poniedziałek, 28 marca 2011

Jak to z telefonem bylo...


W dalszym ciagu brakuje jeszcze jednego odcinka( a moze 2) opowiesci ale juz niebawem, niebawem. Tymczasem przegladam sobie moj zeszycik z notatkami i blog i patrze na wpisy o Rumunii, Turcji a nawet Delhi - i wydaje mi sie ze to bylo jakies wieki temu. Wczoraj poznalam Guru - bardzo przelotnie, ale dostalam blogoslawienstwo, mam nadzieje ze udzieli mi sie jego zadowolenie i chec przekazywania szczescia oraz spokoj dla wszystkich. Tymczasem w reku mam juz kolejny bilet do Varkali, podobno nie ma biletow powrotnych - ale wszystko jak zwykle okaze sie 2 dni przed odjazdem - wtedy uruchamiane sa tzw. pule typu "emergency", no i dochodza jeszcze rezerwy dla turystow. Tutaj lato zaczyna sie na dobre, wraz z feriami szkolnymi i nieznosnym skwarem pomiedzy 12 a 3. Ale ja juz od 6 kwietnia znowu bede podrozowac na polnoc, potem na wschod tak zeby okolo 26 kwietnia znalezc sie w Kalkucie. A teraz opowiesc o tym jak to czlowiek uzalezniony jest od narzedzi komunikacyjnych. W trakcie mojego pobytu w klinice moj indyjski telefon przestal dzialac. Powod: nie odebralam telefonu weryfikacyjnego, zeby potwierdzic dane. No coz nawet jesli odebralam to trudno mi bylo zrozumiec hindi a na sugestie ze moze English dalej slyszalam hindi. W koncu moja wspolpokojowka ze szpitalnego pokoju (zeby nie bylo prywatnego 3 osobowego) zadzwonila ze swojego telefonu i wytlumaczyla sytuacje ze numer kupiony byl w delhi, ze trzeba ponowic rozmowe weryfikacyjna, ze jestesmy w szpitalu w Bangalore i nie nie mozemy isc do tego punktu sprzedazy i wyslac dokumentow ponownie i poprosila zeby oddzwonili do mnie i w dodatku po Angielsku. Obiecali to zrobic w ciagu 24 godzin.
Dlaczego zadzwonila ona a nie ja: po pierwsze moje polaczenia wychodzace byly zablokowane, po drugie po swojskim "for English press 1" i potem kolejne opcje ktore skladaly sie wylacznie z nagranych wiadomosci o promocjach, 3g, internecie itp byla tylko jedna opcja (zakup nowe minuty) po ktorej wogole byla opcja zeby odezwal sie zywy czlowiek. Najczescie na pytanie Do you speak English odpowiadal tak po czym kontynuowal w Hindi. Dziwna to w sumie rzecz bo wiekszosc edukacji od poziomu szkoly sredniej odbywa sie po angielsku, a studia juz calkowicie. No ale centrala byla teoretycznie w Delhi a w praktyce mogla sie znajdiowac gdziekolwiek. Dodam tylko ze im bardziej na poludnie tym lepiej z angielskim. Po 24 godzinach ani sladu telefony weryfikacyjnego, probowalam dodzwonic sie do customer care z telefonu szpitalnego ale jako ze czesto prad wysiada a telefon jest radiowy to sie jakos nie udalo. Komorki jak na zlosc tez nikt nie mial pozyczyc bo albo rozladowane albo no balance, czyli pustki na koncie. W koncu po 50 godzinach przyszla nowa pacjentka (poprzednia znajoma juz zostala wypuszczona) i okazalo sie ze ma telefon i w dodatku on dziala i moge zadzwonic. Udalo sie ustalic ze dokonaja weryfikacji po 24 godzinach (ktos w koncu mowil po angielsku) ale ja juz nie wytrzymalam, bo rozumiem ze pojecie IST czyli indian standard time oznacza ze moze byc obsuwa kilkugodzinna a kwadrans oznacza 2 godziny ale ile mozna! Wobec tego pan polaczyl sie z kierownikiem i ustalil ze telefon wlacza za godzine. Malo tego okazalo sie ze dzialal juz po 15 minutach. Bylam wiec zadowolona ze nastepnego dnia doladuje tylko karte a znajomej z Lotwy pomoge kupic nowa karte.
Ogolna obsesja na punkcie dokumentow obowiazuje wszedzie, wypelnia sie tysiace ksiag, z kalka, ogromnych segregatorow, w hotelach, kafejkach internetowych, kasach kolejowych, wszedzie imie nazwisko, jeden dokument, drugi dokument, zdjecie, podpis, adres. Ciekawe kiedy Indyjska policja zawita na Kinowa. Staram sie ten adres podawac oglednie, a zamiast paszportu daje kserokopie i tlumacze ze paszport w hotelu, ambasadzie etc. Kiedy wyladowalam w Delhi dziwne mi sie wydawalo ze tyle formalnosci, fotografia, paszport, kopia, ale w sumie numer zalatwilam w 10 minut nawet bez kopii wizy. U nas kupuje sie karte w kiosku i czesc a tutaj tyle szczegolow. Ale to nic. Po wyjsciu ze szpitala, przygarnawszy ze soba jedna pania Lotyszke, ktora rowniez bezskutecznie od 2 tygodni usilowala kupic karte pre-paid zeby nie placic setek dolarow za smsy i polaczenia, wyposazone w dokumenty i fotografie ruszylysmy na podboj komorkowego swiata. Przy okazji jeszcze zalapalysmy sie na shuttle bus do ashramu wiec moglam przynajmniej porzucic plecak przy bramie. W miedzyczasie okazalo sie ze moj telefon ktory rano jeszcze dzialal zostal odlaczony we wszytkich kierunkach. Trudno powiedzialam sobie i zdecydowalam ze kupie nowy numer. Gotowe na wszystko wzielysmy autoryksze do pobliskiego sklepiku ktory okazal sie zamkniety, i mial otworzyc sie o 17 a byla jakas 13 30. Kierowca zaproponowal ze nas zabierze do innego sklepu w ponliskim wiejsko miejskim skupisku (bo wszystko to dzialo sie na przedmiesciach Bangalore), oczywiscie za slona cene, troche udalo nam sie stargowac, w tym sklepiku jednak pan w hindi i po angielsku wytlumaczyl nam ze paszport i fotografia nie wystarcza, polski dowod ani prawo jazdy tez. Najlepiej isc na policje, tam potwierdza dokument, i dopiero z takim potwierdzeniem od nich mozna ewentualnie cos zdzialac. Ewentualnie ktos z ashramu moze dla nas kupic karte na siebie. Chcial nie chcial wrocilysmy do ashramu, bo byla szansa ze moze tam znajdzie sie taki ktos. Okazalo sie ze w kuchni pracuje chlopak ktory zaltwia wszystkim karty, no wiec znowu dreptando przez pol ashramu ( a jest to ogromna instytucja) do kuchni zeby zorientowac sie czy ten czlowiek jest i czy faktycznie cos moze pomoc. Niestety akurat byl 3 dni na zwolnieniu i pan swamiji (czyli taki ich miniswiety-zakonnik) poinformowal nas ze trzeba probowac w sklepiku ktory jest zamkniety a otwieraja o 17 bo tam pan wlasciciel jest powiazany z ashramem wiec moze bedzie bardziej obeznany z tematyka zalatwiania kart pre paid dla obcokrajowcow. Jako ze byla godzina 16 a wiadomo ze w indiach jesli sklep ma byc otwarty o 17 to moze rownie dobrze sie otworzyc o 17 30 a nawet i osiemnastej, poszlysmy sobie do ashramowej kafejki internetowej, calkiem dobrze wyposazonej (sa nawet kabiny telefoniczne i xero). Po przejrzeniu szczegolow podrozy ktora mamy odbyc razem w polowie kwietniaa ponownie ruszylysmy do sklepiku (ryksza). Bylysmy tam ok 17 10 i o dziwo juz bylo otwarte. Pan owszem bardzo kompetenty i w ogole no ale chcial drugi dokument i jakos udalo sie moj dowod wcisnac. Ale ale zeby nie bylo tak latwo trzeba bylo wykonac kopie (bo on kopiarki nie mial) wiec abarot w ryksze i do piekarni zrobic kopie dokumetow (oczywiscie okazalo sie ze kolo piekarni jest kolejny sklepikz komorkami i wczesniejszy rykszarz celowo nas wywiozl daleko). Ale skoro juz poszlysmy do zaufanego pana, to znowoz dobrze niech beda te kopie, a ze przed piekarnia panowie hindusi pili herbatke to i sie nie spieszylo nikomu zeby te kopie zrobic. Po 15 minutach udalo sie, znowu dawaj w ryksze 500 m dalej do sklepiku pana hindusa zaufanego. Mozna to poznac po tym ze w ashramie wszyscy witaja sie i zegnaja swoiskim JaiGuruDev (cos miedzy niech bedzie pochwalony, niech zyje obywatel general, przyszlo mi na mysl takze HeilHitler ale to troche drastyczne porownanie i zupelnie nie adekwatne, JaiGuruDev uzywa sie tez zamiast "excuse me" oraz dziekuje jak rowniez i "chwala bogu" czyli bardzo sie ciesze i "przyjemnie mi poznac". Takwiec pan sprzedawca telefonow (jai guru dev) , wyjal fromularze, zaczal wczytywac sie w nasze dane a nastepnie jal przepisywac adresy na sposob lokalny, wypisujac "country, dwukropek, nazwa, town, house, apartment itp. Troche to wiec trwalo do tego jeszcze formularze do wypelnienia , podpisy w trzech miejscach , ktorych nie mogl znalezc, podpis na fotografii, adres email, numer telefonu w polsce. Na prawde czekalam az mnie spyta o numer buta albo obwod czaszki. W miedzyczasie do sklepiku wpadali inni klienci zeby doladowac swoje telefony, a to na 20 a to na 50 rupii , kazdy z innej korporacji. A pan sprzeawca musial jeszcze nasze numery aktywowac, doladowac karty. Trwalo to mniej wiecej do godziny 19 30. A ze szpitala wyruszylysmy o 13, dobrze ze w miedzyczasie zdazylam sie zarejestrowac i odstawic bagaz bo potem to juz bylam fajktycznie wykonczona, a moja znajoma miala jeszcze 5 km wrocic ryksza do szpitala z poirytowanym kierowca ktory caly ten czas czekal. Wrocilam do ashramu gdzie po godzinie okazalo sie ze telefon nie dziala i/lub nie ma zasiegu. Zlapalam gdzies kolo spizarki z kapusta jedna kreske i zadzwonilam do pana sprzedawcy ktory jak gdyby nic oznajmil ze brakuje jeszcze podpisow i czy moge wrocic do sklepu ew. podjechac nastepnego dnia. A nastepnego dnia zaczynal sie moj kurs, grafik byl wypelniony caly dzien a w dodatku obowiazywalo nas milczenie. Udalo mi sie jednak ustalic ze pan bedzie na kolacji w ashramie i naklonic go do przyniesienia formularzy. Jai GuruDEv! Nastepnego dnia telefon nie dzialal, ale lotewska znajoma byla w ashramie i wybierala sie do pana hindusa telefonicznego wiec miala mu moje zazalenie przekazac. W miedzyczasie (w czwartek) rozpoczal sie moj kurs, i telefon byl albo bez zasiegu albo nie moglam odebrac i wlasnie wtedy kolejny operator postanowil zasypac mnie polaczeniami weryfikacyjnymi. W poniedzialek juz po kursie dostalam sms ze moje dokumenty nie zostaly zweryfikowane, wiec tym razem wyposazona w kopie dokumehtow i upewniwszy sie ze pan jest w sklepiku poszlam wyslac dane kolejny raz. Moze i moglabym zadzwonic do centrum obslugi klienta ale tam akurat wszystkie opcje byly w jezyku Kannada i nijak nic sie nie dalo nacisnac zeby ktos sie zglosil. Na miejscu okazalo sie ze potrzebne jest kolejne zdjecie, ja oczywiscie nie wzielam, ale obok pan ma zaklad fotograficzny skladajacy sie z jednego malego aparatu cyfrowego, zaslonki, krzeselka bialego przescieradla, komputera oraz expresowej drukarki i w 5 piec minut (IST -indian standart time) moze wykonac mi 8 zdjec za 60 rupii (chociaz chcial 80 ale udalo mi sie go przekonac ze ja wiem ze to tyle nie kosztuje). No coz dla lokalnych 50 rupii, zdjecia takie sobie, ale byly po 15 minutach. Pan hindus telefoniczny znowu rozpoczal cala procedure z podpisami przepisywaniem adresow etc. Po czym i tak dzisiaj ( sroda) dostalam smsa ze dokumenty trzeba wyslac kolejny raz. Zadzwonilam do niego i mowi ze powinno byc ok, ze on wszystko wyslal, no ale zobaczymy:) w razie czego mam jeszcze 7 zdjec i dwie zapasowe kopie dokumentow, ale moze powinnam zrobic wiecej bo nigdy nie wiadomo kiedy znow trzeba bedzie przejsc przez ten teatr. W takim wypadku chyba juz podaruje sobie komunikacje:) Tymczasem zyje pociagiem do Varkali, 14 h wiec moze byc ciekawie, no ale w drodze na polnoc czeka mnie 40 godzin:) czas chyba skonczyc moje ksiazki i przestac je taszczyc....

Ashram

Nie ma co ukrywac. Ashram nie bardzo mi sie spodobal, mysle ze troche dla tego ze jest bardzo duzy i kazdy troche sobie rzepke skrobie (doslownie, bo jest tez warta w kuchni gdzie sie skrobie kalarepki - bardzo uspokajajace). Napisawszy to jednak musze powiedziec ze jesli nie sam ashram to ludzie ktorzy tu sa maja w sobie dziwna energie. Moze to prawda co niektorzy mowia ze z jakim nastawieniem podejdziesz to otrzymasz od rzeczywistosci. Jesli zalozysz ze cos bedzie problemem to bedzie, jesli nie poprosisz nikt ci nie pomoze. Dlatego nie moge sie zdecydowac czy lubie to miejsce. Na pewno kurs ktory tu zrobilam w jakis sposob mnie rozwinal, nie zaszkodzilo tez cwiczenie jogi bez jednej nogi (bo ciagle jeszcze kuruje swe kopyto). Przy okazji poznalam kilka miejscowych osob, mialam tez okazje porozmawiac z mlodymi kobietami o sytuacji kobiet w Indiach. A wszystko to mimo faktu ze przez 3 dni nie wolno nam bylo powiedziec ani slowa, mielismy wylaczone komorki i dostep do internetu. Dzisiaj postanowilam ze po ponad 2 tygodniach pobytu w ashramie i ashramowej klinice w koncu sie zapakuje i pojade gdzies. Albo na stacje i tam kupie bilet albo kupie bilet na kolejny dzien i zostane u znajomej w Bangalore a w miedzyczasie choc zobacze to miasto. Ale najpierw czekala mnie operacja "paczka do polski". Skoro juz o trekkingu nie ma mowy, a zimowa kurtka mi po nic, lepiej jak pozbede sie balastu. Bylo nie bylo okazalo sie ze paczka wazy 8 kg chociaz sa w niej prawie same ubrania i jedna para butow. Nie wiem wobec tego jak moj plecak mogl wazyc 12 kg na lotnisku w turcji. W indiach co prawda kupilam 2 pary spodni i 2 bluzki, ale jedne spodnie juz sie podarly, poza tym wyrzucilam duzo ciezsze spodnie z Polski (pozdrowienia dla Magdy - to kolejny ciuch od niej ktory objechal swiat). Przyznaje ze kupilam kadzidla z krowiego gnoju (nie powiem pachna bardzo ladnie) i pala sie nie porownywalnie lepiej od tych kupionych w Polsce. Ale mimo wszystko to moze dodatkowe 0,5 kg. Dalej zostala mi ksiazka Lonely Planet (mysle ze spokojnie 1kg), aparat no i ksiazka o buddyzmie ktora koncze. Poczta znajduje sie na drugim koncu ashramu przy szosie, wyslanie paczki trwalo zaledwie 45 minut. Co przy probie kupienia numeru pre paid do telefonu komorkowego ktora trwala 6 godzin i dalej nie wiadomo czy telefon dziala wydaje sie zaledwie nanosekunda. Cale szczescie juz wczoraj w punkcie medycznym udalo mi sie zdobyc karton po orzechach (wygnieciony ale za to pojemny), kiedy jednak oblecialam pol ashramu (a teren to nie maly, miesczcza sie tu dwie szkoly, sale wykladowe, sale medytacji, stolowka, bloki mieszkalne, jezioro, dwie kliniki - jest to takie miasto w miescie, a w zasadzie pod miastem) w poszukiwaniu tasmy klejacej odpowiednio szerokiej, nozyczek oraz markera juz bylam troche zmeczona. Od kilku dni codziennie wstaje o 5 rano, zeby troche pocwiczyc joge i oddechy, a w poludnie robi sie goraco. Chcial nie chcial wreszcie po 10 paczka byla zapakowana i udalo mi sie zlapac podwozke na poczte, gdzie pani kazala wszystko rozpakowac (bo musi zobaczyc czy aby w srodku nie siedzi pakistanski terorysta) a nikt w promieniu kilometra nie ma tasmy klejacej, jest za to 2 ochroniarzy i hasajace malpy ktore tasme klejaca jadly moze kilka dni temu. Po za tym pani nie podobalo sie pudelko, bo nie wypakowane po brzegi a sfatygowane wiec sie zapada, no ale coz przeciez nie urodze. Pokazujac coraz to napotkanym osobom zabandazowana noge ruszylam w pielgrzymke w poszukiwaniu tasmy. Za 3 razem sie udalo mimo ze poczta miesci sie w starej czesci ashramu gdzie wiekszosc biur nie dziala, albo zostalo przeniesione. W koncu udalo sie znalezc tasme, a pani nawet wiedziala ze jest taki kraj jak Polska. Deklaracja celna chyba pochodzila z 19 wieku bo bylo na niej napisane Great Britain i Grande Bretaigne, i musialam sie przyznac ze wysylam matce smierdzace buty. Inaczej jak nic by oclili. Na poczcie okien brak tylko kratki, i biednie jakos, ale komputery z internetem sa, kasa biletow kolejowych jest, a paczka dostaje kod kreskowy i tracking number ktory to mozna sprawdzic w internecie badz telefonicznie w razie gdyby paczka nie dotarla w ciagu trzech tygodni. Pozyjemy zobaczymy.
Chcialam zostac moze jeszcze 2 dni ale pobyt tutaj jest jednak drogi (25 usd dla obcokrajowcow - wszystko idzie na szczytne cele ale nie zawsze czlowiek chce lub ma...) wiec ktos zaproponowal ze moze moge popracowac 2 dni w zamian za spanie i jedzenie, co jednak okazalo sie nie takie proste ze wzgledow roznych. Postanowilam wiec duzy plecak podrzucic znajomym w klinice (spedzilam kolejne 45 minut probujac zostawic go w ashramie ale okazalo sie to nie mozliwe), spakowac maly podreczny, (*przy okazji na poczcie dowiedzialam sie ze biletow na dzisiaj brak ale na stacji zawsze mozna sie dowiedziec czy jest rezerwa dla turystow, ew. kupic waiting list, i przy odjezdzie pociagu dowiedziec sie czy jest miejsce czy nie.) i zostac jednak u znajomej. Koniec koncow moje wspolokatorki z Rosji i Litwy uslyszawszy moje watpliwosci stwierdzily ze powinnam zostac i poznac guru osobiscie. W sumie moze to i prawda skoro juz od 15 dni cos mnie tu trzyma, wyjazd stad jakos sie nie klei, trudnosci sie pietrza. Koniec koncow zasponsorowaly mi owe dobre kobiety 2 dni pobytu tutaj zebym mogla poznac zalozyciela zacnego przybytku, wielkim filantropem bedacego (oprocz tego ze jest on przywodca duchowym wielu milonow ludzi). Moze cos w tym jest, choc mama boi sie ze mnie zahipnotyzuje i juz nigdy nie wroce do Polski albo mnie tu zjedza jak mowi kolega Tomasz. Kto chce moze sobie poczytac tutaj: http://en.wikipedia.org/wiki/Ravi_Shankar_%28spiritual_leader%29. Dla wielu ludzi techniki promowane przez niego dzialaja, a tutejsi jogi w wieku 40+ wygladaja na 28 najwyzej. Troche jogi i hiperwentylacji jeszcze nikomu nie zaszkodzilo.
Dzisiaj jest poniedzialek w hindi nazywany dniem Sziwy (to ten niebieski bog), wobec tego o 7 rano odbyla sie specjalna puja (rodzaj modlitwy) i bramini przez godzine i 15 minut spiewali teksty sanskryckie, swiecili, kwiaty ogien oraz rozdawali prasad (swiecone lakocie dla wiernych), calkiem niesamowite, mysle ze w starszej swiatyni robi jeszcze wieksze wrazenie. W trakcie tego ludzie siedza w kolo, i sluchaja, przewaznie z zamknietymi oczami albo medytujac. (moze nawet niektorzy spia-lub pol spia, a dzieci biegaja po sali. Na hinduizm nie mozna nikogo nawrocic, mozne sie tylko urodzic wyznawca lub ewentualnie wzenic (wmezyc). W przeciwienstwie do buddyzmu ktory jest scisle zhierarhizowany i sformalizowany tutaj kazdy jest bogiem i kaplanem, aczkolwiek najwazniejsi sa Pandici i bramini. Mam nadzieje za jakies 2 tygodnie chociaz zobaczyc jesli nie Dalajlame to przynajmniej jego siedzibe. Zobaczymy jak rozwinie sie sytuacja. Powoli rozpoznaje tez niektore literki, i przypominam skrypt hindi czytamy od lewej do prawej. Bangalore znajduje sie w stanie Karnataka - tutaj obowiazujacym jezykiem jest Kannada. Jednak w Ashramie nie czuje sie tego - tutaj dominuja hindi i angielski. Jak sie dowiedzialam w niektorych stanach na poludniu nauka hindi nie jest obowiazkowa (mimo ze jest to jezyk ogolnonarodowy), takze ze wzgledu na odmiennosc etniczna, i niektorzy znaja jedynie jezyk regionalny i angielski. Im bardziej na poludnie tym bardziej zmienia sie tez uroda mieszkancow, niektorzy wygladaja bardzo afrykansko, jedynie wlosy maja mniej krecone, inni maja skosne oczy i wystajace kosci policzkowe -- wygladaja bardziej tajsko czy wschodnio azjatycko. W jedzeniu takze zmiany kroluje ryz i rozne jego odmiany w postaci rozgotowanej papki. Nieuchronie tez wszystkie moje ubrania jak i ja sama pachnne jak rasowy hindus. cdn...

czwartek, 17 marca 2011

Klinika - Szpital

A wiec po 2 dniach pobytu w aszramie, powalilo mnie cos i trzasc zaczelo. A wiec ewidentnie goraczka. Majac cicha nadzieje ze to nie malaria, postanowilam przeczekac jeszcze jeden dzien, bo malo to nieszczesc, i noga zwichnieta i spuchnieta i teraz jeszcze to. Na terenie ashramu znajduje sie jedna luks klinika gdzie konsulktacja kosztuje 500 a zabiegi liczone sa w tysiacach rupii. Zaczelam rozwazac podroz do centrum miasta (ok 30 km) zeby znalezc jakas przychodnie czy lekarza. W miedzyczasie do mojego pokoju zalogowaly sie dwie panie nauczycielki technik jogistycznych zwiazane z ashramem. Od nich dowiedzialam sie ze Guru patronuje tez szpitalowi ajurwedycznemu po drugiej strony szosy, w ktrorym miesci sie tez koledz dla studentow i szkola podstawowa. Ceny przystepne, robia panchakarme, przyjmuja porody i lecza powazne schorzenia. W sam raz jak dla mnie, bo migdaly napuchly mi do wielkosci kurzych jajek, a stawy lamaly mnie niczym atrteretycznego 80 latka. Nie w smak bylo mi jednak pakowanie w siebie antybiotykow, jako ze na noge tez mi zapisali jakis przeciwbolowy silny z ktorym nie do konca bylam pogodzona. Panie byly w tym szpitaliku na panchakarmie czyli calosciowym oczyszczaniu, medycznych wymiotach, lewatywach i mowia ze czuja sie swietnie. Ja im wierze bo wiem skad inand od znajomech co to sie nie mogli doleczyc albo antybiotyki pakowali ze lepiej sie zapakowac do indii i troche sie ayurweda poleczyc. Dobrze sie zlozylo ze lekarz akurat mial przyjsc do nas do pokoju w aszramie wypisac jakies recepty wiec nie musialam w tym stanie sie zastanawiac co i jak. Komenda byla krotka - do szpitala od razu. A wiec jeszcze kwestia przesuniecia kursu - panie wszystko mi pomogly zalatwic i spakowac sie. W szpitalu od razu przytomnie badania krwi na malarie i takie tam - wykluczyli. Do jedzenia tylko kleik ryzowy zeby nie denerwowac organizmu goraczce jakims ciezkostrawnym zarlem. Jeden dzien lezalam patrzac w sufit i w bluzie oraz przykryta puchowym spiworem - po anybiotyku pewnie by zeszlo po 2 godzinach, a tutaj do wieczora sie zeszlo. Nastepnego dnia bylo juz duzo lepiej, a w ciagu dwoch dni postawili mnie calkiem na nogi przy pomocy obrzydliwych jakis suyropow z ziol, soku z imbiru i 2000 roznych tableteczek rowniez z ziol. PO 3 dniach lekarz stwierdzil ze mozna mnie wypisac albo moge zostac i poleczyc noge i opuchniete migdaly pod jego okiem albo sie zalogowac z powrotem do ashramu. Jako ze w ashramie jest drozej, a tutaj mialam mile towarzystwo postanowilam zaczekac na kurs w klinice. (zostalo jeszcze kilka dni po przesunieciu do rozpoczecia nastepnego.). Cuda na kiju wyprawiaja z ta ajurweda. Oczywiscie wszyscy lekarze w szpitalu maja uprawnienia medycyny tradycyjnej, ale w tym szpitalu stosuje sie leczenie zgodne z ajurweda - czyli duzo roznych rozmaitych ziol i oleje, podgrzane mniej lub bardziej. Zabiegi olejowe, czyli masaze, wcieranie, polewanie, nagrzewanie stosuje sie na specjalnych drewnianych lozach ktore troche wygladaja jak lozka tortur, z roznymi srubami, pokretlami oraz rowkami i odplywem oleju. Jest tez wersja "trumienka - grill" gdzie pod czescia do lezenia jest miejsce na gorace drewno a cialo, oblozone okladami z ziol (poza glowa i stopami) przykryte jest wiekiem. Oprocz tego w sali zabiegow znajduje sie masa palnikow gazowych, na ktorych w rondelkach podgrzewa sie oleje, przez co cala ta sekcja jeszcze bardziej wyglada jak cyganski oboz. Moja kuracja polegala tylko na polewaniu prawej stopy i okolic olejem ktory pachnial jak zupa warzywna albo mocno przyprawiony rosol. Zastanawialo mnie nieco niebezpieczne skwierczenie z rondla ale jako ze panie zabiegowe wsadzaly do niego palce - moze znaczylo to ze nie jest taki goracy jakby sie moglo wydawac? Albo one po prostu sa przyzwyczajone. Cialo (albo jego fragmenty) polewa sie coraz to cieplejszym olejem masujac, zeby przyzwyczaic do temperatury - ale gorace jednak jest - zwlaszcza ze olej trzyma cieplo. Niektiorym polewaja kolana, niektorym kregoslupy. Nieraz stosuje sie takie jakby obrecze ktore wygladaja jak z surowego ciasta ktore umieszcza sie punktowo na kragoslupie, oczach itp i do niech wlewa sie olej ktory pozstaje tam przez jakis czas. Oprocz tego wszpitalu przyjmuje sie porody, leczy parkinsona, wczesne stadium raka oraz wszystkie inne schorzenia takze przy pomocu calosciowego odtruwania organizmu, ktore polecane jest wsztystkim a trwa od 7 do 40 dni. Nazywa sie to Panchakarma. Wywoluje sie medyczna biegunke, wymioty, czysci sie zatoki, ale sa tez i masaze, i inne zabiegi dodatkowo majace wspomoc calosciowe odtrucie organizmu, do tego lekkostrawna dieta i duzo roznych dziwnych sokow (a to z buraka, a to z granatow). Do tego lewatywa, wlewanie ziol do nosa i inne atrakcje;) ale naprawde pomaga:)
Przy tym odrobina ziol ktore lykalam kilka razy dziennie, czy polewanie nogi to pikus. Bylam w pokoju 3 osobowym razem z mloda dziennikarka z Punjabu (ktora leczyla kregoslup) i emerytowana pania nauczycielka matematyki z Gujaratu - Manjula. Towarzystwo bardzo przyjemne, dziewczyna oczywiscie swietnie mowila po angielsku a pani nauczycielka slabo ale jakos sie dogadywalysmy. Oprocz tego w pokoju na przeciwko byly jeszcze dwie panie Lotyszki , ktore byly w klinice na 30 dni na pelen program, okropnie to meczace i nudne wiec chcialy na koniec zobaczyc jeszcze jakas plaze. A ja jako ze w koncu nie spotkalam sie z moja Niemka postanowilam je przygarnac i jeszcze raz pojechac na Goa albo do Gokarny (plaza w poblizu Goa ale juz nie Goa) Lekarze wklinice (z ktorych co najmniej polowa to kobiety) w wiekszosci bardzo przyjemni i zaangazowani w swoja prace. Moj pan doktor Giri wyglada bardzo krzepko, z kucykiem, bardzo ciemna skora, szpara miedzy zebami i oczywiscie nieodlacznym dla Hindusow wasem. Przy tym sprawia wrazenie moze nie grubego co bardzo nabitego. Codziennie cwiczy, a jego hobby to poludniowo indyjska sztuka walki o wdziecznej nazwie Yuyutsuhu. Brzmi jak Jujitsu? No wlasnie - a wiec tak naprawde Jujitsu wywodzi sie z Indii a potem powedrowalo do Tybetu i Chin i w Azje no i nazwa sie przeksztalcila.
W miedzyczasie mojego tam pobytu wypadlo swieto holi - w bardzo wielkim skrocie to powitanie wiosny, dzien w czasie ktorego mozna sie trzymac z chlopcami za reke, pic piwo palic marihuane (policja przymyka oczy) chociaz te elementy sa akurat niekonieczne. Natomiast koniecznym elelementem jest polewanie sie i wcieranie w innnych na ulicy (gdzie zazwyczaj sa tlumy) kolorowych farb. Wyglada to troche jak nasz smigus dyngus. Ale wszyscy na twarzach i ubraniach pomazani sa na rozne kolory. Wrzawy jest co nie miara smiechy i gonitwa. Jako ze przy klinice jest i koledz dla studentow medycyny, i szkola i internat to z okien moglysmy obserwowac co tam sie nie dzialo i nawet udalo mi sie zrobic kilka zdjec. Z kliniki wyszlam wypoczeta i wyspana ale na kleik ryzowy i wogole ryz to chyba chwilke nie bede mogla patrzec.

sobota, 12 marca 2011

Miesiac w indiach

Mam juz troche kryzys. Nie mowiac o zwichnietej nodze. Troche nie mam planu, troche nie jestem pewna na ile jeszcze starczy mi pieniedzy. Dlatego zalogowalam sie na tydzien do ashramu gdzie niestety pobyt obcokrajowca jest drogocenny. Ale za to: a) jest internet b) jest czysta posciel, reczniki, przytulny pokoj, czysta lazienka, papier toaletowy c) brak spalin d) nikt nie usiluje niczego ciagle sprzedawac (chociaz sa podreczne sklepiki w ktorych kupic mozna wszystko od zdjec guru, po majtki i slodycze wlacznie). e) jest sala spotkan ktora wyglada jak lukrowany bialo rozowy tort - ale nieszkodzi guru jest dobrym czlowiekiem, buduje szkoly dla biednych dzieci wiec skoro lubi spotkania w lukrowanym torcie to niech bedzie. Pozatym jest tutaj dla bialych dosyc drogo, wiec posiedze sobie tydzien. Nasyce sie semi luksusem oraz 5 cio dniowa medytacja bez uzycia komorki oraz internetu, czytania ksiazek oraz nalepek na srodkach czyszczacych w ubikacji. Bede komunikowac sie tylko ze soba. Po czym mam nadzieje z radoscia wroce do podrozowania, nie wiem jak to jest ale spotykam w drodze ludzi ktorzy podrozuja juz od kilku lat, i jakos po drodze znajduja mozliwosci zarobienia - hm moze ja po prostu podrozuje za krotko:) 2,5 miesiaca w sumie (jeszcze 5 tygodni) w Indiach potem 2 tygodnie tajlandia tydzien laos i moze indonezja lub znow tajlandia? I turcja? No nic jakos to bedzie. Podobno im bardziej sie ktos martwi o pieniadze tym mniej sie one go trzymaja. Jeden wrozbita powiedzial mi ze ta podroz zmieni moje zycie, i pozwoli mi znalezc pieniadze, oraz ze powiedzie mi sie gdy wejde w interesy z przyjaciolmi (co polskie przyslowia odradzaja) , oraz jesli bede nosic ktory bedzie dotykal mojej skory (jako pierscionek lub- przyniesie mi powodzenie finansowe. Czekam zatem na laskawych darczyncow:)) Pytanie brzmi: kto mi kupi rubin?

A teraz zestawienia
top 10(niekoniecznie w takiej kolejnosci):
1. Swieze ananasy i melony dojrzale na sloncu
2. kolorowo przystrojone swiatynie
3. Zobaczyc Taj Mahal
4. pyszne ryby na goa
5. sielskie Puszkar
6. prowadzenie rykszy w indiach po lewej stronie i pod gorke
7. przechadzka wsrod plantacji kawy na wzgorzach
8. spotykanie innych podroznikow (choc wydaje mi sie ze mi i tak ciezko poznac ludzi - moze jestem zdziczala)
9. ananasy
10. poznawanie dziwnych ludzi i ich historii zycia



top dziwactwa:

1. hinduskie kapliczki wygladaja jak nagrobki przy drodze
2. nie wiem jakim cudem udaje im sie tutaj budowac po pierwsze wszyscy uzywaja drewnianych drabin i rusztowan ( najczesciej z bambusa), po drugie ziemie i cement nabiera sie kilofo-lopatami recznie do sredniej wielkosci misek i przenosi recznie, podczas kiedy koparka spokojnie stoi sobie obok.
3. kiwanie glowa na boki na tak, nie oraz nie wiem
4. wskazywanie zlej drogi jako wyraz grzecznosci
5. recznie malowana tabliczka SYSTEM FAILURE wystawiona na okienku informacji kolejowej
6. plakat linux academy przyklejony na rozpadajacym sie wychodku
7.krowy, swinie i psy zjadajace smieci i srajace gdzie popadnie, przy czym krowie placki wykorzystuje sie jako opal i jako budulec lepianek itp.
8. specjalna zapadka w autobusie na drzwiach kiedy do autobusu mieszczacego 50 osob wchodzi 90 osob zamyka sie ja zeby ludzie nie wypadli
9. Zalatwianie potrzeb obok toalety w pociagu - w przypadku toalety w stylu zachodniej ( drzwi na przeciwko zawsze jest toaleta Indian style)
10. nigdy nikt nie pomoze kobiecie mocujacej sie z ciezarami/ tobolami chyba ze jest biala i o to poprosi a najlepiej zaplaci
11. kolekcjonowanie nazw krajow przyjezdnych ( i tak nikt nie wie gdzie jest Holand, a Poland to juz na pewno).


PS. Brakuje wpisu o gorach w ktorych skrecilam noge ale on pojawi sie pozniej. Na razie 2 tygodnie w ashramie wiec bedzie tylko jeden wpis podsumowujacy.

piątek, 11 marca 2011

Trekkingowo

Jakze trudno mi ida ostatnimy czasy wpisy. Dodatkowo do moich trudnosci przyczyniaja sie trudnosci obiektywne- brak internetu albo odciecia pradu i kiedy juz mi sie wydaje ze cos nie cos bylo napisane i zachowane to jednak znika gdzies w czelusciach. Michael z ktorym podrozuje ma teorie ze wszystkie przypadkowo skasowane i utracone teksty maja swoj zbiornik gdzies we wszechswiecie i potem z tamtad niczym z czelusci jakowejs sacza sie z powrotem do naszej rzeczywistosci ale juz w zmienionej postaci. Wracajac do naszej malej wycieczki w zielone pagorki Kodagu - nazywane tez Ghatami Zachodnimi (mowie pagorki bo co prawda wysokosc okolo 1100 m npm ale i otaczajace je miasteczka znajduja sie na wysokosci 600-700 m npm tak wiec nie mozna tu mowic o jakiejs wspinaczce, raczej jesli wezmiemy pod uwage gestosc roslinosci to "przedzieraczka".
Porzuciwszy bagaze w agencji turystycznej spotkalismy sie z naszym przewodnikiem i jak wyniklo potem z rozmowy naszym gospodarzem na dzisiejszy wieczor. Chennapa wyglada niezwykle mlodo na swoj wiek - bardzo wielu hindusow wyglada na conajmniej 10 lat starszych niz sa w rzeczywistosci. Tymczasem ten 48 letni mezczyzna o smiejacych sie oczach wyglada na zaledwie 34-36. Swoja "kariere" przewodnika rozpoczal 5 lat temu, nie znajac wtedy jeszcze ani slowa po angielsku. Na poczatku oprowadzal po zielonych gorach i plantacjach Kodagu hindusow, a z czasem od turystow poduczyl sie angielskiego i to calkiem niezle. Sam tez ma mala plantacje kawy (3ha i bez niewolnikow)- odziedziczona po ojcu, na ktorej stoi jego niewielki domek w ktorym mieszka wraz z zona i dwojka uroczych dzieci. W miasteczku Madikeri wsiedlismy do lokalnego autobusu pelnego mlodych, uroczych dziewczat w mundurkach na oko w wieku od 16 do 19 lat. wyglada na to ze w stanie Karnataka edukacja jest na dosc dobrym poziomie - no i stawia sie takze na masowe posylanie kobiet do szkoly.
Wysiedlismy 10 kilometrow dalej przy akompaniamencie przerazliwego gwizdu konduktora, ktory w calych Indiach jest znakiem dla kierowcy ze ma sie zatrzymac badz jechac dalej. Przy wiejskiej drodze obok malej swiatyni Ganesha (bostwa z glowa slonia), zastrzymalismy sie w sklepo-gospodzie aby napic sie filizanke czaju. Pierwszy raz udalo nam sie zamowic tradycyna herbate masala z mlekiem ale bez cukru. Przy okazji nauczylam sie podstaw jezyka Kannada (glownego jezyka stanu karnataka). Audi - tak, ila -nie, undu -1, eredu -2, muru 3. Dziekuje podobnie jak w Hindi danyauad. Dla porownania Hindi: Ha -tak, Nei- nie , un-1, do-2, tin-3. Dziekuje: jak wyzej. Konkan (jezyk goa) oi- tak, na - nie (naka - nie chce, bardzo przydatne:))). Z ciekawostek dotyczacych Hindi, mimo ze uzywane powszechnie cyfry nazwami arabskimi to wywodza sie one wlasnie z Hindi, wygladaja tak:
0
1
2
3
4
5
6
7
8
9
१०10
Nasza wycieczka jak juz wspominalam miala trwac dwa dni, a podczas niej mielismy pokonac okolo 22 km. Ruszylismy piekna zielona sciezka wsrod kolorowych drzew i kwiatow. Moglismy z bliska podziwiac kwiaty, hibiskusa, dziki tyton, palmy Toddy,oraz ciekawy owoc jackfruit. Nasz przewodnik wykazal sie niezwykla elokwencja, znal nazwy roslin i cierpliwie tlumaczyl nam do czego sa uzywane, jak kwitna - tym bardziej godne podziwu ze jak juz wspominalam angielskiego uczyl sie sam. wspinaczka nie byla bardzo trudna technicznie, ale przedzieralismy sie przez pola i plantacje ktore to na pierwszy rzut oka moga wydawac sie niezwykle chaotyczne. Jest bowiem tak ze jedne rosliny daja cien drugim, a inne np jako pnacza -czyli rozne odmiany pieprzu potrzebuja wsparcia :). Wiec poletka plantacyjne, na ktorych rosnie kawa, banany, ananasy wygladaja miejscami jak niezly miszmasz albo przypadkowa mieszanka krzakow. Panuje tez odrobine chlodniejsza temperatura a wzrok cieszy ogolna wszechobecnosc zieleni, tak kontrastowa dla np zoltej ziemi Rajasthanu czy czerwonej ziemi reszty Indii ktore dominuja w krajobrazie. Jakos nie wiem czemu wydawalo mi sie ze ananasy rosna na drzewie albo na krzaku, tymczasem ananas rosnie prawie na ziemi na takim gniezdzie z lisci, cos jak kapusta tylko ksztalt lisci taki jak u ananasa a a na dole jest jakby maly zielony pieniek. Rozne kolory pieprzu to podobnie jak w przypadku oliwek zielonych i czarnych, zebranie go gdy jest bardziej lub mniej dojrzaly. Kawa pojawila sie w Indiach jakies 300 lat temu, jej odmiany to robusta o bardziej gorzkim smaku, i wiekszych roslinach, oraz arabica o smaku bardziej lagodnym i mniejszych roslinach. Generalnie rosliny moga dawac owoce juz po 3latach a czasem szybciej. W miedzyczasie na jednej z plantacji byl postoj na lunch, przygotowane przez 2 przedsiebiorcze kobiety z ktorych jedna miala chyba ze 100 lat. Domowe curry z bialej tykwy oraz marynowane na ciemno kawalki prosiaka byly niezwykle interesujace. Potem pozostalo tylko dopelnic butelki przegotowana woda, wrzucic do niej tabletki z jodem i na koniec troch eimbiru i cutryny zeby zabic szpitalny smak wody. Na koniec dnia przemierzalismy ryzowe pola podziwiajac kwitnace raz na 4 lat bambusy ( co za szczescie ze akurat teraz to wypadlo).Natknelismy sie tez na jednego weza (niesmialego) oraz wspaniale wielkie kolorowe motyle oraz swojskie koguty. Pod wieczor zaczelismy kolejna wspinaczke tym razem juz pomiedzy kolejnymi plantacjami kawy polozonymi na dosc stromym wzgorzu, po drodze witali nas sasiedzi Chennapy, a jego domek znajduje sie prawie na szczycie wzgorza. W progu zona i dzieci powitaly nas szklanka domowej lemoniady. Dzieci Kritik i Jasmita usmiechniete od ucha do ucha mowia bardzo dobrze po angielsku . Od razu obskoczyly Michaela ktory z braku wifi i tak wyciagnal swoj tablet i zaczal uzupelniac zapiski z podrozy. Juz po chwili okazalo sie ze choc dzieciaki nie maja na codzien dostepu do komputera swietnie radza sobie z tabletem. A jako ze jak to czesto bywa w indiach (zwlaszcza na prowincji) wylaczyli prad, reszta wieczoru uplynela nam na grze we wsciekle ptaki. Potem byla pyszna kolacja przyrzadzona przez zone Chenappy po ciemku ( ale chyba ma wprawe), No i prysznic czyli specjalna komorka z otworami odplywowymi oraz paleniskiem do nagrzewania wody ktora mozna sie do woli polewac. Jeszcze tylko kilka instrukcji jak w nocy odganiac psy pilnujace domu patykiem w drodze do toalety i mozna spac. Niestety nasze stroje tej nocy nie nalezaly ani do przewiewnych ani do seksownych. Komary mimo zapewnien gospodarza ze nigdy ich tam nie bylo w tym pokoju gdziesmy spali widocznie polasily sie na delikatne biale mieso, w zwiazku z czym spalismy ubrani od stop do glow w skarpetki i dresy a glowy i twarze zawiniete w chusty. Nie wiele pomoglo ale chociaz troche, zeby nie denerwowac sie bzyczeniem wlozylismy zatyczki do uszu. Nastepnego poranka my szykowalismy sie w dalsza droge - do wodospadow, a dzieci do szkoly najpierw 1 km pod gorke do glownej drogi, potem ryksza do szkolnego autobusu. Spotkalismy sie jeszcze z 2 ka niemcow i ruszylismy ku wodospadom, dl auatrakcyjnienia trasy nie goscincami lecz mini korytami wyschnietych strumieni. Ja jako prawdziwy tyursta od poczatku mialam buty trekinggowe, niestety noga od miesiaca przyzwyczajona do sandalkow, mimo skarpet i plastrow zaczela bolesnie obcierac, drugiego dnia bylop gorzej ale jakos szlam do przodu, lepiej by bylo jakbym zostala w sandalach bo tez maja dobra podeszwe. No i niestety poniewaz stawialam nogi tak zeby nie urazic pecherzy na stromym podejsciu, mimo cholewy noga przegiela mi sie na bok w obie strony. No i mam skrecona. Poki co nie puchnie ale lada chwila patrzec jak zacznie. Na szczescie w plecaku mialam bandaz elastyczny, wiec usztywnilam a potem juz bylo po plaskim i jakos dotelepalam sie do konca.

środa, 9 marca 2011

Droga do Kodagu

Z niechecia rozstalam sie z plazowym zyciem na Goa, ale doszlam do wniosku ze i tak pewnie za 2 dni mi sie znudzi, a na plazowanie jeszcze bedzie czas, chociazby i w Tajlandii, jesli nie wczesniej w indiach. Tak wiec o 15 wyruszylismy na stacje. Oficjalnie oglaszam toalete na stacji Cancona w polizu Palolem - najczystsza publiczna toaleta w Indiach, a moze i wogole najczystsza toaleta w Indiach. Jeszcze na dworcu spotkalismy kilkoro niemcow, izraelczyka oraz pania azerke mieszkajaca w moskwie. Wszyscy poznawalismy sie po kolei i opowiadalismy sobie gdzie to kto nie byl. Dziewczyny z Niemiec uczyly angielskiego w wiejskiej szkole przez trzy miesiace przy czym skutek byl taki ze one nauczyly sie wiecej hindi i jezykow regionalnych niz uczniowie angielskiego. Wiekszosc z nich jechala do oddalonej o 1,5 godz Gokarny, jednego z kultowych plazowych miejsc w Indiach - tutaj znajduje sie tzw. OM beach, gdzie moze uderzajac w skaly spiewa "om". My jednak parlismy dalej do Mangalore - jako jedni z nielicznych kolejnych 5 godzin od Gokarny. Jechalo sie jednak bardzo przyjemnie bo wzdluz wybrzeza, licznych ujsc rzek i wsrod pieknej zieleni. Po drodze posililsmy sie masala dosa z sosem masala (wygladajacym slicznie jak rzygi niemowlecia ale dosc smacznym) o konsystencji lejacej sie, zapakowanym w woreczek foliowy. Michael bardzo malowniczo upackal sie tymze sosem czym wzbudzil smiech jadacego z nami pana hindusa na oko wygladajacego na lat ok 42. Po chwili rozmowy lamanym angielskim i migami pan powiedzial nam ze ma lat 32 i zajmuje sie importem i produkcja plecakow sportowych (ktore nie sa jednak tak popularne wsrod podroznych, kroluja raczej walizki opatulone roznistymi futeralami - ciekawe wiec jak ze zbytem). W koncu po 7 godzinach dotarlismy do mangalore. Tutaj piekny stylowy Ambasador za 50 rupii zawiozl nas do podobno w miare przyzwoitego w standardzie hotelu. No coz byla ciepla woda i jeden recznik. Internetu brak co jak zwykle utrudnilo kontakt z Michaelem:) Komary tez byly takie same, ogolnie nic specjalnego, poza tym ze drzwi zamykane byly na normalny zamek. Nasze okno patrzylo na jakis obdrapany szary kolos mianujacy sie biurowcem, Na gorze restauracja z panorama na ponure dachy miasta. Dobrze ze rano ruszamy dalej, choc juz po drodze pasazerowie informuja nas ze droga do Madikeri nie istnieje i trzeba robic jakies objazdy, a juz na pewno nie dojedziemy w 3 godziny. Nastepnego dnia ruszylismy na przystanek autobusowy, gdzie wszystkie tabliczki na wiacie oraz na podjezdzajacych autobusach byly w pieknym jezyku Kannada ktory wyglada jak precle polaczone ze soba. Po chwili zrezygnowalismy ze strategii podlatywania do kazdego autobusu ze znakiem zapytania w oczach i krzyczenia :"madikeri", gdyz udalo mi sie w tlumie wylowic pana w zoltej koszuli ktory na przystanku ewidentnie zawiadywal ruchem na tymze przystanku i po krotkim komunikacie z mojej strony "Madikeri, ju tell when?" pan zakiwal glowa niczym kon na biegunach widziany z profilu i mozna stwierdzic ze sie dogadalismy. Autobus podjechal po chwili a my zadowoleni usiedlismy z tylu na miekkich duzych siedzeniach. Po drodze wsiadlo jeszcze kilka osob miedzy innymi pan z urzadzeniem do ostrzenia nozy ktore wygladalo jak pol roweru na stojaku, pan z dwojka sympatycznych dzieci i palma w doniczce oraz pan hindus niebieskooki. Droga robila sie coraz wezsza az w koncu faktycznie zanikla i jechalismy tylko po ubitej ziemi, wyboje byly tak niesamowite ze 2 razy wyladowalam na kolanach u M. a raz na podlodze wyskoczywszy przy tym z sandalow. Dobrze ze nie bylo duzego ruchu bo chyba wyprzedzic nie bylo by jak. Dojechalismy do jakiegos miasteczka i wszyscy zaczeli wysiadac, ale jako ze mowili ze to nie Madikeri to my siedzielismy dalej choc 3 godziny jazdy juz minely. Jednak okazalo sie ze ten autobus dalej nie pojedzie i trzeba sie przesiasc do mniejszego. Droga konczyla sie murem z napisem Road Closed i wyrabana dziura. Tych samych wiec 57 osob przesiadlo sie do autobusu 25 osobowego i z mozolem ruszylismy pod gore, dopiero tutaj przekonalismy sie jeszcze bardziej co to znaczy ze drogi nie ma, bo w zasadzie a to ryja, a to piach a to zakret z ubitym szutrem. No ale widoki piekne, zapachy kwitnace a na zboczach pelno wszelakich plantacji skladajacych sie z roznych palm, owocow i kawy. Po dojechaniu na miejsce poszlismy do agencji turystycznej zareerwowac trekking i znalezc hotel. Wszystkiego sie dowiedzielismy i ruszylismy na zwiad w miasteczku. Od razu bylo czuc ze atmosfera jest tu luzniejsza niz na polnocy indii, w miasteczku duzo bylo muzulmanow w zwiazku z czym cala jedna czesc pelna byla ubojni halal oraz domkow z zielona flaga z ksiezycem i gwiazda. Co dziwne w autobusie nie bylo wszedobylskich wallach sprzedajacych jedzeni i napoje, na ulicach sprzedawcy nie nagabywali do kupna, a takze nie gapili sie na bialych. Zwiedzilismy dwie swiatynie z ktorych jedna liczy sobie 800 lat i wyglada jak maly baraczek z wielka kopula rzezb. Akurat bylo tam kilkoro wiernych tak wiec i my zalapalismy sie na wziecie do serca swietego ognia, polewanie lingama (czyli kamiennego penisa) oraz prasadam poswiecone jedzenie ktore takze rozdaje sie wiernym, zazwyczaj sa to slodycze albo jakis taki rodzaj salatki z ziaren. No i byl bonus - mnisi dali sie sfotografowac w swiatyni co zazwyczaj jest rzadkoscia. Wychodzac ze swiatyni natknelismy sie na zenska lige krykieta - dziewczynki z zapalem podbilaly pilke i zdobywaly punkty. MOze wiec jest szansa ze ten kraj w praktyce dorosnie do jako takiego rownouprawnienia czy tez praktycznego poszanowania dla kobiet. Jako ze Kodagu - czyli region w ktorym bylismy slynie z roznych upraw, miasteczko pelne jest tez sklepow ze swiezymi przyprawami, wanilia, kawa, orzechami miodem - tanio i wonnie:). Po drodze na kolacje udalismy sie tez do lokalnego fryzjera - bardzo ciekawe doswiadczenie - nawet nie wiele zepsul i w miare wiedzial o co chodzi. Tutaj oczywiscie bylo cale pomieszczenie z kilkoma fotelami gdzie odbywalo sie golenie brzytwa oraz strzyzenie, podczas gdy w mniejszych miejscowosciach jest to zazwyczaj jeden fotel wystawiany bezposrednio na ulicy albo pod niewielkim zadaszeniem. Na kolacje - masala dosa - rodzaj ogromnego nalesnika nadziewanego ziemniakami z przyprawami oraz dwoma sosami do maczania - podawana w barze ktory specjalizuje sie wylacznie w dosach. Tak pokrzepieni udalismy sie do pokoju zeby sie przepakowac bo na dwa dni mielismy porzucic nasze bagaze i spedzic noc u naszego przewodnika a plecaki zostawic w agencji turystycznej. Teraz pozostalo sie juz tylko wyspac i czekac na wrazenia dnia nastepnego.

Lenistwo na Goa

Jechalam na Goa z mysla zeby skoczyc do malej wioski w poludniowym Goa, zwanej Palolem, ktora zreszta w Mumbaju zarekomendowaly mi niemieckie kolezanki - zonglerki। Drugim celem bylo zobaczenie karnawalu - jako ze Goa bylo kolonia portugalska obchodzi sie tutaj taki mini karnawal z platformami i przebierancami. M. mial zamiar korzystac z CS a ja dostalam od Niemek namiar do rodziny ktora wynajmowala pokoj za 100 rp. Co nie wydawalo sie jakas wygorowana cena. Spocony po nocy autobus wjechal po malu do Mapusy a pobocza drogi wydawaly sie dziwnie czyste. Chcialam juz jak najszybciej wysiasc mimo ze autobus jechal jeszcze dalej na poludnie ale doszlam do wniosku ze moze kawka lub herbatka i rozprostowanie nog przed dalsza podroza nie bedzie takie zle. Zgubna to byla decyzja gdyz po tym jak dowiedzialam sie ze do Palolem mam jeszcze 3 godziny jazdy autobusem a pociagu nie mam nie chcialo mi sie juz tam jechac wiec przykleilam sie znowu do M. ktory mial miec jakis nocleg w Baga. Pomyslalam sobie ze przynajmniej zobacze moze, moze nawet sie wykapie a potem zdecyduje. W miasteczku jak zwykle ruch ale twarze troche inne, jakies lagodniejsze, kobiety w sari, ale takze i w sukienkach i spodnicach. Szybko znalezlismy autobus ktory w 25 minut przez zielone pola i wystajace wieze kosciolow, oraz male portugalskie wille dowiozl nas na plaze. Coz to byla za radosc po nocy w autobusie wskoczyc do wody a potem zjesc tosta i napic sie zimnego piwa. Przy okazji odechcialo mi sie zupelnie jechac gdziekolwiek zaczelam wiec szukac noclegu. Risercz zaczelam robic w wodzie korzystajac z tego ze zaczepil mnie jakis przystojny mlody hindus (lokalny yuppie), okazalo sie ze jednak jest to kurort i ceny sa dosc wysokie ale mimo wszystko da rade znalezc cos za okolo 500 rp. Pozniej jednak gospodarz M. jakos nie odezwal sie wiec tym razem wzielismy kwatere z Lonely planet za 700 rp na dwie osoby, plus na miejscu mozna bylo wziac skuter, plus praktycznie na plazy ale jednak na uboczu przy rzece, pranie, lodowka, czysciutko zyc nie umierac. Dostapilam wiec zaszczytu bycia wozona na skuterze, miasteczka Baga i Calangute jak nasza Jastrzebia Gora i Wladyslawowo ciagna sie kramami, knajpami etc, na szczescie to nie byl high season ale i tak bylo duzo ludzi, no i restauracje dosc drogie jak na indyjskie warunki ale wiadomo placi sie za widok. Nie odmowilam sobie jednak owocow morza, tym bardziej ze kuchnia goanska slynie z roznych dan z ryb. Nastepnego dnia mialam sie relaksowac ale udalo mi sie wygrac darmowa taksowke do Panjim gdzie odbywal sie karnawal takze nie mozna bylo zmarnowac takiej okazji i transportu i pojechalismy ogladac kolorowe korowody i przebrania na modle poludniowo amerykanska minus seks. Powrot ryksza tez nienajgorzej - duzo lepiej czasem w 2 osoby bo taksowka czy pokoj lepiej rozkladaja sie cenowo. Pozniej ruszylismy do Palolem - w sumie 3 przesiadki, rzeczywiscie miasteczko senne ale nie brak w nim sklepikow, kwater i plazowych restauracji, i nawet nagabuja stosunkowo malo. Panie na plazy opalaly sie bez stanikow, rano ludzie biegali i gimnastykowali sie a my zamieszkalismy w chatce z kokosa. Cudowny dostep do internetu oraz boska niebieska woda sprawily ze chcialam porzucic plan pojechania do Coorg i zostac tam jeszcze chwile. A pozatym mozna wreszcie bylo zalozyc sukienke, jesc sztuccami i ogolnie ludzie tam po prostu sa bardziej wyluzowani. Po drugim dniu jednak doszlam do wniosku ze jeszcze moze pojade sobie na plaze np w kerali i jednak po pysznych rybach i wytaplaniu sie w wodzie ruszylam do Mangalore ktore to bylo jedynie przystankiem w drodze do Madikeri a jedynymi fajnymi zdarzeniami bylo poznanie podroznych jadacych do gokarny (jak zwykle niemcy i izraelczycy) i przejazdzka samochodem typu ambasador do drozszego ale wcale nie lepszego standardem hotelu (no chyba ze liczyc ciepla wode - ale mi to juz do niczego nie potrzebne). Na stacji Canacona (Goa) znajduje sie najczystsza publiczna toaleta w calych Indiach (niniejszym proklamowana przeze mnie), a na peronie kosze na smieci(!!!). W nastepnym odcinku opowiesc o tym jak jezdzi sie po drodze ktora wlasnie buduja.

sobota, 5 marca 2011

Jaskinie

Jaskinie to bylo cos niesamowitego - takze pod wzgledem fizycznym:) Ich zwiedzanie zajelo nam pelne dwa dni. Najpierw decyzja bierzemy wykupiona wycieczke, 50 osob + 1 przewodnik, czy jedziemy na wlasna reke. W koncu ustalilismy ze wstaneimy wczesniej i pojedziemy miejskim autobusem. Wszystkie napisy byly oczywiscie w jezyku Marahti poza napisem Ajanta - pierwszy uklon w strone turystow. Po 2 godzinach dotarlismy do skrzyzowania przy ktorym znajdowala sie droga prowadzaca do Ajanty. Tam oczywiscie czekal juz "pasaz handlowy" oraz bus dowozacy pod same jaskinie. Dla tych ktorzy nie chcieli sie wspinac po schodach(albo nie mogli) w ofercie bylo krzeslo z poduszkami a la lektyka niesione przez 4 tragarzy.
Jaskinie w Ajancie to jasknie "wydlubane" przez mnichow buddyjskich - niektore to pelne dwupietrowe klasztory z przzedsionkami, kruzgankami, mini celami oraz koniecznie posagami buddy i resztkami malowidel przestawiajacymi sceny z zycia Gautamy oraz jego matki Maji. Najstarsze z jaskin datowane sa na 2 w p.n.e. To niesamowite jak wiara daje ludziom sile i cel w zyciu do tego zeby dlutem wielkosci lyzki wyzlobic w litej bazaltowej skale piekne kolumny, nawy, zdobienia, stupy. Niektore ze znajdujacych sie tutaj freskow i malowidel sa jednym z najstarszych przykladow malarstwa indyjskiego porownywane do dziel Michala Aniola. Prace w jaskiniach postepowaly w bardzo ciekawy sposob, najpierw wydlubywano gorne partie kolumn i rzezb, pozsostawiajac wystajace bloki w przyszlej "podlodze", ktore to nastepnie sluzyly jako rusztowania do wykonczenia rzezb i utworzenia malowidel. Na koniec skuwano bloki w podlodze. Skuty material wrzucano do znajdujacej sie ponizej rzeki, a poniewaz byl on dosc mialki a prace postepowaly wolno, nie blokowalo to nurtu rzeki, w ktorej sezonie wiosenno -letnim ilosc plynacej wody jest dosc skapa. Niektore z jaskin pozostaly nie dokonczone - mozna wiec zobaczyc jak przebiegaly prace. Wiekszosc z nich ma przepiekna akustyke. Niektore sa bardzo proste - takze dla tego ze byly bogato zdobione malowidlami, ktore niestety nie przetrwaly. Na szczegolna uwage zasluge 23 metrowej wielkosci posag lezacego buddy. Jest to o tyle rzadkoscia ze przewaznie budde przestawia sie w pozycji medytacyjnej. Nastepnego dnia mielismy zwiedzic jaskinie w Ellorze a potem jakos probowac przedostac sie na Goa. Rano przed pojsciem na autobus wstapilismy do prywatnej agencji w ktorej chcielismy kupic bilety zeby juz miec pewnosc ze jedziemy, jako ze okazalo sie ze alternatywy panstwowej ani pociagowej nie ma. Najpierw okazalo sie ze bilety ktore poprzedniego dnia kosztowaly 100 rp mniej nagle zdrozaly a potem ze zeby to sprawdzic trzeba czekac 5 minut. Oczywiscie 5 minut trwalo 40 minut az w koncu stracilismy cierpliwosc i poszlismy na dworzec (na druga strone ulicy). Tam jak zwykle po ustaleniu na migi i po angielsku znalezlismy stanowisko odjazdu autobusu (ktory odjezdza albo co 20 minut albo co godzine - tego nie udalo nam sie ustalic) gdzie jeden z konduktorow zaczal sie od nas domagac informacji gdzie to zmierzamy i machac do nas zebysmy szli na srodek placu parkingowego autobusu. Tam niemal wepchnal nas do wlasnie odjezdzajacego autobusu i zatrzasnal drzwi a my zdezorientowani zaczelismy pytac: Ellora? Ellora? Na co konduktor w tym autobusie pokiwal glowa na boki (to moze znaczyc tak, nie albo nie wiem) ale wyraz oczu wskazywal na "nie". Wobec czego zaczelismy wysiadac z juz odjezdzajacego autobusu, ale wtedy ten z konduktorow ktory nas przyprowadzil do niego zaczal przytrzymywac drzwi wyjsciowe i wykrzykiwac na konduktora w srodku autobusu. Konduktor w srodku autobusu zaczal skamlec jak zraniony pies po czym zlapal sie za glowe a nastepnie za zawieszony na szyji elektroniczna maszynke do drukowania biletow. Na co konduktor na zewnatrz zlapal za ta maszynke tak ze prawie wyciagnal konduktora ze srodka przez okna i zaczal jeszcze bardziej krzyczec jednoczesnie gestykulujac i pokazujac klawisze na maszynce i robiac przy tym niesamowicie grozne miny. W koncu nasz konduktor poddal sie, pokiwal glowa, opadl ciezko na siedzenie a my moglismy sie tylko spodziewac lub nie ze wysadza nas tam gdzie trzeba.
Tutaj zreszta wtrace ciekawa dygresje: nie wiem czemu ale wydawalo mi sie ze bedac native speakerem latwiej jest zrozumiec kogos kto kiepsko mowi po angielsku bo mozna sie bardziej domyslec, tymczasem okazuje sie ze to ja paradoksalnie jestem tlumaczem z indyjskiego angielskiego na angielski angielski:)) Pozatym posiadam tez pewne zdolnosci interpretacyjne i bardzo czesto "rozmawiam" bez tlumaczenia. Wobec czego powyzsza sytuacja mogla by wygladac nastepujaco:
Konduktor 1: Panstwo dokad?
My: Do jaskin Ellora
K1: Elora? Hmm Szybko Szybko , za mna autobus wlasnie odjezdza.
My (do KOnduktora 2 w autobusie): Przepraszam, do Ellory?
k2: nie nie, trzeba wysiasc!
k1: wcale nie trzeba wysiadac! Przeciez i tak jedziecie tamtedy, wysadzcie ich poprostu na najbliszym skrzyzowaniu!
k2: ale to jest autobus pospieszny! nie zatrzymujemy sie tam! Pozatym i tak nie wiem jak nabic cene!
k1: Nie gadaj glupot! Nastepny autobus dopiero za godzine! Pozatym prosze bardzo masz wbic kod taki a taki! Uwazaj teraz pokazuje!
k2: 1 3 5 4?
k1: tak!
k2: no dobrze a co potem?
k1: no wbijasz tutaj i drukujesz, a ci tutaj maja wysiasc na skrzyzowaniu przed targiem, jasne?!
k2: jasne....

Wobec czego mielismy jeszcze okazje przejsc sie przez targ dosc wczesnie i nawet nie probowano nam niczego sprzedac czesciej niz co 500 metrow (sukces). W Indiach naprawde mozna sie zmeczyc kiedy usilujesz przejsc sie z punktu A do punktu B a w miedzyczasie" riksza madam", "good prajs", "musical instruments, postcards". Nawet czasami nie da sie przejsc przez ulice bo stoisz zeby przejsc a tam 4 ryksze sie zatrzymuja i "where du ju gou". No coz przynajmniej te cie nie przejada, bo inni sie nie zatrzymuja. Nie mniej jednak udalo nam sie dotrzec do Ellory, gdzie czesc jaskin faktycznie zwiedzilismy riksza (auto) bo byly dosc daleko polozone od siebie. Te jaskinie to z koleji grupa jaskin - klasztorow roznych wyznan. Buddyjskich, hinduistycznych i dzinistycznych. Tutaj na kolana powala glownie architektura. Niektore z nich maja 3 pietra i wygladaja jak male osiedla wybudowane w skale - z ta roznica ze to wszystko faktycznie wykuto recznie. W jednej ze swiatyn buddyjskich sufit wyrzezbiony zostal w specjalny zebrowany sposob, oraz balkon zeby lepiej slychac bylo spiewajacych mnichow. Jeden z panow pilnujacych (nawet bez oplaty) opowiedzial nam o tym i nawet pieknie zaintowal zeby zademonstrowac echo i akustyke. Musze przyznac ze az lzy stanely mi w oczach.
Pozniej czekala nas calonocna wyprawa autobusem - pol sypialnym na Goa. Pisze pol sypialnym, bo pelne sypialne skladaja sie w Indiach z takich jakby boksow z zaslonka, a tutaj co najwyzej siedzenia rozkladaly sie powiedzmy do poziomu dentystycznego. Przy czym jesli osoba z przodu tez rozlozy swoje siedzenie to akurat i tak unieruchamiala osobe siedzaco-lezaca za nia. Z dodatkowych atrakcji byla klimatyzacja - wielce powazna w Indiach sprawa, raz ze za wszystko za AC placi sie duzo drozej (nawet jesli ac faktycznie nie dziala), a dwa ze o ile w pociagu jakos bez AC spokojnie idzie wytrzymac o tyle w zamknietej puszcze jaka jest autobus moze byc znacznie gorzej. Zwlaszcza jesli sie jedzie 16 godzin. W bonusie takze bollywoodzki 4 godzinny film w hindi puszczony z takim natezeniem glosu ze nawet zatyczki do uszu (ktore udalo mi sie jednak kupic!!) nie pomagaly, o tresci: "zabili go ale tylko na niby bo wrocil z zagranicy zeby pomscic brata". Juz o godzinie 2 w nocy gotowa bylam polozyc sie na podlodze ale jakos udalo mi sie zasnac. Z autobusami jadacymi 16 godzin to troche tak jak z wodka, pare godzin po wypiciu mowisz nigdy wiecej, ale kiedy nadarza sie dobra okazja to jednak wsiadasz i jedziesz a potem klniesz. Dobrze ze nastepnego dnia nie trzeba na 8 do pracy :)

piątek, 4 marca 2011

Bombaj-Aurangbad

Ustaliwszy wczesniej ze spotkanym znajomym ze razem ruszymy na poludnie Indii, ruszylismy w 7 godzinna podroz do oddalonego o 360 km Aurangabadu. Po drodze w pociagu jak zwykle istna szopka, sprzedawcy wszystkiego przemierzaja pociag w te i z powrotem, sprzedajac oczywiscie czaj, kawe, jedzenie, zabawki pamiatki. Oprocz tego na kazdej stacji wsiadaja roznosiciele roznosci z lokalnej stacji: takich jak lody, cieple samosy podawane w gazecie z ostra papryczka, napoje, ikony miejscowych bost. Kazdy zachwala swoj towar, w pewnym momencie mam w uszach pelna kakofonie bo z lewej od storny peronu sprzedawcy przekrzykuja sie w ferworze pchajac sie do pociagu, ci juz w pociagu z michami nad glowa rowniez zachecaja do kupna, za oknem zas stado okolo 100 000 ptakow szykuje sie do snu na pobliskim drzewie. Za oknem krajobraz ksiezycowo, kanionowy. Obok mnie Michael walczy ze swoim touchpadem piszac swoje wrazenia z Indii. W koncu wzdycha ciezko - skonczyl sie prad - na szczescie na koncu przedzialu jest kontakt. Od razu kolo niego zbiera sie grupka mezczyzn zaciekawiona coz to za zabawke trzyma w reku Michael. Z drugiego wagonu dobiega smiech, spiew i klaskanie - to hijiras zaczepiaja mezczyzn proszac o pieniadze. Hijras to biologiczni mezczyzni ktorzy czuja sie kobietami i czesto poddaja sie obcieciu genitaliow zyja jako kobiety. Cyt za wikpedia: "Hidźra zostają osoby urodzone biologicznie jako mężczyźni, ale nie utożsamiające się kulturowo lub psychicznie z płcią męską, z męskimi rolami w społeczeństwie, lub utożsamiający się psychicznie z płcią żeńską; transseksualiści; obojnacy; osoby urodzone z narządami obojga płci lub o płci nieokreślonej; mężczyźni wykastrowani z jakiegoś powodu. Na poziomie języka mówią o sobie zwykle w rodzaju żeńskim." Indie maja do nich stosunek ambiwaletny nie sa bowiem uznawane za homoseksualistow ale trzecia plec. Cd Cyt:

W Indiach każda grupa społeczna ma określone miejsce w strukturze społeczno-gospodarczej. Hidźra zajmują się głównie żebractwem i prostytucją (w dawnych czasach również świątynną prostytucją sakralną). Mężczyźni utrzymujący kontakty seksualne z hidźra nie są uważani za homoseksualistów w sensie, w jakim to pojęcie jest rozumiane na Zachodzie, bo też i hidźra nie są homoseksualistami, są w Indiach trzecią płcią. Niektóre hidźra wychodzą nawet za mąż.

Hidźra wykonują wiele obrzędów sakralnych w czasie ceremonii zaślubin oraz po narodzinach dziecka płci męskiej. Na obrzędy te przychodzą zwykle bez zaproszenia, ale ich obecność (związana z muzyką, śpiewem i zawierającym aluzje seksualne tańcem) wróży szczęście i płodność. Za ich obecność należy się im więc zwyczajowo wynagrodzenie. Powszechna jest wiara w ponadnaturalne moce hidźra, dlatego wszyscy boją się je obrazić, co niechybnie przyniosłoby nieszczęście."

Indie uznaja zatem istnienie trzeciej plci ale np w spisie ludnosci przyznaja tym osobom plec meska lub zenska. Ostatnio precedensem byla decyzja wladz Pondichery (poludniowy wschod) gdzie przy spisie ludnosci oraz w innych sytuacjach oficjalnych bedzie mozna wpisywac "trzecia plec".

Pociag dojezdza do Aurangabadu - miasta skad inad bardzo nieciekawego i zadymionego, ale zdaje sie maja tutaj dobrze rozwiniety przemysl i kilka uczelni, hotele pietrza sie jeden na drugim. Oczywiscie nie mowie tu o hiltonie czy mariotcie ale zwyklych indyjskich przybytkach. oczywiscie na stacji jak zwykle nagabywacze i naciagacze, nie wiem czemu Michael wogole z nimi rozmawia. Ja wychodze z zalozenia ze jak ktos czeka na stacji i pierwszy doskakuje do wysiadajacych to raczej po to zeby nie dac zadnego wyboru i zawyzyc cene. Michael uwaza ze warto sie przyjrzec i nie byc niegrzecznym. W Indiach trudno nie byc niegrzecznym kiedy czasem usilujesz przejsc 100 metrow podjezdza do ciebie 2000 tuk tukow wszyscy chca cie podwiezc 100 metrow za 100 dolarow, a sprzedawcy ktorym 30 sekund temu powiedzialas nie od poczatku zaczynaja ci sprzedawac nawet jesli powiedzialas ze nie chcesz kupic. To troche jak z dowcipem o rosyjskim piciu wodki. Rosjanin pyta dajmy na to Hiszpana: napijesz sie wodki? Hiszpan: nie dziekuje. Rosjanin: A teraz?.

Znajdujemy hotel Pushpak gdzie udaje nam sie znalezc pokoj na zapleczu za 200 rp od osoby. W sumie poco nam front skoro widokow i tak za bardzo nie ma. Mam troche wyrzuty sumienia ze moze przeze mnie Michael zaniza sobie standard no ale w koncu ma jezyk w gebie, zawsze moze odmowic;). Jak zwykle prysznico kibel wielkosci toitoia ale dosc czysty. No i w drugim z koleji obejrzanym pokoju nawet brak zapachu plesni. Szczerze mowiac ja sie uodparniam i malo co mnie wyraznie odrzuca. Ale w myslach znow sobie gratuluje ze zabralam wlasna klodke, (wszystkie w indiach sa prawie takie same wiec latwo je otworzyc), no a poza tym mam 3 klucze wiec kazdy kto ze mna wspoldzieli lokum moze miec swoj.

Dlaczego wlasciwie jestem w Aurangabadzie? Chyba nie dla jego dziurawych drog i 2ch kafejek internetowych za 40 (sic!) rp za godzine. Ani tez nie dla kopii Taj Mahal z krzywymi wiezami. Przez krotki okres Aurangbad byl nawet stolica imperium Mughalskiego, shah stacjonowal tu wraz z armia potym jak wypedzony zostal z polnocy. Stad tez prawdopodobnie duza ilosc muzulmanow na tym terenie, jednakze mimo to punktow sprzedazy alkoholu nie brakuje. Jestesmy tutaj jednak by podziwiac klasztoryktore mnisi i nie tylko wlasnorecznie dlutem i mlotkiem wykuli w litej skale: jaskinie Ajanty i Ellory.