środa, 9 marca 2011

Droga do Kodagu

Z niechecia rozstalam sie z plazowym zyciem na Goa, ale doszlam do wniosku ze i tak pewnie za 2 dni mi sie znudzi, a na plazowanie jeszcze bedzie czas, chociazby i w Tajlandii, jesli nie wczesniej w indiach. Tak wiec o 15 wyruszylismy na stacje. Oficjalnie oglaszam toalete na stacji Cancona w polizu Palolem - najczystsza publiczna toaleta w Indiach, a moze i wogole najczystsza toaleta w Indiach. Jeszcze na dworcu spotkalismy kilkoro niemcow, izraelczyka oraz pania azerke mieszkajaca w moskwie. Wszyscy poznawalismy sie po kolei i opowiadalismy sobie gdzie to kto nie byl. Dziewczyny z Niemiec uczyly angielskiego w wiejskiej szkole przez trzy miesiace przy czym skutek byl taki ze one nauczyly sie wiecej hindi i jezykow regionalnych niz uczniowie angielskiego. Wiekszosc z nich jechala do oddalonej o 1,5 godz Gokarny, jednego z kultowych plazowych miejsc w Indiach - tutaj znajduje sie tzw. OM beach, gdzie moze uderzajac w skaly spiewa "om". My jednak parlismy dalej do Mangalore - jako jedni z nielicznych kolejnych 5 godzin od Gokarny. Jechalo sie jednak bardzo przyjemnie bo wzdluz wybrzeza, licznych ujsc rzek i wsrod pieknej zieleni. Po drodze posililsmy sie masala dosa z sosem masala (wygladajacym slicznie jak rzygi niemowlecia ale dosc smacznym) o konsystencji lejacej sie, zapakowanym w woreczek foliowy. Michael bardzo malowniczo upackal sie tymze sosem czym wzbudzil smiech jadacego z nami pana hindusa na oko wygladajacego na lat ok 42. Po chwili rozmowy lamanym angielskim i migami pan powiedzial nam ze ma lat 32 i zajmuje sie importem i produkcja plecakow sportowych (ktore nie sa jednak tak popularne wsrod podroznych, kroluja raczej walizki opatulone roznistymi futeralami - ciekawe wiec jak ze zbytem). W koncu po 7 godzinach dotarlismy do mangalore. Tutaj piekny stylowy Ambasador za 50 rupii zawiozl nas do podobno w miare przyzwoitego w standardzie hotelu. No coz byla ciepla woda i jeden recznik. Internetu brak co jak zwykle utrudnilo kontakt z Michaelem:) Komary tez byly takie same, ogolnie nic specjalnego, poza tym ze drzwi zamykane byly na normalny zamek. Nasze okno patrzylo na jakis obdrapany szary kolos mianujacy sie biurowcem, Na gorze restauracja z panorama na ponure dachy miasta. Dobrze ze rano ruszamy dalej, choc juz po drodze pasazerowie informuja nas ze droga do Madikeri nie istnieje i trzeba robic jakies objazdy, a juz na pewno nie dojedziemy w 3 godziny. Nastepnego dnia ruszylismy na przystanek autobusowy, gdzie wszystkie tabliczki na wiacie oraz na podjezdzajacych autobusach byly w pieknym jezyku Kannada ktory wyglada jak precle polaczone ze soba. Po chwili zrezygnowalismy ze strategii podlatywania do kazdego autobusu ze znakiem zapytania w oczach i krzyczenia :"madikeri", gdyz udalo mi sie w tlumie wylowic pana w zoltej koszuli ktory na przystanku ewidentnie zawiadywal ruchem na tymze przystanku i po krotkim komunikacie z mojej strony "Madikeri, ju tell when?" pan zakiwal glowa niczym kon na biegunach widziany z profilu i mozna stwierdzic ze sie dogadalismy. Autobus podjechal po chwili a my zadowoleni usiedlismy z tylu na miekkich duzych siedzeniach. Po drodze wsiadlo jeszcze kilka osob miedzy innymi pan z urzadzeniem do ostrzenia nozy ktore wygladalo jak pol roweru na stojaku, pan z dwojka sympatycznych dzieci i palma w doniczce oraz pan hindus niebieskooki. Droga robila sie coraz wezsza az w koncu faktycznie zanikla i jechalismy tylko po ubitej ziemi, wyboje byly tak niesamowite ze 2 razy wyladowalam na kolanach u M. a raz na podlodze wyskoczywszy przy tym z sandalow. Dobrze ze nie bylo duzego ruchu bo chyba wyprzedzic nie bylo by jak. Dojechalismy do jakiegos miasteczka i wszyscy zaczeli wysiadac, ale jako ze mowili ze to nie Madikeri to my siedzielismy dalej choc 3 godziny jazdy juz minely. Jednak okazalo sie ze ten autobus dalej nie pojedzie i trzeba sie przesiasc do mniejszego. Droga konczyla sie murem z napisem Road Closed i wyrabana dziura. Tych samych wiec 57 osob przesiadlo sie do autobusu 25 osobowego i z mozolem ruszylismy pod gore, dopiero tutaj przekonalismy sie jeszcze bardziej co to znaczy ze drogi nie ma, bo w zasadzie a to ryja, a to piach a to zakret z ubitym szutrem. No ale widoki piekne, zapachy kwitnace a na zboczach pelno wszelakich plantacji skladajacych sie z roznych palm, owocow i kawy. Po dojechaniu na miejsce poszlismy do agencji turystycznej zareerwowac trekking i znalezc hotel. Wszystkiego sie dowiedzielismy i ruszylismy na zwiad w miasteczku. Od razu bylo czuc ze atmosfera jest tu luzniejsza niz na polnocy indii, w miasteczku duzo bylo muzulmanow w zwiazku z czym cala jedna czesc pelna byla ubojni halal oraz domkow z zielona flaga z ksiezycem i gwiazda. Co dziwne w autobusie nie bylo wszedobylskich wallach sprzedajacych jedzeni i napoje, na ulicach sprzedawcy nie nagabywali do kupna, a takze nie gapili sie na bialych. Zwiedzilismy dwie swiatynie z ktorych jedna liczy sobie 800 lat i wyglada jak maly baraczek z wielka kopula rzezb. Akurat bylo tam kilkoro wiernych tak wiec i my zalapalismy sie na wziecie do serca swietego ognia, polewanie lingama (czyli kamiennego penisa) oraz prasadam poswiecone jedzenie ktore takze rozdaje sie wiernym, zazwyczaj sa to slodycze albo jakis taki rodzaj salatki z ziaren. No i byl bonus - mnisi dali sie sfotografowac w swiatyni co zazwyczaj jest rzadkoscia. Wychodzac ze swiatyni natknelismy sie na zenska lige krykieta - dziewczynki z zapalem podbilaly pilke i zdobywaly punkty. MOze wiec jest szansa ze ten kraj w praktyce dorosnie do jako takiego rownouprawnienia czy tez praktycznego poszanowania dla kobiet. Jako ze Kodagu - czyli region w ktorym bylismy slynie z roznych upraw, miasteczko pelne jest tez sklepow ze swiezymi przyprawami, wanilia, kawa, orzechami miodem - tanio i wonnie:). Po drodze na kolacje udalismy sie tez do lokalnego fryzjera - bardzo ciekawe doswiadczenie - nawet nie wiele zepsul i w miare wiedzial o co chodzi. Tutaj oczywiscie bylo cale pomieszczenie z kilkoma fotelami gdzie odbywalo sie golenie brzytwa oraz strzyzenie, podczas gdy w mniejszych miejscowosciach jest to zazwyczaj jeden fotel wystawiany bezposrednio na ulicy albo pod niewielkim zadaszeniem. Na kolacje - masala dosa - rodzaj ogromnego nalesnika nadziewanego ziemniakami z przyprawami oraz dwoma sosami do maczania - podawana w barze ktory specjalizuje sie wylacznie w dosach. Tak pokrzepieni udalismy sie do pokoju zeby sie przepakowac bo na dwa dni mielismy porzucic nasze bagaze i spedzic noc u naszego przewodnika a plecaki zostawic w agencji turystycznej. Teraz pozostalo sie juz tylko wyspac i czekac na wrazenia dnia nastepnego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz