W dalszym ciagu brakuje jeszcze jednego odcinka( a moze 2) opowiesci ale juz niebawem, niebawem. Tymczasem przegladam sobie moj zeszycik z notatkami i blog i patrze na wpisy o Rumunii, Turcji a nawet Delhi - i wydaje mi sie ze to bylo jakies wieki temu. Wczoraj poznalam Guru - bardzo przelotnie, ale dostalam blogoslawienstwo, mam nadzieje ze udzieli mi sie jego zadowolenie i chec przekazywania szczescia oraz spokoj dla wszystkich. Tymczasem w reku mam juz kolejny bilet do Varkali, podobno nie ma biletow powrotnych - ale wszystko jak zwykle okaze sie 2 dni przed odjazdem - wtedy uruchamiane sa tzw. pule typu "emergency", no i dochodza jeszcze rezerwy dla turystow. Tutaj lato zaczyna sie na dobre, wraz z feriami szkolnymi i nieznosnym skwarem pomiedzy 12 a 3. Ale ja juz od 6 kwietnia znowu bede podrozowac na polnoc, potem na wschod tak zeby okolo 26 kwietnia znalezc sie w Kalkucie. A teraz opowiesc o tym jak to czlowiek uzalezniony jest od narzedzi komunikacyjnych. W trakcie mojego pobytu w klinice moj indyjski telefon przestal dzialac. Powod: nie odebralam telefonu weryfikacyjnego, zeby potwierdzic dane. No coz nawet jesli odebralam to trudno mi bylo zrozumiec hindi a na sugestie ze moze English dalej slyszalam hindi. W koncu moja wspolpokojowka ze szpitalnego pokoju (zeby nie bylo prywatnego 3 osobowego) zadzwonila ze swojego telefonu i wytlumaczyla sytuacje ze numer kupiony byl w delhi, ze trzeba ponowic rozmowe weryfikacyjna, ze jestesmy w szpitalu w Bangalore i nie nie mozemy isc do tego punktu sprzedazy i wyslac dokumentow ponownie i poprosila zeby oddzwonili do mnie i w dodatku po Angielsku. Obiecali to zrobic w ciagu 24 godzin.
Dlaczego zadzwonila ona a nie ja: po pierwsze moje polaczenia wychodzace byly zablokowane, po drugie po swojskim "for English press 1" i potem kolejne opcje ktore skladaly sie wylacznie z nagranych wiadomosci o promocjach, 3g, internecie itp byla tylko jedna opcja (zakup nowe minuty) po ktorej wogole byla opcja zeby odezwal sie zywy czlowiek. Najczescie na pytanie Do you speak English odpowiadal tak po czym kontynuowal w Hindi. Dziwna to w sumie rzecz bo wiekszosc edukacji od poziomu szkoly sredniej odbywa sie po angielsku, a studia juz calkowicie. No ale centrala byla teoretycznie w Delhi a w praktyce mogla sie znajdiowac gdziekolwiek. Dodam tylko ze im bardziej na poludnie tym lepiej z angielskim. Po 24 godzinach ani sladu telefony weryfikacyjnego, probowalam dodzwonic sie do customer care z telefonu szpitalnego ale jako ze czesto prad wysiada a telefon jest radiowy to sie jakos nie udalo. Komorki jak na zlosc tez nikt nie mial pozyczyc bo albo rozladowane albo no balance, czyli pustki na koncie. W koncu po 50 godzinach przyszla nowa pacjentka (poprzednia znajoma juz zostala wypuszczona) i okazalo sie ze ma telefon i w dodatku on dziala i moge zadzwonic. Udalo sie ustalic ze dokonaja weryfikacji po 24 godzinach (ktos w koncu mowil po angielsku) ale ja juz nie wytrzymalam, bo rozumiem ze pojecie IST czyli indian standard time oznacza ze moze byc obsuwa kilkugodzinna a kwadrans oznacza 2 godziny ale ile mozna! Wobec tego pan polaczyl sie z kierownikiem i ustalil ze telefon wlacza za godzine. Malo tego okazalo sie ze dzialal juz po 15 minutach. Bylam wiec zadowolona ze nastepnego dnia doladuje tylko karte a znajomej z Lotwy pomoge kupic nowa karte.
Ogolna obsesja na punkcie dokumentow obowiazuje wszedzie, wypelnia sie tysiace ksiag, z kalka, ogromnych segregatorow, w hotelach, kafejkach internetowych, kasach kolejowych, wszedzie imie nazwisko, jeden dokument, drugi dokument, zdjecie, podpis, adres. Ciekawe kiedy Indyjska policja zawita na Kinowa. Staram sie ten adres podawac oglednie, a zamiast paszportu daje kserokopie i tlumacze ze paszport w hotelu, ambasadzie etc. Kiedy wyladowalam w Delhi dziwne mi sie wydawalo ze tyle formalnosci, fotografia, paszport, kopia, ale w sumie numer zalatwilam w 10 minut nawet bez kopii wizy. U nas kupuje sie karte w kiosku i czesc a tutaj tyle szczegolow. Ale to nic. Po wyjsciu ze szpitala, przygarnawszy ze soba jedna pania Lotyszke, ktora rowniez bezskutecznie od 2 tygodni usilowala kupic karte pre-paid zeby nie placic setek dolarow za smsy i polaczenia, wyposazone w dokumenty i fotografie ruszylysmy na podboj komorkowego swiata. Przy okazji jeszcze zalapalysmy sie na shuttle bus do ashramu wiec moglam przynajmniej porzucic plecak przy bramie. W miedzyczasie okazalo sie ze moj telefon ktory rano jeszcze dzialal zostal odlaczony we wszytkich kierunkach. Trudno powiedzialam sobie i zdecydowalam ze kupie nowy numer. Gotowe na wszystko wzielysmy autoryksze do pobliskiego sklepiku ktory okazal sie zamkniety, i mial otworzyc sie o 17 a byla jakas 13 30. Kierowca zaproponowal ze nas zabierze do innego sklepu w ponliskim wiejsko miejskim skupisku (bo wszystko to dzialo sie na przedmiesciach Bangalore), oczywiscie za slona cene, troche udalo nam sie stargowac, w tym sklepiku jednak pan w hindi i po angielsku wytlumaczyl nam ze paszport i fotografia nie wystarcza, polski dowod ani prawo jazdy tez. Najlepiej isc na policje, tam potwierdza dokument, i dopiero z takim potwierdzeniem od nich mozna ewentualnie cos zdzialac. Ewentualnie ktos z ashramu moze dla nas kupic karte na siebie. Chcial nie chcial wrocilysmy do ashramu, bo byla szansa ze moze tam znajdzie sie taki ktos. Okazalo sie ze w kuchni pracuje chlopak ktory zaltwia wszystkim karty, no wiec znowu dreptando przez pol ashramu ( a jest to ogromna instytucja) do kuchni zeby zorientowac sie czy ten czlowiek jest i czy faktycznie cos moze pomoc. Niestety akurat byl 3 dni na zwolnieniu i pan swamiji (czyli taki ich miniswiety-zakonnik) poinformowal nas ze trzeba probowac w sklepiku ktory jest zamkniety a otwieraja o 17 bo tam pan wlasciciel jest powiazany z ashramem wiec moze bedzie bardziej obeznany z tematyka zalatwiania kart pre paid dla obcokrajowcow. Jako ze byla godzina 16 a wiadomo ze w indiach jesli sklep ma byc otwarty o 17 to moze rownie dobrze sie otworzyc o 17 30 a nawet i osiemnastej, poszlysmy sobie do ashramowej kafejki internetowej, calkiem dobrze wyposazonej (sa nawet kabiny telefoniczne i xero). Po przejrzeniu szczegolow podrozy ktora mamy odbyc razem w polowie kwietniaa ponownie ruszylysmy do sklepiku (ryksza). Bylysmy tam ok 17 10 i o dziwo juz bylo otwarte. Pan owszem bardzo kompetenty i w ogole no ale chcial drugi dokument i jakos udalo sie moj dowod wcisnac. Ale ale zeby nie bylo tak latwo trzeba bylo wykonac kopie (bo on kopiarki nie mial) wiec abarot w ryksze i do piekarni zrobic kopie dokumetow (oczywiscie okazalo sie ze kolo piekarni jest kolejny sklepikz komorkami i wczesniejszy rykszarz celowo nas wywiozl daleko). Ale skoro juz poszlysmy do zaufanego pana, to znowoz dobrze niech beda te kopie, a ze przed piekarnia panowie hindusi pili herbatke to i sie nie spieszylo nikomu zeby te kopie zrobic. Po 15 minutach udalo sie, znowu dawaj w ryksze 500 m dalej do sklepiku pana hindusa zaufanego. Mozna to poznac po tym ze w ashramie wszyscy witaja sie i zegnaja swoiskim JaiGuruDev (cos miedzy niech bedzie pochwalony, niech zyje obywatel general, przyszlo mi na mysl takze HeilHitler ale to troche drastyczne porownanie i zupelnie nie adekwatne, JaiGuruDev uzywa sie tez zamiast "excuse me" oraz dziekuje jak rowniez i "chwala bogu" czyli bardzo sie ciesze i "przyjemnie mi poznac". Takwiec pan sprzedawca telefonow (jai guru dev) , wyjal fromularze, zaczal wczytywac sie w nasze dane a nastepnie jal przepisywac adresy na sposob lokalny, wypisujac "country, dwukropek, nazwa, town, house, apartment itp. Troche to wiec trwalo do tego jeszcze formularze do wypelnienia , podpisy w trzech miejscach , ktorych nie mogl znalezc, podpis na fotografii, adres email, numer telefonu w polsce. Na prawde czekalam az mnie spyta o numer buta albo obwod czaszki. W miedzyczasie do sklepiku wpadali inni klienci zeby doladowac swoje telefony, a to na 20 a to na 50 rupii , kazdy z innej korporacji. A pan sprzeawca musial jeszcze nasze numery aktywowac, doladowac karty. Trwalo to mniej wiecej do godziny 19 30. A ze szpitala wyruszylysmy o 13, dobrze ze w miedzyczasie zdazylam sie zarejestrowac i odstawic bagaz bo potem to juz bylam fajktycznie wykonczona, a moja znajoma miala jeszcze 5 km wrocic ryksza do szpitala z poirytowanym kierowca ktory caly ten czas czekal. Wrocilam do ashramu gdzie po godzinie okazalo sie ze telefon nie dziala i/lub nie ma zasiegu. Zlapalam gdzies kolo spizarki z kapusta jedna kreske i zadzwonilam do pana sprzedawcy ktory jak gdyby nic oznajmil ze brakuje jeszcze podpisow i czy moge wrocic do sklepu ew. podjechac nastepnego dnia. A nastepnego dnia zaczynal sie moj kurs, grafik byl wypelniony caly dzien a w dodatku obowiazywalo nas milczenie. Udalo mi sie jednak ustalic ze pan bedzie na kolacji w ashramie i naklonic go do przyniesienia formularzy. Jai GuruDEv! Nastepnego dnia telefon nie dzialal, ale lotewska znajoma byla w ashramie i wybierala sie do pana hindusa telefonicznego wiec miala mu moje zazalenie przekazac. W miedzyczasie (w czwartek) rozpoczal sie moj kurs, i telefon byl albo bez zasiegu albo nie moglam odebrac i wlasnie wtedy kolejny operator postanowil zasypac mnie polaczeniami weryfikacyjnymi. W poniedzialek juz po kursie dostalam sms ze moje dokumenty nie zostaly zweryfikowane, wiec tym razem wyposazona w kopie dokumehtow i upewniwszy sie ze pan jest w sklepiku poszlam wyslac dane kolejny raz. Moze i moglabym zadzwonic do centrum obslugi klienta ale tam akurat wszystkie opcje byly w jezyku Kannada i nijak nic sie nie dalo nacisnac zeby ktos sie zglosil. Na miejscu okazalo sie ze potrzebne jest kolejne zdjecie, ja oczywiscie nie wzielam, ale obok pan ma zaklad fotograficzny skladajacy sie z jednego malego aparatu cyfrowego, zaslonki, krzeselka bialego przescieradla, komputera oraz expresowej drukarki i w 5 piec minut (IST -indian standart time) moze wykonac mi 8 zdjec za 60 rupii (chociaz chcial 80 ale udalo mi sie go przekonac ze ja wiem ze to tyle nie kosztuje). No coz dla lokalnych 50 rupii, zdjecia takie sobie, ale byly po 15 minutach. Pan hindus telefoniczny znowu rozpoczal cala procedure z podpisami przepisywaniem adresow etc. Po czym i tak dzisiaj ( sroda) dostalam smsa ze dokumenty trzeba wyslac kolejny raz. Zadzwonilam do niego i mowi ze powinno byc ok, ze on wszystko wyslal, no ale zobaczymy:) w razie czego mam jeszcze 7 zdjec i dwie zapasowe kopie dokumentow, ale moze powinnam zrobic wiecej bo nigdy nie wiadomo kiedy znow trzeba bedzie przejsc przez ten teatr. W takim wypadku chyba juz podaruje sobie komunikacje:) Tymczasem zyje pociagiem do Varkali, 14 h wiec moze byc ciekawie, no ale w drodze na polnoc czeka mnie 40 godzin:) czas chyba skonczyc moje ksiazki i przestac je taszczyc....
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz