy brat Boga Bramy. Nazwa pochodzi od Bharatvarsha, zas Bharat byl synem krola Dushyanta i jego zony Shakuntali. Juz przed brytyjczykami mimo roznorodnosci, indie istnialy jako calosc pod rzadami krola Samrata Ashok i obejmowaly prawie caly subkontynent indyjski jak rowniez i tereny Pakistanu, Bangladeszu oraz czesci krajow sasiadujacych takich jak Afganistan czy Nepal. Sama nazwa Indie ma pochodzenie greckie, Grecy zjawili sie tu ok 2500 lat temu.

Kilka godzin w Bangalore i od razu odczuc mozna bylo roznice miedzy tym a innymi miastami w Indiach. Ruch i smrod spalin taki sam jak wszedzie. Ale widac tez duzo innych Azjatow, Chinczykow czy Koreanczykow prawdopodobnie przyjezdzajacych do tej stolicy technologii, tak samo z reszta jak Bangalore eksportuje lub wypozycza swoich pracownikow do pracy w koncernach w Chinach, ktore to z koleji maja placowki w Indiach. Ludzie ubrani bardziej zachodnio, z tym ze panie Indianki mimo upalu w sweterkach z rekawem i dzinsach do kostek, mlodsze w t-shirtach. Oczywiscie nie wszystkie, dominuje jednak salwar kameez, czyli szerokie spodnie i kurta czyli koszula do kolana z rozcieciem na boku. Mezczyzni ubrani w 90% bardzo zachodnio. Widzialam tez 2 panie hinduski w rybaczkach (dlugosc 3/4), jedna w szortach do kolan (ale za to dluga bluzka), oraz panie z Korei i wschodniej azji ubrane bardzo skapo. Pozostaje mi wierzyc ze przyjezdzaja do pracy zwiazanej z technologia.

Najpierw odwiedzilam wiec ktory chyba pamieta lata 50te, ale za to z wyglansowanym marmurem, w ktorym znajduje sie biuro zarzadu koleji, w ktorym z koleji mozna dostac glejt zeby zwolnili miejsca z listy rezerwowej dla turystow na przyszly tydzien, na podroz z lotyszkami. Po wypelnieniu kolejnych formlarzy, pani za biurkiem, figurujaca na tle poteznego regalu z tysiacami segregatorow zapewnila ze mimo iz normalnie procedura powinna byc przeprowadzona w dniu odjazdu, postara sie to zalatwic od razu, z tym ze o wynikach dowiem sie i tak dopiero 3 godziny przed odjazdem, ale zapewnia ze mam 99% ze miejsca sie znajda. Gdyby Normalnie gdybym jechala sama nie bylo by problemu, mam ew, zaklepane opcje do spania, mam opcje autobusu, ale jakos glupio mi wobec pan lotyszek ze nie wiedza bidule do godz 18 czy jada o 20 35 czy nie. Wobec tego plan jest taki zeby w Varkali na 2 dni przed odjazdem sprobowac jeszcze raz kupic te bilety a najwyzej te zwrocic. Co jak co - przewaznie system kolejowy dziala bez zarzutu ale jakos nie trafia do mnie koncepcja "waiting list" gdzie dowiadujesz sie na 3 godz przed odjazdem czy jedziesz czy nie. (podobno chodzi tylko o bilety z puli naglej potrzeby.) Pozniej postanowilam udac sie do dzielnicy zakupowej, blisko parku, chcialam sie znalezc w jakims bezpiecznym miejscu, byc moze juz troche tesknie za zachodem, a moze jest to generalnie moja fobia przed chaosem duzych miast w Indiach. Dosc ze trafilam na kilka biurowcow, restauracje w naszym tego slowa znaczeniu, sklepy pumy, ispota, kawiarnie z wifi. Na poczatek wystarczy. Przemyslawszy zakup ipoda - i jednak z niego zrezgynowawszy gdyz uswiadomilam sobie ze mam za to calkiem niezle zwiedzanie w tajlandii, odczulam jednak pewien dysonans. Nawet teraz piszac te slowa, siedze 20 m od plazy juz 3 godziny usilujac cos splodzic i denerwuje sie tym faktem ze zamiast spokojnie odpoczywac ogladam ekran komputera. No coz jakos to przeboleje. Moze. Przeslam sie jeszcze paroma ulicami i udalo mi sie kupic pedzel do aparatu z dmuchawka - nie znam nazwy profesjonalnej. Moze zdjecia beda chcociaz troche czystsze choc sadze ze obiektyw w srodku juz zassal tony pylu, takze zdjecia sa w ciapki. Tutaj wszystkie monitory, komorki itp pakowane sa w specjalne plastikowe kondomy zeby chociaz troche dluzej wytrzymaly wciskajacy sie bardzo pyl. W dniu ktorym opuszczalam Bangalore oczywiscie byl polfinalowy mecz krykieta -ktorym tu wszyszcy bardzo sie pasjonuja. Pociag stal wiec na peronie, obok pociagu tlum ludzi przy telewizorze, wiekszosc stala dotykajac wagonu reka, jakby w razie gdyby pociag mial ruszyc mogli go przytrzymac. A tak naprawde dotykanie pociagu znaczy ze sie do niego wsiada i pan z choragiewkami ma sie wstrzymac. Pociagi sa przewaznie dlugasne wiec ruszaja bardzo powoli - stad tez jak pisalam w przygodzie z okularami nawet gdy ten ruszy mozna jeszcze bez wysilku do niego wskoczyc. Tym razem czekal mnie prawdziwy rarytas 15 godzin w prawdziym general sleeper. Czyli najnizsza klasa sypialnego. Prawde mowiac czysciej niz u nas w tzw. rzezniach. Zwlaszcza toalety. Smierdza to fakt, ale poza nielicznymi przypadkami sa mniej obsikane itp niz polskie. Inna sprawa ze tu wszystko leci na tory, lacznie ze smieciami przez okna. Nawet wiec jesli jakas czesc indii jest "relatywnie"czysta to przewaznie tory uslane sa setkami kubeczkow paierowych po czaju, zawiniatkach po ryzu, czekoladkach, czipsach etc. Powiedziawszy to dochodze jednak do wniosku ze na poludniu tory sa jednak mniej zasmiecone ( a moze nawet regularnie je czyszcza??) , a wokol torow sa biedne lecz schludne chatki, czesto ocienione jakimis palmami i bananowcami, ktore to rosliny wygladaja chaotycznie ale daja przyjemny cien, a pozatym taka jest juz uroda plantacji ze wygladaja jak niezly pieprznik, bo jedne rosliny daja cien innym lub zyja w symbiozie z drugimi.

Klasa general sleeper to 3 lozka nad soba i 3 po przeciwnej stronie przyklejone prostopadle do okna i na przeciw tej 6tki przedzielone przejsciem 2 lozka nad soba wzdluz sciany pociagu. W ciagu dnia srodkowe siedzenie jest skladane i sypialnym podrozuje sie jak normalnym. Jesli chce sie pospac lub polezec, najlepiej wyladowac na gorze, chociaz z koleji jak sie chce posiedziec to tez jestsie uzaleznionym od innych. Roznica miedzy klasa 3 jest taka ze lozka tutaj sa wezsze no i tam jakos wyglada troszk ebardziej domyto. Noc byla goraca ale na szczescie bez wiatrakow bo te burcza a w dodatku w taki gorac niewiele pomagaja a przewaznie wieja w jedno miejsce np. w nerke lub szyje i mozna wyjsc niezle polamanym. Na sniadanie oczywiscie czaj, idli (rodzaj nieslodkiego, tlustego paczka, i dosa lub ciastko ryzowe (miekkie) z sosem garam w torebce plastoikowej zasuplanej wygladajacym jak rzygowiny noworodka. Wole w misce bo mniej mi sie przewraca w zoladku. Do 4tej jakos zeszlo. Potem zrobilo sie b. goraco ale jeszcze 2-3 godzinki pol snu udalo sie wyciagnac. Bylam na gornej pryczy, a tam na dole rodzina, babcia (co butow nigdy nie zaznala), mama, corka (przesliczna egzotyczna uroda, poldlugie wlosy, ubrana jak pilkarz (brawo!) z ksiazka do matematyki, lat 13, oraz psotnik synek wulkan energii. Niestety rano byly jakies roszady i na dolnym miejscu do siedzenia dla mnie usiadl jakis jegomosc z laptopem a mnie juz odlezyny jely wystepowac wiec bilam sie z mysla coby go wyprosic. W koncu przesiadl sie sam ale na jego miejsce siadla jakas pani co to chyba z nasza mama byla zaznajomiona. Poszlam popatrzec co tam w sekcji umywalkowo toaletowej (na laczeniu wagonow) jako ze tam jak i wsrodku sa drzwi z dwoch stron, czesto otwarte i mozna si etroche powietrzyc. Postalam chwile poczym zebralam sily zeby pania przeprosic. Bylo okolo 10 jescze nawet nie dotarlismy do Cochi ale juz robilo sie niemilosiernie goraco, postanowilam wiec jakos bardziej zadomowic sie przy drzwiach. I to byl strzal w 10! 4,5 godziny na stopniu w otwartych drzwiach z aparatem w reku, duzo ludzi siedzi tak i jakos nikt nie zwraca na to uwagi. Bardzo milo tez ze ludzie na zewnatrz pociagu przyjaznie do mnie machali - ach to jednak poludnie! Krajobraz zrobil sie niemozliwie zielony, ze strzelajacymi palmami roznych odmian, gesta trawa i bog wie jeszcze jakimi roslinami ktorych nie znam. Po drodze pojawily sie tez kapliczki z maryjami i jezusami. I tak jak jak na ciezarowkach hinduistiw wymalowani sa bogowie hinduizmu tak i katolickie ciezarowki tryskaja feeria barw i wzorow oraz swietych wizerunkow. Mnostwo rzeczek, jezior, bagienek i wielce kolorowe domki. Czas zlecial blyskawicznie. Najgorsze byly ostatnie 2 godziny o ktore pociag spoznil sie a ktore ja spedzilam gotowa do wyjscia w swojej przegrodce, z sympatycznym panem i jego siostra z Tamil Nadu ktorzy zachecili mnie do zjedzenia obiadu sprzedawanego przez jednego z food wallach. W bialy papier zwinietyc byl ryz z ostrymi piklami, a sosy tradycyjnie w plastikowych woreczkach do nalania na wierzch. I chwala bogu, bo bym dotarla na miejsce glodna i nie myslala o znalezieniu rozsadnego lokum. Niewiedzialam gdzie jest moja stacja, a pan sasad podrozny tez nie wiedzial dokladnie wiec siedzialam jak na szpilkach. Juz na miejscu jakos nie bylo problemu z taksowka ani cena czy oszukiwaniem, piekny bialy ambasador za 70 rupii zawiozl mnie na poczatek klifu w Varkali. Varkala ma dwa oblicza. Jedno to zwykle keralanskie miasteczko ok 3 km od plazy i tutaj zycie toczy sie bardzo indyjsko, choc czuc spora swobode. Oraz mini miasteczko nad samym klifem, gdzie znajduja sie wszystkie hoteliki, pensjonaty, restauracje, kafejki internetowe, masaze, sklepiki, oraz ponizej oczywiscie sama plaza. Temperatura powietrza to okolo 36 C w cieniu. Za to na polnocy okolo 20 stopni:) Po zwyklej asfaltowej drodze nie da sie przejsc nawet pol kilometra miedzy 12 a 15 lecz tutaj nad plaza przyjemna bryza chlodzi nielicznych juz o tej porze roku czytelnikow w kafejkach, czy plazowiczow na plazy. De fakto na dole wiatr i uksztaltowanie terenu powoduja ze plywanie jest tu w zasadzie niemozliwe, i lepiej trzymac sie blisko stanowisk ratownikow. Tam gdzie woda jest po kolana za pol minuty moze miec 4 metry gdy zblizy sie fala, tak wiec wiekszosc ludzi stoji i podskakuje przy falach, albo surfuje wplaw wraz z przelamujaca sie fala. NIektorzy uzywaja tez boogie boards czyli takich desek surfingowych na ktorych si eplywa na brzuchu. Sa parasole i frisbee, ale teraz na calej plazy jest moze 200 osob, patrzac na ilosc stolikow w restauracjach i bogata oferte uslug oraz sklepikow scisnietych na tak malej powierzchni moge sobie wyobrazic jakie moze tu byc zatrzesienie turystow. Tymczasem ja rozkoszuje sie wieczornymi swiezo polawianymi rybami, masazem ajurwedyjskim oraz bajecznie tanimi i smacznymi owocami ktore sobie na gazetce podjadam. Ananasy, arbuzy, mango wszystko tanie i dojrzale na sloncu coza radosc po tych wszystkich curry, plackach i kiczirilri (czyli packac kaszowo ryzowych - bardzo zdrowych i zostrymi przyprawami wiec nie tak mdlych jak w polsce, ale jednak mdlosci u mnie powodujacych). Pierwszej nocy nieco podjadly mnie komary ale jedna pani co tu jest juz 2 miesiace powiedziala mi ze moge upomniec sie o siatke na moskity. I to mam piekna siatke nad lozkiem co niemalo dwum panom zadala trudu zeby ja zamocowac, bo i gwozdzie trzeba bylo wbic, a jeden za niski byl, a i pod dobrym katem. Ale udalo sie. I spie jak dziecko, i jak dziecko sie czuje w tym kokonie co jak kojec otacza lozko, ani jednego bzykniecia od tamtej pory. Oprocz tego po ashramie rowniez spie jak babcia - o 21szej juz robie sie senna, i mimo ze staram sie jakos szukac przygod to ich nieznajduje wiec chodze sobie wczesnie spac, a rano lekka joga na plazy do wtoru biegaczy i pilkarzy. Potem jest juz za goraco i najbardziej wytrwale kaski tylko smaza sie w samo poludnie (wlosi i francusi) sytaucja zmienia sie po 15 wtedy znowu wiekszy ruch na plazy a ok 17 wiekszosc spaceruje lub udaje sie do knajpek, gdzie owoce morza, koncerty, scrabble, filmy no i wczoraj: final krykieta! Coz to za pasja, 7 godzin meczu, no ale dobrze ostatecznie to byl final India Sri Lanka, jakos nie dalam sie skusic cena piwa (spod lady w kubku na herbate) ani niczym zeby zostac a nawet w najbardziej trendy tutaj klubiku tez dominowal krykiet. Spacerkiem do pokoju wrocilam a podrodze jak zwykle sprzedawcy hello my friend, look my shop, ale z mniejszym entuzjazmem bo do krykieta chcieli wracac i w sumie najwazniejsze dla nich bylo zapytac czy popieram Indie. Polozylam sie spac i przysnelam, gdy fajerwerki i wrzaski radosne prawie rozerwaly pierze w mej poduszce. India mistrzem swiata! Kolejny powod do dumy po tym jak w 2008 mistrzem swiata w szachach zostal hindus! Oby tylko zmienil sie stosunek do kobiet, wiecej szancunku, mniej podmiotowosci, choc chyba tu na poludniu jest troche inaczej, takze ludzie nie wstydza sie corek (1100 kobiet na 1000 mezczyzn - a na polnocy odwrotnie). Moja znajoma ze srodkowych indii opowiedziala mi ze jest adoptowana bo urodzila sie dziewczynka, a sama pracujac w szpitalu codzien ma do czynienia z przypadkami gdy kobiety rodza dziewczynki i po 2 godzinach bez slowa uciekaja ze szpitala porzucajac dzieci. Ona sama miala duzo szczescia bo choc rodzina ktora ja przygarnela (spowinowacona z biologiczna rodzina) miala juz 5cioro dzieci, a rodzice byli duzo gorzej sytuowani od biologicznych oraz byli analafabetami, kochali ja jak swoja i wyksztalcili ja bardzo dobrze. Wiele jeszcze musi sie w Indiach zmienic, choc jest to inna kultura i bedzie ciezko. Nie mozna przeciez jednoznacznie uznawac ze zachodnie to lepsze, ale traktowac kobiete wylacznie jak sluzaca lub matke do rodzenia dzieci to jdnak przesada. Kroluja tu rozne randki internetowe na ktorych jednach wiekszosc ogloszen daja rodzice, ktorych obowiazkiem jest wydac corke za maz, a dla syna znalezc matke dzieci. Malzenstwa z milosci pozostaja jednak (moze poza Bombajem i Bangalore) wielka rzadkoscia. Koncze bo nie moge juz patrzec na monitor.

poniedziałek, 28 marca 2011

Jak to z telefonem bylo...


W dalszym ciagu brakuje jeszcze jednego odcinka( a moze 2) opowiesci ale juz niebawem, niebawem. Tymczasem przegladam sobie moj zeszycik z notatkami i blog i patrze na wpisy o Rumunii, Turcji a nawet Delhi - i wydaje mi sie ze to bylo jakies wieki temu. Wczoraj poznalam Guru - bardzo przelotnie, ale dostalam blogoslawienstwo, mam nadzieje ze udzieli mi sie jego zadowolenie i chec przekazywania szczescia oraz spokoj dla wszystkich. Tymczasem w reku mam juz kolejny bilet do Varkali, podobno nie ma biletow powrotnych - ale wszystko jak zwykle okaze sie 2 dni przed odjazdem - wtedy uruchamiane sa tzw. pule typu "emergency", no i dochodza jeszcze rezerwy dla turystow. Tutaj lato zaczyna sie na dobre, wraz z feriami szkolnymi i nieznosnym skwarem pomiedzy 12 a 3. Ale ja juz od 6 kwietnia znowu bede podrozowac na polnoc, potem na wschod tak zeby okolo 26 kwietnia znalezc sie w Kalkucie. A teraz opowiesc o tym jak to czlowiek uzalezniony jest od narzedzi komunikacyjnych. W trakcie mojego pobytu w klinice moj indyjski telefon przestal dzialac. Powod: nie odebralam telefonu weryfikacyjnego, zeby potwierdzic dane. No coz nawet jesli odebralam to trudno mi bylo zrozumiec hindi a na sugestie ze moze English dalej slyszalam hindi. W koncu moja wspolpokojowka ze szpitalnego pokoju (zeby nie bylo prywatnego 3 osobowego) zadzwonila ze swojego telefonu i wytlumaczyla sytuacje ze numer kupiony byl w delhi, ze trzeba ponowic rozmowe weryfikacyjna, ze jestesmy w szpitalu w Bangalore i nie nie mozemy isc do tego punktu sprzedazy i wyslac dokumentow ponownie i poprosila zeby oddzwonili do mnie i w dodatku po Angielsku. Obiecali to zrobic w ciagu 24 godzin.
Dlaczego zadzwonila ona a nie ja: po pierwsze moje polaczenia wychodzace byly zablokowane, po drugie po swojskim "for English press 1" i potem kolejne opcje ktore skladaly sie wylacznie z nagranych wiadomosci o promocjach, 3g, internecie itp byla tylko jedna opcja (zakup nowe minuty) po ktorej wogole byla opcja zeby odezwal sie zywy czlowiek. Najczescie na pytanie Do you speak English odpowiadal tak po czym kontynuowal w Hindi. Dziwna to w sumie rzecz bo wiekszosc edukacji od poziomu szkoly sredniej odbywa sie po angielsku, a studia juz calkowicie. No ale centrala byla teoretycznie w Delhi a w praktyce mogla sie znajdiowac gdziekolwiek. Dodam tylko ze im bardziej na poludnie tym lepiej z angielskim. Po 24 godzinach ani sladu telefony weryfikacyjnego, probowalam dodzwonic sie do customer care z telefonu szpitalnego ale jako ze czesto prad wysiada a telefon jest radiowy to sie jakos nie udalo. Komorki jak na zlosc tez nikt nie mial pozyczyc bo albo rozladowane albo no balance, czyli pustki na koncie. W koncu po 50 godzinach przyszla nowa pacjentka (poprzednia znajoma juz zostala wypuszczona) i okazalo sie ze ma telefon i w dodatku on dziala i moge zadzwonic. Udalo sie ustalic ze dokonaja weryfikacji po 24 godzinach (ktos w koncu mowil po angielsku) ale ja juz nie wytrzymalam, bo rozumiem ze pojecie IST czyli indian standard time oznacza ze moze byc obsuwa kilkugodzinna a kwadrans oznacza 2 godziny ale ile mozna! Wobec tego pan polaczyl sie z kierownikiem i ustalil ze telefon wlacza za godzine. Malo tego okazalo sie ze dzialal juz po 15 minutach. Bylam wiec zadowolona ze nastepnego dnia doladuje tylko karte a znajomej z Lotwy pomoge kupic nowa karte.
Ogolna obsesja na punkcie dokumentow obowiazuje wszedzie, wypelnia sie tysiace ksiag, z kalka, ogromnych segregatorow, w hotelach, kafejkach internetowych, kasach kolejowych, wszedzie imie nazwisko, jeden dokument, drugi dokument, zdjecie, podpis, adres. Ciekawe kiedy Indyjska policja zawita na Kinowa. Staram sie ten adres podawac oglednie, a zamiast paszportu daje kserokopie i tlumacze ze paszport w hotelu, ambasadzie etc. Kiedy wyladowalam w Delhi dziwne mi sie wydawalo ze tyle formalnosci, fotografia, paszport, kopia, ale w sumie numer zalatwilam w 10 minut nawet bez kopii wizy. U nas kupuje sie karte w kiosku i czesc a tutaj tyle szczegolow. Ale to nic. Po wyjsciu ze szpitala, przygarnawszy ze soba jedna pania Lotyszke, ktora rowniez bezskutecznie od 2 tygodni usilowala kupic karte pre-paid zeby nie placic setek dolarow za smsy i polaczenia, wyposazone w dokumenty i fotografie ruszylysmy na podboj komorkowego swiata. Przy okazji jeszcze zalapalysmy sie na shuttle bus do ashramu wiec moglam przynajmniej porzucic plecak przy bramie. W miedzyczasie okazalo sie ze moj telefon ktory rano jeszcze dzialal zostal odlaczony we wszytkich kierunkach. Trudno powiedzialam sobie i zdecydowalam ze kupie nowy numer. Gotowe na wszystko wzielysmy autoryksze do pobliskiego sklepiku ktory okazal sie zamkniety, i mial otworzyc sie o 17 a byla jakas 13 30. Kierowca zaproponowal ze nas zabierze do innego sklepu w ponliskim wiejsko miejskim skupisku (bo wszystko to dzialo sie na przedmiesciach Bangalore), oczywiscie za slona cene, troche udalo nam sie stargowac, w tym sklepiku jednak pan w hindi i po angielsku wytlumaczyl nam ze paszport i fotografia nie wystarcza, polski dowod ani prawo jazdy tez. Najlepiej isc na policje, tam potwierdza dokument, i dopiero z takim potwierdzeniem od nich mozna ewentualnie cos zdzialac. Ewentualnie ktos z ashramu moze dla nas kupic karte na siebie. Chcial nie chcial wrocilysmy do ashramu, bo byla szansa ze moze tam znajdzie sie taki ktos. Okazalo sie ze w kuchni pracuje chlopak ktory zaltwia wszystkim karty, no wiec znowu dreptando przez pol ashramu ( a jest to ogromna instytucja) do kuchni zeby zorientowac sie czy ten czlowiek jest i czy faktycznie cos moze pomoc. Niestety akurat byl 3 dni na zwolnieniu i pan swamiji (czyli taki ich miniswiety-zakonnik) poinformowal nas ze trzeba probowac w sklepiku ktory jest zamkniety a otwieraja o 17 bo tam pan wlasciciel jest powiazany z ashramem wiec moze bedzie bardziej obeznany z tematyka zalatwiania kart pre paid dla obcokrajowcow. Jako ze byla godzina 16 a wiadomo ze w indiach jesli sklep ma byc otwarty o 17 to moze rownie dobrze sie otworzyc o 17 30 a nawet i osiemnastej, poszlysmy sobie do ashramowej kafejki internetowej, calkiem dobrze wyposazonej (sa nawet kabiny telefoniczne i xero). Po przejrzeniu szczegolow podrozy ktora mamy odbyc razem w polowie kwietniaa ponownie ruszylysmy do sklepiku (ryksza). Bylysmy tam ok 17 10 i o dziwo juz bylo otwarte. Pan owszem bardzo kompetenty i w ogole no ale chcial drugi dokument i jakos udalo sie moj dowod wcisnac. Ale ale zeby nie bylo tak latwo trzeba bylo wykonac kopie (bo on kopiarki nie mial) wiec abarot w ryksze i do piekarni zrobic kopie dokumetow (oczywiscie okazalo sie ze kolo piekarni jest kolejny sklepikz komorkami i wczesniejszy rykszarz celowo nas wywiozl daleko). Ale skoro juz poszlysmy do zaufanego pana, to znowoz dobrze niech beda te kopie, a ze przed piekarnia panowie hindusi pili herbatke to i sie nie spieszylo nikomu zeby te kopie zrobic. Po 15 minutach udalo sie, znowu dawaj w ryksze 500 m dalej do sklepiku pana hindusa zaufanego. Mozna to poznac po tym ze w ashramie wszyscy witaja sie i zegnaja swoiskim JaiGuruDev (cos miedzy niech bedzie pochwalony, niech zyje obywatel general, przyszlo mi na mysl takze HeilHitler ale to troche drastyczne porownanie i zupelnie nie adekwatne, JaiGuruDev uzywa sie tez zamiast "excuse me" oraz dziekuje jak rowniez i "chwala bogu" czyli bardzo sie ciesze i "przyjemnie mi poznac". Takwiec pan sprzedawca telefonow (jai guru dev) , wyjal fromularze, zaczal wczytywac sie w nasze dane a nastepnie jal przepisywac adresy na sposob lokalny, wypisujac "country, dwukropek, nazwa, town, house, apartment itp. Troche to wiec trwalo do tego jeszcze formularze do wypelnienia , podpisy w trzech miejscach , ktorych nie mogl znalezc, podpis na fotografii, adres email, numer telefonu w polsce. Na prawde czekalam az mnie spyta o numer buta albo obwod czaszki. W miedzyczasie do sklepiku wpadali inni klienci zeby doladowac swoje telefony, a to na 20 a to na 50 rupii , kazdy z innej korporacji. A pan sprzeawca musial jeszcze nasze numery aktywowac, doladowac karty. Trwalo to mniej wiecej do godziny 19 30. A ze szpitala wyruszylysmy o 13, dobrze ze w miedzyczasie zdazylam sie zarejestrowac i odstawic bagaz bo potem to juz bylam fajktycznie wykonczona, a moja znajoma miala jeszcze 5 km wrocic ryksza do szpitala z poirytowanym kierowca ktory caly ten czas czekal. Wrocilam do ashramu gdzie po godzinie okazalo sie ze telefon nie dziala i/lub nie ma zasiegu. Zlapalam gdzies kolo spizarki z kapusta jedna kreske i zadzwonilam do pana sprzedawcy ktory jak gdyby nic oznajmil ze brakuje jeszcze podpisow i czy moge wrocic do sklepu ew. podjechac nastepnego dnia. A nastepnego dnia zaczynal sie moj kurs, grafik byl wypelniony caly dzien a w dodatku obowiazywalo nas milczenie. Udalo mi sie jednak ustalic ze pan bedzie na kolacji w ashramie i naklonic go do przyniesienia formularzy. Jai GuruDEv! Nastepnego dnia telefon nie dzialal, ale lotewska znajoma byla w ashramie i wybierala sie do pana hindusa telefonicznego wiec miala mu moje zazalenie przekazac. W miedzyczasie (w czwartek) rozpoczal sie moj kurs, i telefon byl albo bez zasiegu albo nie moglam odebrac i wlasnie wtedy kolejny operator postanowil zasypac mnie polaczeniami weryfikacyjnymi. W poniedzialek juz po kursie dostalam sms ze moje dokumenty nie zostaly zweryfikowane, wiec tym razem wyposazona w kopie dokumehtow i upewniwszy sie ze pan jest w sklepiku poszlam wyslac dane kolejny raz. Moze i moglabym zadzwonic do centrum obslugi klienta ale tam akurat wszystkie opcje byly w jezyku Kannada i nijak nic sie nie dalo nacisnac zeby ktos sie zglosil. Na miejscu okazalo sie ze potrzebne jest kolejne zdjecie, ja oczywiscie nie wzielam, ale obok pan ma zaklad fotograficzny skladajacy sie z jednego malego aparatu cyfrowego, zaslonki, krzeselka bialego przescieradla, komputera oraz expresowej drukarki i w 5 piec minut (IST -indian standart time) moze wykonac mi 8 zdjec za 60 rupii (chociaz chcial 80 ale udalo mi sie go przekonac ze ja wiem ze to tyle nie kosztuje). No coz dla lokalnych 50 rupii, zdjecia takie sobie, ale byly po 15 minutach. Pan hindus telefoniczny znowu rozpoczal cala procedure z podpisami przepisywaniem adresow etc. Po czym i tak dzisiaj ( sroda) dostalam smsa ze dokumenty trzeba wyslac kolejny raz. Zadzwonilam do niego i mowi ze powinno byc ok, ze on wszystko wyslal, no ale zobaczymy:) w razie czego mam jeszcze 7 zdjec i dwie zapasowe kopie dokumentow, ale moze powinnam zrobic wiecej bo nigdy nie wiadomo kiedy znow trzeba bedzie przejsc przez ten teatr. W takim wypadku chyba juz podaruje sobie komunikacje:) Tymczasem zyje pociagiem do Varkali, 14 h wiec moze byc ciekawie, no ale w drodze na polnoc czeka mnie 40 godzin:) czas chyba skonczyc moje ksiazki i przestac je taszczyc....

Ashram

Nie ma co ukrywac. Ashram nie bardzo mi sie spodobal, mysle ze troche dla tego ze jest bardzo duzy i kazdy troche sobie rzepke skrobie (doslownie, bo jest tez warta w kuchni gdzie sie skrobie kalarepki - bardzo uspokajajace). Napisawszy to jednak musze powiedziec ze jesli nie sam ashram to ludzie ktorzy tu sa maja w sobie dziwna energie. Moze to prawda co niektorzy mowia ze z jakim nastawieniem podejdziesz to otrzymasz od rzeczywistosci. Jesli zalozysz ze cos bedzie problemem to bedzie, jesli nie poprosisz nikt ci nie pomoze. Dlatego nie moge sie zdecydowac czy lubie to miejsce. Na pewno kurs ktory tu zrobilam w jakis sposob mnie rozwinal, nie zaszkodzilo tez cwiczenie jogi bez jednej nogi (bo ciagle jeszcze kuruje swe kopyto). Przy okazji poznalam kilka miejscowych osob, mialam tez okazje porozmawiac z mlodymi kobietami o sytuacji kobiet w Indiach. A wszystko to mimo faktu ze przez 3 dni nie wolno nam bylo powiedziec ani slowa, mielismy wylaczone komorki i dostep do internetu. Dzisiaj postanowilam ze po ponad 2 tygodniach pobytu w ashramie i ashramowej klinice w koncu sie zapakuje i pojade gdzies. Albo na stacje i tam kupie bilet albo kupie bilet na kolejny dzien i zostane u znajomej w Bangalore a w miedzyczasie choc zobacze to miasto. Ale najpierw czekala mnie operacja "paczka do polski". Skoro juz o trekkingu nie ma mowy, a zimowa kurtka mi po nic, lepiej jak pozbede sie balastu. Bylo nie bylo okazalo sie ze paczka wazy 8 kg chociaz sa w niej prawie same ubrania i jedna para butow. Nie wiem wobec tego jak moj plecak mogl wazyc 12 kg na lotnisku w turcji. W indiach co prawda kupilam 2 pary spodni i 2 bluzki, ale jedne spodnie juz sie podarly, poza tym wyrzucilam duzo ciezsze spodnie z Polski (pozdrowienia dla Magdy - to kolejny ciuch od niej ktory objechal swiat). Przyznaje ze kupilam kadzidla z krowiego gnoju (nie powiem pachna bardzo ladnie) i pala sie nie porownywalnie lepiej od tych kupionych w Polsce. Ale mimo wszystko to moze dodatkowe 0,5 kg. Dalej zostala mi ksiazka Lonely Planet (mysle ze spokojnie 1kg), aparat no i ksiazka o buddyzmie ktora koncze. Poczta znajduje sie na drugim koncu ashramu przy szosie, wyslanie paczki trwalo zaledwie 45 minut. Co przy probie kupienia numeru pre paid do telefonu komorkowego ktora trwala 6 godzin i dalej nie wiadomo czy telefon dziala wydaje sie zaledwie nanosekunda. Cale szczescie juz wczoraj w punkcie medycznym udalo mi sie zdobyc karton po orzechach (wygnieciony ale za to pojemny), kiedy jednak oblecialam pol ashramu (a teren to nie maly, miesczcza sie tu dwie szkoly, sale wykladowe, sale medytacji, stolowka, bloki mieszkalne, jezioro, dwie kliniki - jest to takie miasto w miescie, a w zasadzie pod miastem) w poszukiwaniu tasmy klejacej odpowiednio szerokiej, nozyczek oraz markera juz bylam troche zmeczona. Od kilku dni codziennie wstaje o 5 rano, zeby troche pocwiczyc joge i oddechy, a w poludnie robi sie goraco. Chcial nie chcial wreszcie po 10 paczka byla zapakowana i udalo mi sie zlapac podwozke na poczte, gdzie pani kazala wszystko rozpakowac (bo musi zobaczyc czy aby w srodku nie siedzi pakistanski terorysta) a nikt w promieniu kilometra nie ma tasmy klejacej, jest za to 2 ochroniarzy i hasajace malpy ktore tasme klejaca jadly moze kilka dni temu. Po za tym pani nie podobalo sie pudelko, bo nie wypakowane po brzegi a sfatygowane wiec sie zapada, no ale coz przeciez nie urodze. Pokazujac coraz to napotkanym osobom zabandazowana noge ruszylam w pielgrzymke w poszukiwaniu tasmy. Za 3 razem sie udalo mimo ze poczta miesci sie w starej czesci ashramu gdzie wiekszosc biur nie dziala, albo zostalo przeniesione. W koncu udalo sie znalezc tasme, a pani nawet wiedziala ze jest taki kraj jak Polska. Deklaracja celna chyba pochodzila z 19 wieku bo bylo na niej napisane Great Britain i Grande Bretaigne, i musialam sie przyznac ze wysylam matce smierdzace buty. Inaczej jak nic by oclili. Na poczcie okien brak tylko kratki, i biednie jakos, ale komputery z internetem sa, kasa biletow kolejowych jest, a paczka dostaje kod kreskowy i tracking number ktory to mozna sprawdzic w internecie badz telefonicznie w razie gdyby paczka nie dotarla w ciagu trzech tygodni. Pozyjemy zobaczymy.
Chcialam zostac moze jeszcze 2 dni ale pobyt tutaj jest jednak drogi (25 usd dla obcokrajowcow - wszystko idzie na szczytne cele ale nie zawsze czlowiek chce lub ma...) wiec ktos zaproponowal ze moze moge popracowac 2 dni w zamian za spanie i jedzenie, co jednak okazalo sie nie takie proste ze wzgledow roznych. Postanowilam wiec duzy plecak podrzucic znajomym w klinice (spedzilam kolejne 45 minut probujac zostawic go w ashramie ale okazalo sie to nie mozliwe), spakowac maly podreczny, (*przy okazji na poczcie dowiedzialam sie ze biletow na dzisiaj brak ale na stacji zawsze mozna sie dowiedziec czy jest rezerwa dla turystow, ew. kupic waiting list, i przy odjezdzie pociagu dowiedziec sie czy jest miejsce czy nie.) i zostac jednak u znajomej. Koniec koncow moje wspolokatorki z Rosji i Litwy uslyszawszy moje watpliwosci stwierdzily ze powinnam zostac i poznac guru osobiscie. W sumie moze to i prawda skoro juz od 15 dni cos mnie tu trzyma, wyjazd stad jakos sie nie klei, trudnosci sie pietrza. Koniec koncow zasponsorowaly mi owe dobre kobiety 2 dni pobytu tutaj zebym mogla poznac zalozyciela zacnego przybytku, wielkim filantropem bedacego (oprocz tego ze jest on przywodca duchowym wielu milonow ludzi). Moze cos w tym jest, choc mama boi sie ze mnie zahipnotyzuje i juz nigdy nie wroce do Polski albo mnie tu zjedza jak mowi kolega Tomasz. Kto chce moze sobie poczytac tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/Ravi_Shankar_%28spiritual_leader%29. Dla wielu ludzi techniki promowane przez niego dzialaja, a tutejsi jogi w wieku 40+ wygladaja na 28 najwyzej. Troche jogi i hiperwentylacji jeszcze nikomu nie zaszkodzilo.
Dzisiaj jest poniedzialek w hindi nazywany dniem Sziwy (to ten niebieski bog), wobec tego o 7 rano odbyla sie specjalna puja (rodzaj modlitwy) i bramini przez godzine i 15 minut spiewali teksty sanskryckie, swiecili, kwiaty ogien oraz rozdawali prasad (swiecone lakocie dla wiernych), calkiem niesamowite, mysle ze w starszej swiatyni robi jeszcze wieksze wrazenie. W trakcie tego ludzie siedza w kolo, i sluchaja, przewaznie z zamknietymi oczami albo medytujac. (moze nawet niektorzy spia-lub pol spia, a dzieci biegaja po sali. Na hinduizm nie mozna nikogo nawrocic, mozne sie tylko urodzic wyznawca lub ewentualnie wzenic (wmezyc). W przeciwienstwie do buddyzmu ktory jest scisle zhierarhizowany i sformalizowany tutaj kazdy jest bogiem i kaplanem, aczkolwiek najwazniejsi sa Pandici i bramini. Mam nadzieje za jakies 2 tygodnie chociaz zobaczyc jesli nie Dalajlame to przynajmniej jego siedzibe. Zobaczymy jak rozwinie sie sytuacja. Powoli rozpoznaje tez niektore literki, i przypominam skrypt hindi czytamy od lewej do prawej. Bangalore znajduje sie w stanie Karnataka - tutaj obowiazujacym jezykiem jest Kannada. Jednak w Ashramie nie czuje sie tego - tutaj dominuja hindi i angielski. Jak sie dowiedzialam w niektorych stanach na poludniu nauka hindi nie jest obowiazkowa (mimo ze jest to jezyk ogolnonarodowy), takze ze wzgledu na odmiennosc etniczna, i niektorzy znaja jedynie jezyk regionalny i angielski. Im bardziej na poludnie tym bardziej zmienia sie tez uroda mieszkancow, niektorzy wygladaja bardzo afrykansko, jedynie wlosy maja mniej krecone, inni maja skosne oczy i wystajace kosci policzkowe -- wygladaja bardziej tajsko czy wschodnio azjatycko. W jedzeniu takze zmiany kroluje ryz i rozne jego odmiany w postaci rozgotowanej papki. Nieuchronie tez wszystkie moje ubrania jak i ja sama pachnne jak rasowy hindus. cdn...

czwartek, 17 marca 2011

Klinika - Szpital

A wiec po 2 dniach pobytu w aszramie, powalilo mnie cos i trzasc zaczelo. A wiec ewidentnie goraczka. Majac cicha nadzieje ze to nie malaria, postanowilam przeczekac jeszcze jeden dzien, bo malo to nieszczesc, i noga zwichnieta i spuchnieta i teraz jeszcze to. Na terenie ashramu znajduje sie jedna luks klinika gdzie konsulktacja kosztuje 500 a zabiegi liczone sa w tysiacach rupii. Zaczelam rozwazac podroz do centrum miasta (ok 30 km) zeby znalezc jakas przychodnie czy lekarza. W miedzyczasie do mojego pokoju zalogowaly sie dwie panie nauczycielki technik jogistycznych zwiazane z ashramem. Od nich dowiedzialam sie ze Guru patronuje tez szpitalowi ajurwedycznemu po drugiej strony szosy, w ktrorym miesci sie tez koledz dla studentow i szkola podstawowa. Ceny przystepne, robia panchakarme, przyjmuja porody i lecza powazne schorzenia. W sam raz jak dla mnie, bo migdaly napuchly mi do wielkosci kurzych jajek, a stawy lamaly mnie niczym atrteretycznego 80 latka. Nie w smak bylo mi jednak pakowanie w siebie antybiotykow, jako ze na noge tez mi zapisali jakis przeciwbolowy silny z ktorym nie do konca bylam pogodzona. Panie byly w tym szpitaliku na panchakarmie czyli calosciowym oczyszczaniu, medycznych wymiotach, lewatywach i mowia ze czuja sie swietnie. Ja im wierze bo wiem skad inand od znajomech co to sie nie mogli doleczyc albo antybiotyki pakowali ze lepiej sie zapakowac do indii i troche sie ayurweda poleczyc. Dobrze sie zlozylo ze lekarz akurat mial przyjsc do nas do pokoju w aszramie wypisac jakies recepty wiec nie musialam w tym stanie sie zastanawiac co i jak. Komenda byla krotka - do szpitala od razu. A wiec jeszcze kwestia przesuniecia kursu - panie wszystko mi pomogly zalatwic i spakowac sie. W szpitalu od razu przytomnie badania krwi na malarie i takie tam - wykluczyli. Do jedzenia tylko kleik ryzowy zeby nie denerwowac organizmu goraczce jakims ciezkostrawnym zarlem. Jeden dzien lezalam patrzac w sufit i w bluzie oraz przykryta puchowym spiworem - po anybiotyku pewnie by zeszlo po 2 godzinach, a tutaj do wieczora sie zeszlo. Nastepnego dnia bylo juz duzo lepiej, a w ciagu dwoch dni postawili mnie calkiem na nogi przy pomocy obrzydliwych jakis suyropow z ziol, soku z imbiru i 2000 roznych tableteczek rowniez z ziol. PO 3 dniach lekarz stwierdzil ze mozna mnie wypisac albo moge zostac i poleczyc noge i opuchniete migdaly pod jego okiem albo sie zalogowac z powrotem do ashramu. Jako ze w ashramie jest drozej, a tutaj mialam mile towarzystwo postanowilam zaczekac na kurs w klinice. (zostalo jeszcze kilka dni po przesunieciu do rozpoczecia nastepnego.). Cuda na kiju wyprawiaja z ta ajurweda. Oczywiscie wszyscy lekarze w szpitalu maja uprawnienia medycyny tradycyjnej, ale w tym szpitalu stosuje sie leczenie zgodne z ajurweda - czyli duzo roznych rozmaitych ziol i oleje, podgrzane mniej lub bardziej. Zabiegi olejowe, czyli masaze, wcieranie, polewanie, nagrzewanie stosuje sie na specjalnych drewnianych lozach ktore troche wygladaja jak lozka tortur, z roznymi srubami, pokretlami oraz rowkami i odplywem oleju. Jest tez wersja "trumienka - grill" gdzie pod czescia do lezenia jest miejsce na gorace drewno a cialo, oblozone okladami z ziol (poza glowa i stopami) przykryte jest wiekiem. Oprocz tego w sali zabiegow znajduje sie masa palnikow gazowych, na ktorych w rondelkach podgrzewa sie oleje, przez co cala ta sekcja jeszcze bardziej wyglada jak cyganski oboz. Moja kuracja polegala tylko na polewaniu prawej stopy i okolic olejem ktory pachnial jak zupa warzywna albo mocno przyprawiony rosol. Zastanawialo mnie nieco niebezpieczne skwierczenie z rondla ale jako ze panie zabiegowe wsadzaly do niego palce - moze znaczylo to ze nie jest taki goracy jakby sie moglo wydawac? Albo one po prostu sa przyzwyczajone. Cialo (albo jego fragmenty) polewa sie coraz to cieplejszym olejem masujac, zeby przyzwyczaic do temperatury - ale gorace jednak jest - zwlaszcza ze olej trzyma cieplo. Niektiorym polewaja kolana, niektorym kregoslupy. Nieraz stosuje sie takie jakby obrecze ktore wygladaja jak z surowego ciasta ktore umieszcza sie punktowo na kragoslupie, oczach itp i do niech wlewa sie olej ktory pozstaje tam przez jakis czas. Oprocz tego wszpitalu przyjmuje sie porody, leczy parkinsona, wczesne stadium raka oraz wszystkie inne schorzenia takze przy pomocu calosciowego odtruwania organizmu, ktore polecane jest wsztystkim a trwa od 7 do 40 dni. Nazywa sie to Panchakarma. Wywoluje sie medyczna biegunke, wymioty, czysci sie zatoki, ale sa tez i masaze, i inne zabiegi dodatkowo majace wspomoc calosciowe odtrucie organizmu, do tego lekkostrawna dieta i duzo roznych dziwnych sokow (a to z buraka, a to z granatow). Do tego lewatywa, wlewanie ziol do nosa i inne atrakcje;) ale naprawde pomaga:)
Przy tym odrobina ziol ktore lykalam kilka razy dziennie, czy polewanie nogi to pikus. Bylam w pokoju 3 osobowym razem z mloda dziennikarka z Punjabu (ktora leczyla kregoslup) i emerytowana pania nauczycielka matematyki z Gujaratu - Manjula. Towarzystwo bardzo przyjemne, dziewczyna oczywiscie swietnie mowila po angielsku a pani nauczycielka slabo ale jakos sie dogadywalysmy. Oprocz tego w pokoju na przeciwko byly jeszcze dwie panie Lotyszki , ktore byly w klinice na 30 dni na pelen program, okropnie to meczace i nudne wiec chcialy na koniec zobaczyc jeszcze jakas plaze. A ja jako ze w koncu nie spotkalam sie z moja Niemka postanowilam je przygarnac i jeszcze raz pojechac na Goa albo do Gokarny (plaza w poblizu Goa ale juz nie Goa) Lekarze wklinice (z ktorych co najmniej polowa to kobiety) w wiekszosci bardzo przyjemni i zaangazowani w swoja prace. Moj pan doktor Giri wyglada bardzo krzepko, z kucykiem, bardzo ciemna skora, szpara miedzy zebami i oczywiscie nieodlacznym dla Hindusow wasem. Przy tym sprawia wrazenie moze nie grubego co bardzo nabitego. Codziennie cwiczy, a jego hobby to poludniowo indyjska sztuka walki o wdziecznej nazwie Yuyutsuhu. Brzmi jak Jujitsu? No wlasnie - a wiec tak naprawde Jujitsu wywodzi sie z Indii a potem powedrowalo do Tybetu i Chin i w Azje no i nazwa sie przeksztalcila.
W miedzyczasie mojego tam pobytu wypadlo swieto holi - w bardzo wielkim skrocie to powitanie wiosny, dzien w czasie ktorego mozna sie trzymac z chlopcami za reke, pic piwo palic marihuane (policja przymyka oczy) chociaz te elementy sa akurat niekonieczne. Natomiast koniecznym elelementem jest polewanie sie i wcieranie w innnych na ulicy (gdzie zazwyczaj sa tlumy) kolorowych farb. Wyglada to troche jak nasz smigus dyngus. Ale wszyscy na twarzach i ubraniach pomazani sa na rozne kolory. Wrzawy jest co nie miara smiechy i gonitwa. Jako ze przy klinice jest i koledz dla studentow medycyny, i szkola i internat to z okien moglysmy obserwowac co tam sie nie dzialo i nawet udalo mi sie zrobic kilka zdjec. Z kliniki wyszlam wypoczeta i wyspana ale na kleik ryzowy i wogole ryz to chyba chwilke nie bede mogla patrzec.

sobota, 12 marca 2011

Miesiac w indiach

Mam juz troche kryzys. Nie mowiac o zwichnietej nodze. Troche nie mam planu, troche nie jestem pewna na ile jeszcze starczy mi pieniedzy. Dlatego zalogowalam sie na tydzien do ashramu gdzie niestety pobyt obcokrajowca jest drogocenny. Ale za to: a) jest internet b) jest czysta posciel, reczniki, przytulny pokoj, czysta lazienka, papier toaletowy c) brak spalin d) nikt nie usiluje niczego ciagle sprzedawac (chociaz sa podreczne sklepiki w ktorych kupic mozna wszystko od zdjec guru, po majtki i slodycze wlacznie). e) jest sala spotkan ktora wyglada jak lukrowany bialo rozowy tort - ale nieszkodzi guru jest dobrym czlowiekiem, buduje szkoly dla biednych dzieci wiec skoro lubi spotkania w lukrowanym torcie to niech bedzie. Pozatym jest tutaj dla bialych dosyc drogo, wiec posiedze sobie tydzien. Nasyce sie semi luksusem oraz 5 cio dniowa medytacja bez uzycia komorki oraz internetu, czytania ksiazek oraz nalepek na srodkach czyszczacych w ubikacji. Bede komunikowac sie tylko ze soba. Po czym mam nadzieje z radoscia wroce do podrozowania, nie wiem jak to jest ale spotykam w drodze ludzi ktorzy podrozuja juz od kilku lat, i jakos po drodze znajduja mozliwosci zarobienia - hm moze ja po prostu podrozuje za krotko:) 2,5 miesiaca w sumie (jeszcze 5 tygodni) w Indiach potem 2 tygodnie tajlandia tydzien laos i moze indonezja lub znow tajlandia? I turcja? No nic jakos to bedzie. Podobno im bardziej sie ktos martwi o pieniadze tym mniej sie one go trzymaja. Jeden wrozbita powiedzial mi ze ta podroz zmieni moje zycie, i pozwoli mi znalezc pieniadze, oraz ze powiedzie mi sie gdy wejde w interesy z przyjaciolmi (co polskie przyslowia odradzaja) , oraz jesli bede nosic ktory bedzie dotykal mojej skory (jako pierscionek lub- przyniesie mi powodzenie finansowe. Czekam zatem na laskawych darczyncow:)) Pytanie brzmi: kto mi kupi rubin?

A teraz zestawienia
top 10(niekoniecznie w takiej kolejnosci):
1. Swieze ananasy i melony dojrzale na sloncu
2. kolorowo przystrojone swiatynie
3. Zobaczyc Taj Mahal
4. pyszne ryby na goa
5. sielskie Puszkar
6. prowadzenie rykszy w indiach po lewej stronie i pod gorke
7. przechadzka wsrod plantacji kawy na wzgorzach
8. spotykanie innych podroznikow (choc wydaje mi sie ze mi i tak ciezko poznac ludzi - moze jestem zdziczala)
9. ananasy
10. poznawanie dziwnych ludzi i ich historii zycia



top dziwactwa:

1. hinduskie kapliczki wygladaja jak nagrobki przy drodze
2. nie wiem jakim cudem udaje im sie tutaj budowac po pierwsze wszyscy uzywaja drewnianych drabin i rusztowan ( najczesciej z bambusa), po drugie ziemie i cement nabiera sie kilofo-lopatami recznie do sredniej wielkosci misek i przenosi recznie, podczas kiedy koparka spokojnie stoi sobie obok.
3. kiwanie glowa na boki na tak, nie oraz nie wiem
4. wskazywanie zlej drogi jako wyraz grzecznosci
5. recznie malowana tabliczka SYSTEM FAILURE wystawiona na okienku informacji kolejowej
6. plakat linux academy przyklejony na rozpadajacym sie wychodku
7.krowy, swinie i psy zjadajace smieci i srajace gdzie popadnie, przy czym krowie placki wykorzystuje sie jako opal i jako budulec lepianek itp.
8. specjalna zapadka w autobusie na drzwiach kiedy do autobusu mieszczacego 50 osob wchodzi 90 osob zamyka sie ja zeby ludzie nie wypadli
9. Zalatwianie potrzeb obok toalety w pociagu - w przypadku toalety w stylu zachodniej ( drzwi na przeciwko zawsze jest toaleta Indian style)
10. nigdy nikt nie pomoze kobiecie mocujacej sie z ciezarami/ tobolami chyba ze jest biala i o to poprosi a najlepiej zaplaci
11. kolekcjonowanie nazw krajow przyjezdnych ( i tak nikt nie wie gdzie jest Holand, a Poland to juz na pewno).


PS. Brakuje wpisu o gorach w ktorych skrecilam noge ale on pojawi sie pozniej. Na razie 2 tygodnie w ashramie wiec bedzie tylko jeden wpis podsumowujacy.

piątek, 11 marca 2011

Trekkingowo

Jakze trudno mi ida ostatnimy czasy wpisy. Dodatkowo do moich trudnosci przyczyniaja sie trudnosci obiektywne- brak internetu albo odciecia pradu i kiedy juz mi sie wydaje ze cos nie cos bylo napisane i zachowane to jednak znika gdzies w czelusciach. Michael z ktorym podrozuje ma teorie ze wszystkie przypadkowo skasowane i utracone teksty maja swoj zbiornik gdzies we wszechswiecie i potem z tamtad niczym z czelusci jakowejs sacza sie z powrotem do naszej rzeczywistosci ale juz w zmienionej postaci. Wracajac do naszej malej wycieczki w zielone pagorki Kodagu - nazywane tez Ghatami Zachodnimi (mowie pagorki bo co prawda wysokosc okolo 1100 m npm ale i otaczajace je miasteczka znajduja sie na wysokosci 600-700 m npm tak wiec nie mozna tu mowic o jakiejs wspinaczce, raczej jesli wezmiemy pod uwage gestosc roslinosci to "przedzieraczka".
Porzuciwszy bagaze w agencji turystycznej spotkalismy sie z naszym przewodnikiem i jak wyniklo potem z rozmowy naszym gospodarzem na dzisiejszy wieczor. Chennapa wyglada niezwykle mlodo na swoj wiek - bardzo wielu hindusow wyglada na conajmniej 10 lat starszych niz sa w rzeczywistosci. Tymczasem ten 48 letni mezczyzna o smiejacych sie oczach wyglada na zaledwie 34-36. Swoja "kariere" przewodnika rozpoczal 5 lat temu, nie znajac wtedy jeszcze ani slowa po angielsku. Na poczatku oprowadzal po zielonych gorach i plantacjach Kodagu hindusow, a z czasem od turystow poduczyl sie angielskiego i to calkiem niezle. Sam tez ma mala plantacje kawy (3ha i bez niewolnikow)- odziedziczona po ojcu, na ktorej stoi jego niewielki domek w ktorym mieszka wraz z zona i dwojka uroczych dzieci. W miasteczku Madikeri wsiedlismy do lokalnego autobusu pelnego mlodych, uroczych dziewczat w mundurkach na oko w wieku od 16 do 19 lat. wyglada na to ze w stanie Karnataka edukacja jest na dosc dobrym poziomie - no i stawia sie takze na masowe posylanie kobiet do szkoly.
Wysiedlismy 10 kilometrow dalej przy akompaniamencie przerazliwego gwizdu konduktora, ktory w calych Indiach jest znakiem dla kierowcy ze ma sie zatrzymac badz jechac dalej. Przy wiejskiej drodze obok malej swiatyni Ganesha (bostwa z glowa slonia), zastrzymalismy sie w sklepo-gospodzie aby napic sie filizanke czaju. Pierwszy raz udalo nam sie zamowic tradycyna herbate masala z mlekiem ale bez cukru. Przy okazji nauczylam sie podstaw jezyka Kannada (glownego jezyka stanu karnataka). Audi - tak, ila -nie, undu -1, eredu -2, muru 3. Dziekuje podobnie jak w Hindi danyauad. Dla porownania Hindi: Ha -tak, Nei- nie , un-1, do-2, tin-3. Dziekuje: jak wyzej. Konkan (jezyk goa) oi- tak, na - nie (naka - nie chce, bardzo przydatne:))). Z ciekawostek dotyczacych Hindi, mimo ze uzywane powszechnie cyfry nazwami arabskimi to wywodza sie one wlasnie z Hindi, wygladaja tak:
0
1
2
3
4
5
6
7
8
9
१०10
Nasza wycieczka jak juz wspominalam miala trwac dwa dni, a podczas niej mielismy pokonac okolo 22 km. Ruszylismy piekna zielona sciezka wsrod kolorowych drzew i kwiatow. Moglismy z bliska podziwiac kwiaty, hibiskusa, dziki tyton, palmy Toddy,oraz ciekawy owoc jackfruit. Nasz przewodnik wykazal sie niezwykla elokwencja, znal nazwy roslin i cierpliwie tlumaczyl nam do czego sa uzywane, jak kwitna - tym bardziej godne podziwu ze jak juz wspominalam angielskiego uczyl sie sam. wspinaczka nie byla bardzo trudna technicznie, ale przedzieralismy sie przez pola i plantacje ktore to na pierwszy rzut oka moga wydawac sie niezwykle chaotyczne. Jest bowiem tak ze jedne rosliny daja cien drugim, a inne np jako pnacza -czyli rozne odmiany pieprzu potrzebuja wsparcia :). Wiec poletka plantacyjne, na ktorych rosnie kawa, banany, ananasy wygladaja miejscami jak niezly miszmasz albo przypadkowa mieszanka krzakow. Panuje tez odrobine chlodniejsza temperatura a wzrok cieszy ogolna wszechobecnosc zieleni, tak kontrastowa dla np zoltej ziemi Rajasthanu czy czerwonej ziemi reszty Indii ktore dominuja w krajobrazie. Jakos nie wiem czemu wydawalo mi sie ze ananasy rosna na drzewie albo na krzaku, tymczasem ananas rosnie prawie na ziemi na takim gniezdzie z lisci, cos jak kapusta tylko ksztalt lisci taki jak u ananasa a a na dole jest jakby maly zielony pieniek. Rozne kolory pieprzu to podobnie jak w przypadku oliwek zielonych i czarnych, zebranie go gdy jest bardziej lub mniej dojrzaly. Kawa pojawila sie w Indiach jakies 300 lat temu, jej odmiany to robusta o bardziej gorzkim smaku, i wiekszych roslinach, oraz arabica o smaku bardziej lagodnym i mniejszych roslinach. Generalnie rosliny moga dawac owoce juz po 3latach a czasem szybciej. W miedzyczasie na jednej z plantacji byl postoj na lunch, przygotowane przez 2 przedsiebiorcze kobiety z ktorych jedna miala chyba ze 100 lat. Domowe curry z bialej tykwy oraz marynowane na ciemno kawalki prosiaka byly niezwykle interesujace. Potem pozostalo tylko dopelnic butelki przegotowana woda, wrzucic do niej tabletki z jodem i na koniec troch eimbiru i cutryny zeby zabic szpitalny smak wody. Na koniec dnia przemierzalismy ryzowe pola podziwiajac kwitnace raz na 4 lat bambusy ( co za szczescie ze akurat teraz to wypadlo).Natknelismy sie tez na jednego weza (niesmialego) oraz wspaniale wielkie kolorowe motyle oraz swojskie koguty. Pod wieczor zaczelismy kolejna wspinaczke tym razem juz pomiedzy kolejnymi plantacjami kawy polozonymi na dosc stromym wzgorzu, po drodze witali nas sasiedzi Chennapy, a jego domek znajduje sie prawie na szczycie wzgorza. W progu zona i dzieci powitaly nas szklanka domowej lemoniady. Dzieci Kritik i Jasmita usmiechniete od ucha do ucha mowia bardzo dobrze po angielsku . Od razu obskoczyly Michaela ktory z braku wifi i tak wyciagnal swoj tablet i zaczal uzupelniac zapiski z podrozy. Juz po chwili okazalo sie ze choc dzieciaki nie maja na codzien dostepu do komputera swietnie radza sobie z tabletem. A jako ze jak to czesto bywa w indiach (zwlaszcza na prowincji) wylaczyli prad, reszta wieczoru uplynela nam na grze we wsciekle ptaki. Potem byla pyszna kolacja przyrzadzona przez zone Chenappy po ciemku ( ale chyba ma wprawe), No i prysznic czyli specjalna komorka z otworami odplywowymi oraz paleniskiem do nagrzewania wody ktora mozna sie do woli polewac. Jeszcze tylko kilka instrukcji jak w nocy odganiac psy pilnujace domu patykiem w drodze do toalety i mozna spac. Niestety nasze stroje tej nocy nie nalezaly ani do przewiewnych ani do seksownych. Komary mimo zapewnien gospodarza ze nigdy ich tam nie bylo w tym pokoju gdziesmy spali widocznie polasily sie na delikatne biale mieso, w zwiazku z czym spalismy ubrani od stop do glow w skarpetki i dresy a glowy i twarze zawiniete w chusty. Nie wiele pomoglo ale chociaz troche, zeby nie denerwowac sie bzyczeniem wlozylismy zatyczki do uszu. Nastepnego poranka my szykowalismy sie w dalsza droge - do wodospadow, a dzieci do szkoly najpierw 1 km pod gorke do glownej drogi, potem ryksza do szkolnego autobusu. Spotkalismy sie jeszcze z 2 ka niemcow i ruszylismy ku wodospadom, dl auatrakcyjnienia trasy nie goscincami lecz mini korytami wyschnietych strumieni. Ja jako prawdziwy tyursta od poczatku mialam buty trekinggowe, niestety noga od miesiaca przyzwyczajona do sandalkow, mimo skarpet i plastrow zaczela bolesnie obcierac, drugiego dnia bylop gorzej ale jakos szlam do przodu, lepiej by bylo jakbym zostala w sandalach bo tez maja dobra podeszwe. No i niestety poniewaz stawialam nogi tak zeby nie urazic pecherzy na stromym podejsciu, mimo cholewy noga przegiela mi sie na bok w obie strony. No i mam skrecona. Poki co nie puchnie ale lada chwila patrzec jak zacznie. Na szczescie w plecaku mialam bandaz elastyczny, wiec usztywnilam a potem juz bylo po plaskim i jakos dotelepalam sie do konca.