Jakze trudno mi ida ostatnimy czasy wpisy. Dodatkowo do moich trudnosci przyczyniaja sie trudnosci obiektywne- brak internetu albo odciecia pradu i kiedy juz mi sie wydaje ze cos nie cos bylo napisane i zachowane to jednak znika gdzies w czelusciach. Michael z ktorym podrozuje ma teorie ze wszystkie przypadkowo skasowane i utracone teksty maja swoj zbiornik gdzies we wszechswiecie i potem z tamtad niczym z czelusci jakowejs sacza sie z powrotem do naszej rzeczywistosci ale juz w zmienionej postaci. Wracajac do naszej malej wycieczki w zielone pagorki Kodagu - nazywane tez Ghatami Zachodnimi (mowie pagorki bo co prawda wysokosc okolo 1100 m npm ale i otaczajace je miasteczka znajduja sie na wysokosci 600-700 m npm tak wiec nie mozna tu mowic o jakiejs wspinaczce, raczej jesli wezmiemy pod uwage gestosc roslinosci to "przedzieraczka".
Porzuciwszy bagaze w agencji turystycznej spotkalismy sie z naszym przewodnikiem i jak wyniklo potem z rozmowy naszym gospodarzem na dzisiejszy wieczor. Chennapa wyglada niezwykle mlodo na swoj wiek - bardzo wielu hindusow wyglada na conajmniej 10 lat starszych niz sa w rzeczywistosci. Tymczasem ten 48 letni mezczyzna o smiejacych sie oczach wyglada na zaledwie 34-36. Swoja "kariere" przewodnika rozpoczal 5 lat temu, nie znajac wtedy jeszcze ani slowa po angielsku. Na poczatku oprowadzal po zielonych gorach i plantacjach Kodagu hindusow, a z czasem od turystow poduczyl sie angielskiego i to calkiem niezle. Sam tez ma mala plantacje kawy (3ha i bez niewolnikow)- odziedziczona po ojcu, na ktorej stoi jego niewielki domek w ktorym mieszka wraz z zona i dwojka uroczych dzieci. W miasteczku Madikeri wsiedlismy do lokalnego autobusu pelnego mlodych, uroczych dziewczat w mundurkach na oko w wieku od 16 do 19 lat. wyglada na to ze w stanie Karnataka edukacja jest na dosc dobrym poziomie - no i stawia sie takze na masowe posylanie kobiet do szkoly.
Wysiedlismy 10 kilometrow dalej przy akompaniamencie przerazliwego gwizdu konduktora, ktory w calych Indiach jest znakiem dla kierowcy ze ma sie zatrzymac badz jechac dalej. Przy wiejskiej drodze obok malej swiatyni Ganesha (bostwa z glowa slonia), zastrzymalismy sie w sklepo-gospodzie aby napic sie filizanke czaju. Pierwszy raz udalo nam sie zamowic tradycyna herbate masala z mlekiem ale bez cukru. Przy okazji nauczylam sie podstaw jezyka Kannada (glownego jezyka stanu karnataka). Audi - tak, ila -nie, undu -1, eredu -2, muru 3. Dziekuje podobnie jak w Hindi danyauad. Dla porownania Hindi: Ha -tak, Nei- nie , un-1, do-2, tin-3. Dziekuje: jak wyzej. Konkan (jezyk goa) oi- tak, na - nie (naka - nie chce, bardzo przydatne:))). Z ciekawostek dotyczacych Hindi, mimo ze uzywane powszechnie cyfry nazwami arabskimi to wywodza sie one wlasnie z Hindi, wygladaja tak:
Nasza wycieczka jak juz wspominalam miala trwac dwa dni, a podczas niej mielismy pokonac okolo 22 km. Ruszylismy piekna zielona sciezka wsrod kolorowych drzew i kwiatow. Moglismy z bliska podziwiac kwiaty, hibiskusa, dziki tyton, palmy Toddy,oraz ciekawy owoc jackfruit. Nasz przewodnik wykazal sie niezwykla elokwencja, znal nazwy roslin i cierpliwie tlumaczyl nam do czego sa uzywane, jak kwitna - tym bardziej godne podziwu ze jak juz wspominalam angielskiego uczyl sie sam. wspinaczka nie byla bardzo trudna technicznie, ale przedzieralismy sie przez pola i plantacje ktore to na pierwszy rzut oka moga wydawac sie niezwykle chaotyczne. Jest bowiem tak ze jedne rosliny daja cien drugim, a inne np jako pnacza -czyli rozne odmiany pieprzu potrzebuja wsparcia :). Wiec poletka plantacyjne, na ktorych rosnie kawa, banany, ananasy wygladaja miejscami jak niezly miszmasz albo przypadkowa mieszanka krzakow. Panuje tez odrobine chlodniejsza temperatura a wzrok cieszy ogolna wszechobecnosc zieleni, tak kontrastowa dla np zoltej ziemi Rajasthanu czy czerwonej ziemi reszty Indii ktore dominuja w krajobrazie. Jakos nie wiem czemu wydawalo mi sie ze ananasy rosna na drzewie albo na krzaku, tymczasem ananas rosnie prawie na ziemi na takim gniezdzie z lisci, cos jak kapusta tylko ksztalt lisci taki jak u ananasa a a na dole jest jakby maly zielony pieniek. Rozne kolory pieprzu to podobnie jak w przypadku oliwek zielonych i czarnych, zebranie go gdy jest bardziej lub mniej dojrzaly. Kawa pojawila sie w Indiach jakies 300 lat temu, jej odmiany to robusta o bardziej gorzkim smaku, i wiekszych roslinach, oraz arabica o smaku bardziej lagodnym i mniejszych roslinach. Generalnie rosliny moga dawac owoce juz po 3latach a czasem szybciej. W miedzyczasie na jednej z plantacji byl postoj na lunch, przygotowane przez 2 przedsiebiorcze kobiety z ktorych jedna miala chyba ze 100 lat. Domowe curry z bialej tykwy oraz marynowane na ciemno kawalki prosiaka byly niezwykle interesujace. Potem pozostalo tylko dopelnic butelki przegotowana woda, wrzucic do niej tabletki z jodem i na koniec troch eimbiru i cutryny zeby zabic szpitalny smak wody. Na koniec dnia przemierzalismy ryzowe pola podziwiajac kwitnace raz na 4 lat bambusy ( co za szczescie ze akurat teraz to wypadlo).Natknelismy sie tez na jednego weza (niesmialego) oraz wspaniale wielkie kolorowe motyle oraz swojskie koguty. Pod wieczor zaczelismy kolejna wspinaczke tym razem juz pomiedzy kolejnymi plantacjami kawy polozonymi na dosc stromym wzgorzu, po drodze witali nas sasiedzi Chennapy, a jego domek znajduje sie prawie na szczycie wzgorza. W progu zona i dzieci powitaly nas szklanka domowej lemoniady. Dzieci Kritik i Jasmita usmiechniete od ucha do ucha mowia bardzo dobrze po angielsku . Od razu obskoczyly Michaela ktory z braku wifi i tak wyciagnal swoj tablet i zaczal uzupelniac zapiski z podrozy. Juz po chwili okazalo sie ze choc dzieciaki nie maja na codzien dostepu do komputera swietnie radza sobie z tabletem. A jako ze jak to czesto bywa w indiach (zwlaszcza na prowincji) wylaczyli prad, reszta wieczoru uplynela nam na grze we wsciekle ptaki. Potem byla pyszna kolacja przyrzadzona przez zone Chenappy po ciemku ( ale chyba ma wprawe), No i prysznic czyli specjalna komorka z otworami odplywowymi oraz paleniskiem do nagrzewania wody ktora mozna sie do woli polewac. Jeszcze tylko kilka instrukcji jak w nocy odganiac psy pilnujace domu patykiem w drodze do toalety i mozna spac. Niestety nasze stroje tej nocy nie nalezaly ani do przewiewnych ani do seksownych. Komary mimo zapewnien gospodarza ze nigdy ich tam nie bylo w tym pokoju gdziesmy spali widocznie polasily sie na delikatne biale mieso, w zwiazku z czym spalismy ubrani od stop do glow w skarpetki i dresy a glowy i twarze zawiniete w chusty. Nie wiele pomoglo ale chociaz troche, zeby nie denerwowac sie bzyczeniem wlozylismy zatyczki do uszu. Nastepnego poranka my szykowalismy sie w dalsza droge - do wodospadow, a dzieci do szkoly najpierw 1 km pod gorke do glownej drogi, potem ryksza do szkolnego autobusu. Spotkalismy sie jeszcze z 2 ka niemcow i ruszylismy ku wodospadom, dl auatrakcyjnienia trasy nie goscincami lecz mini korytami wyschnietych strumieni. Ja jako prawdziwy tyursta od poczatku mialam buty trekinggowe, niestety noga od miesiaca przyzwyczajona do sandalkow, mimo skarpet i plastrow zaczela bolesnie obcierac, drugiego dnia bylop gorzej ale jakos szlam do przodu, lepiej by bylo jakbym zostala w sandalach bo tez maja dobra podeszwe. No i niestety poniewaz stawialam nogi tak zeby nie urazic pecherzy na stromym podejsciu, mimo cholewy noga przegiela mi sie na bok w obie strony. No i mam skrecona. Poki co nie puchnie ale lada chwila patrzec jak zacznie. Na szczescie w plecaku mialam bandaz elastyczny, wiec usztywnilam a potem juz bylo po plaskim i jakos dotelepalam sie do konca.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz