wtorek, 16 grudnia 2014

Bangkok!

Dzien dobre popoludnie! Ciagle jeszcze skolowana nocnym lotem, zmiana czasu i wszystkimi przygodami postanawiam obrac jakis latwy cel turystyczny. Kaosan Road - zoo dla turystow. Tzn wlasciwie dla Tajow. To tutaj znajduje sie wiekszosc podrzednych hoteli dla bialych, studia tatuazu, kolczykow, sprzedawanie roznych pamiatek, szpejow, plecenie dredow itp. No ale o tym za chwile. Przede wszystkim pierwsza koniecznosc to troche zorientowac sie w topografii miasta, dobrze ze sa jednak jakies napisy po angielsku w komunikacji (przynajmniej metrze i skytrain) - bo podobno w chinach nie ma wcale:). Kazdy rozumie chociaz ze dwa slowa, chociaz pytanie o nazwe miejsca moze okazac sie naprawde bardzo zdradliwe bo jezyk tajski opiera sie glownie na tonach w zwiazku z tym transkrypcja moze i pomaga ale liczy sie sposob w jaki sie je wymawia: bardziej pytajacy, bardziej zdziwiony, burkliwy itp. Np slowo tranksrybowane jako mai ma 5 znaczen: nowy, drewno, palic, nie oraz jedwab. W zwiazku z czym wymowienie czegokolwiek z mapy moze stracic sens bo niestety auochtoni moga wykazac sie glebokim niezrozumieniem. A wiec dobrze, wsiadam w metro, 2 stacje, potem przesiadka na skytrain. MOze nie jest to i najtansza forma podrozowania po miescie ale w pojedynke i przy slabym rozeznaniu moze okazac sie zbawienna. Pozytywnym aspektem jest fakt ze skytrain umieszczony jest na wiadukcie nad ulica w zwiazku czym czas podrozy tym zamrazalnikiem na kolkach uplywa milej w towarzystwie widokow miasta. Poki co odnosze wrazenie ze sa tu same drapacze chmur oraz sklepy 7-11. Jest tez mnostwo ogromnych, nowoczesnych centrow handlowych a to wszystko w sosie niesamowitych korkow na ulicy (ktorych mimo zapowiedzi skytrain i metro nie rozladowaly). Niewiele czytalam o Bangkoku przed przyjazdem, specjalnie zeby sie jakos nie stresowac planem zwiedzania, ale slyszalam tez o starych swiatyniach, domach nad kanalami. Przyjdzie czas i na to. Najwazniejsze zeby nie jezdzic tuktukami i nie dac sie zwiesc oszustom i nagabywaczom przy glownych miejscach turystycznych. Bo trzeba bedzie objechac cale miasto albo za cene 4 razy warta prawdziwej, albo bardzo tanio ale za to zagladajac przymusowo do agencji turystycznych, krawcow gdzie nie wypuszczaja nas bez zakupow. A to wszystko dziala jako szajka bo np. przy glownych atrakcjach mowia ze sa nieczynne, zamkniete rano i zeby objechac miasto. Dojezdzam do centrum, poki co jakos wogole krajobraz nie kojarzy mi sie z krajem 3 go swiata, mialam chyba jakies dziwne wyobrazenie oparte na wrazeniach z indii. Wszedzie relatywnie czysto i chociaz smog ogromny to przy indyjskim powietrze dla pluc niczym krysztal z gor. Teraz pozostaje znalezc autobus, z tym moze byc gorzej. Ruch dalej lewostronny, posuwa sie w zolwim tempie. Przekroj taboru autobusowego jest wrecz szokujacy, od rozwalajacych sie autobusow bez drzwi i z drewniana podloga po klimatyzowane niskopodlogowce. Podrozowanie aurobusem jest nieraz o 70 prc tansze ale czas pokonania tego samego dystansu rozciaga sie niemilosiernie. Sa tez panstwowe i prywatne mikrobusy. Ja wsiadam w numer 15, z drewniana podloga, ktory w koncu po kreceniu sie wokol stacji udalo mi sie znalezc, autobus ma chyba z 50 lat. Kierowca ma obok dzwigni biegow kubel z woda w ktorym co chwila macza szmate ktora wyciera sobie twarz i druga na kierownice zeby mu sie rece nie ugotowaly. Konduktor ma w reku taki jakby piornik w ksztalcie rulonu w ktorym znajduja sie przegrodki na monety i jeden na rolke z biletami niczym tasma. Banknoty trzyma zlozone miedzy palacami dloni, rozne nominalu miedzy roznymi palcami. Z glosnym klapnieciem zamyka piornik i odrywa kuponik biletu przy pomocy brzegu pudelka. No to hop! jedziemy! Krajobraz biurowy ustepuje nieco, rosyjsko podobnemu krajobrazowi prospiektow. Duzy plac i rondo wskazuja na poblize palacu krolewskiego. A krol w tajlandii ma status boski. Tylko ilosc budek i stoisk z jedzeniem nie zmienia sie. W koncu dojezdzam na miejsce. Od glownej drogi odchodza uliczki z niewysokimi domami, a miedzy nimi udzka cizba, pelna turystow pamiatek, falszywych dokumentow. ( tak to tu mozna sobie wyrobic ISIC i francuskie prawo jazdy, ale zdjec nie wolno robic) Stoliki mini restauracji z piwem, hostel na hostelu, pelno Ludzi Zachodu. Do tego jeszcze garsc kafejek internetowych z komputerami na wrzucane monety, rybi pedikiur (male rybki ktore obgryzaja ze stop martwy naskorek), oraz stanowiska do masazu stop, glow oraz salony masazu calosciowego (zapewne nie brakuje tez ofert masazu z tzw. szczesliwym zakonczeniem), wozki z jedzeniem uliczymi, owocami, i wszelkiego rodzaju innym badziewiem. Prawdziwe zoo. Sadze ze Tajowie tutaj przychodza wlasnie niczym do ogrodu zoologicznego poogladac sobie turystow niczym swawolne malpy. Ponadto niektore ze sprzedawanych tutaj pamiatek maja charakter ponadczasowy i ponad narodowy, Te same szarawary i torby co w indiach w miejscach tursytycznych, te same t shirty. Takie same drewniane zaby z rzebionym grzbietem jak jeden z moich znajomych przywiozl z Peru. Tajowie szybko sie ucza i wiedza co"schodzi".

piątek, 10 czerwca 2011

Pozegnanie z Indiami i Bangkok!

A wiec wyszlo jak zwykle. czyli jak zwykle w indiach. Zeby ulatwic sobie i tak trudne dla mnie sytuacje lotniskowe, wspominajac Dublin postanowilam skorzystac z opcji self check in. A na lotnisko pojechac nowa superszybka linia metra. A wiec nowa superszybka linia metra, pachnaca jeszcze swiezo wysychajacym cementem dziala znakomicie. 25 minut podrozy na lotnisko minelo niczym sekunda. Nie spodziewalam sie ze bede wylatywala z Delhi, nie spodziewalam sie ze tak przyzwyczaje sie do Indii, ze z tak wielkim zalem bede wyjezdzac. Choc przeciez wszyscy znajomi pisza tez z ulga o czystosci ktorej doswiadczaja po przyjezdzie do dowolnego innego kraju. Zostawiam tez za soba mnostwo przyjaciol, Adama ktory czeka az snieg na przeleczy stopnieje i bedzie mogl uczyc w szkole, Samira ktory wlasnie czeka na narodziny pierwszego syna. Indie to na prawde niesamowity kraj ktory mozna zarazem kochac i nienawidzic. No ale nic przystanek Lotnisko - Indira International Airport wyrywa mnie z melancholii. Juz przy drzwiach wejsciowych do kompleksu lotniskowego stoi paru uzbrojonych po zeby zolniezy i skrupulatnie sprawdza paszporty, bilety itp. choc to jeszcze nie check - in i przed wejsciem tlocza sie takze rodziny odprowadzajace podroznych . Jak zwykle lot nocny, wiec jestem wczesniej, 4 godziny, z Kalkuty mialo byc 2 ale plan sie zmienil. Oczywiscie przy stoisku check in okazuje sie ze self check in nic nie znaczy i dalej musze czekac ze wszystkimi innymi w kolejce, z ta roznica ze juz wiem gdzie siedze. A przeciez jeszcze musze przemiescic sie na wlasciwa czesc terminalu plus operacja "uspokoic sie przed lotem". Poziom nerwowosci zaczyna wzrastac - chyba juz duchowo opuscilam indie bo zamiast jak zwykle ze stoickim spokojem podchodzic do tematu, poczulam wjatkowy przyplyw irytacji. Trudno, swietnie jak mawiala babcia. Kiedy juz wreszcie udalo mi sie jako tako dotoczyc do samolotu i przetrwac lot (lubie pilotow Air Asia). Czekalo mnie zdobycie wizy Tajskiej "on arrival". A wiec zdjecie (mialam, wiedzialam, posiadalam), wypelnienie formularza (bez problemu) oraz 1000 batow ( wlascie bahtow waluta Tajska), odstanie w kolejce ze wszystkimi przybylymi z Indii hindusami, byla tez druga kolejka z napisem "priority. express. transfer" ale postanowilam ze moze lepiej bedzie zaczekac w tej pierwszej. Po odstaniu 40 minut, w koncu stanelam twarza w twarz z panem urzednikiem sluzbista i dowiedzialam sie ze poniewaz nie posiadam biletu wyjazdowego, to wizy nie moge dostac. Nie pomoglo wyjasnienie ze chce podrozowac do Malezji ladem (gdzie moj bilet na autobus?), jedyne wyjscie teraz na lotnisku isc do kafejki internetowej (na szczescie jest) i kupic bilet na samolot, autobus, karawane cokolwiek. W miedzyczasie wyniklo jeszcze pare problemow z platnoscia karta, i juz wyczerpana tym wszystkim, lotem zmiana, czasu, ganianiem po terminalu postanowilam jednak dowiedziec sie o co chodzi z kolejka express, bo w miedzyczasie do zwyklej kolejki ustawil sie kolejny samolot hindusow. A wiec za dodatkowe 300 batow (ok 30 zl) mozna bylo obyc sie bez kolejki, pan w tym okienku rowniez byl duzo milszy, i nawet nie spytal o bilet do Kuala Lumpur (najtanszy i w miejsce do ktorego moze ewentualnie bym sie i udala), wiec juz na prawde poczulam uderzajaca mnie fale zwatpienia i zmeczenia. Wreszcie udalo sie, choc bagaz po godzinie juz zostal zdjety z tasmy i zastanawialam sie gdzie wlasciwie go szukac. Ale na szczescie lezal sobie obok tasmy, jeszcze tylko lokalna gotowka, karta sim i bede mogla zadzwonic do mojej gospodyni na jedna noc. Poprzednich kilka dni spedzilam na wysylaniu prosb o hosting ale jakos to bylo swieto pracy takze i w tajlandii i ludzie nie za bardzo odpowiadali, udalo mi sie w koncu po wyslaniu 20 zapytan, a potem kolejne dni w sumie troche na chama bo akurat ta osoba miala zamowionego goscia ale jakos sie dogadalysmy ze 2-3 dni moge zostac na podlodze i razem z ta osoba pozwiedzac Bangkok. Z lotniska jeszcze klimatyzowany pociag do centrum, i tutaj oczywiscie mnostwo szokow:) pierwszy szok: jak tu czysto!, drugi szok: wilgotnosc tak niemozliwa ze pot doslownie leci z czlowieka strumieniami. Tymczasem taksowka nie chce mnie podwiezc bo za blisko, wiec tarabanie sie do metra po to zeby przejechac 1 stacje. Na zewnatrz 32 stopnie, co nie jest jakims specjalnym problemem gdyby nie to ze czlowiek staje sie chodzacym prysznicem, a nastepnie wchodzi do metra gdzie jest jakies 16 stopni. Na szczescie mimo ostrzezen wielu znajomych, nie przeraza mnie ani ruch uliczny ani zanieczyszczenie, ani wrazenie tloku w Bangkoku. Po Indiach to wszystko jak bulka z najslodsza nutella. Mimo zmeczenia, a musze pokonac jeszcze kilka przecznic piechota z 2 ma plecakami, fascynuje mnie ten krajobraz troche jak komiks manga, troche jak Nowy Jork na wschodzie. Wiezowce, budynki, wiadukty, nie przerwany ciag samochodow, bazarki, uliczne jedzenie, sprzedawcy, tajowie z kolorowymi farbowanymi fryzurami. Docieram na miejsce. Teraz kilka godzin snu a potem w miasto. Niestety po drodze zdaje sobie sprawe ze zaginela mi karta bankomatowa - czeka mnie wiec jeszcze zablokowanie jej i dowiedzenie sie jak moge korzystac ze swojego konta. Na szczescie sa sposoby i przyjaciele, choc teraz wiem ze moglam wyrobic sobie dodatkowa karte. Rozwazam doslanie karty DHLem, ale pewnie zanim poczta polska dosle ja z lodzi to mimo ze wystawienie trwa 2 dni, mina lata swietlne. Czas +1.5 do czasu Indyjskiego. Punktualnosc nieporownywalna. Witamy w innym swiecie. Tymczasem dobranoc Indie. A po poludniu start exploracji Bangkoku.

wtorek, 3 maja 2011

Ceremonia Zamkniecia granicy Indyjsko Pakistanskiej

razu wyciagnal ipoda a na uszy zalozyl sluchawki. Po odpoczynku w swiatyni i w jej spokojnej atmosferze wyjscie poza mury okazalo sie znow brutalnym zderzeniem ze swiatem indyjskim:) Niezliczone autobusy, ryksze, samochody oraz mase handlarzy wszyscy przelewajacy sie uliczkami starego miasta Amritsaru. Przy wyjsciu ze swiatyni kilka lawek z siedzeniem z dykty za prowizorycznym plotkiem z palikow i lancucha. Mamy czekac, Choc zbiorka o 14 30. Zapewne az zapelni sie nasza mini taksowka. Czekamy wiec cierpliwie. Potem haslo idziemy i z lawek i sposrod innych czekajacych wylania sie nasza grupka 5 hndusow (2 pary) i dwojka bialych. Drugi bialy jest z Francji i jest jakis wystraszony czy zmeczony, w kazdym razie nie bardzo rozmowny od . Juz bardziej rozmowni sa hindusi:)). Niestety siedze tylem co przy ostatnich historiach zoladkowych nie bardzo mi pomaga. Krajobraz: dalej slomiane pola i okazjonalne palmy, kawalek autostrady, zapelniony autorykszami, podobnymi minivanami jak ten w ktrorym siedzielimsy, busami - wszyscy ewidentnie zmierzali do granicy pakistanskiej. Normalnie granica jest czynna do ok. 16 30 i po zalatwieniu wizy w odpowiedniej ambasadzie, mozna ja przekroczyc. Choc slyszalam ze hindusi robia czasem problemy, przy wjezdzie granica ladowa z pakistanu. Wiadomo jak mozna zrobic problem to czemu nie tymbardziej ze te kraje lacza jednak zaszlosci. Niemniej jednak codziennie przed zachodem slonca odbywa sie ceremonia zamkniecia granicy indyjsko -pakistanskiej, ktora jest takim przyjaznym show i kazdy moze w niej uczestniczyc jako widz. Na parkingu okazuje sie ze zadnych toreb, torebek, aparat moze byc. Mialam tez wiadomosci od wspolkoczownikow ze swiatyni zeby nie kupowac wody bo zabieraja, kupilam wiec mala cole na nudnosci - akurat starczylo do dojscia do bramek ochrony. A wiec tradycyjnie panie po lewej, panowie po prawej. W kolejkach - co w Indiach oczywiscie jest nieslychanie trudne bowiem pojecie kolejki chyba godzi w dume Hindusow i bardzo ciezko jest im zrozumiec to pojecie. I tak przede mnie mimo ze stoimy gesiego - najpierw wpycha sie jedna starsza pani (auntie-ji jak sie tutaj mowi czyli cioteczka z szacunkiem) potem za nia druga i ich corki i wnuczki, ja piorunuje je spojrzeniem ale jakos nie pomaga. Potem zaczynaja dolaczac kolejne osoby, w koncu jakas kobieta za mna nie wytrzymuje i zwraca jej uwage "auntie-ji cala rodzine przed nas wpychasz?". Wszystko z gory nadzoruja pol galowo ubrani wojskowi na koniach. Panie zolnierki jeszcze ze zdziwieniem stwierdzily ze mam schowek na pieniadze i dokumenty na nodze - i dlaczego wlasnie tam przeciez to moze byc bomba. Potem juz bylo latwiej bo cudzoziemcow wpuszczaja na przednia trybune (po okazaniu paszportu) tubylcy wiec tlocza sie troche dalej. Po drodze minelam sluzbowy samochod typu jeep czyli lokalna marka Mahindra z napisem Border pEtrol, byc moze to jakas specjalna benzyna graniczna:))) Nastepnie mozna juz bylo zajmowac miejsca na trybunie. Wszystkim kierowali niesamowicie wysocy (a jak na warunki indyjskie to juz wrecz gigantyczni) zolnierze w galowych mundurach i z czerwonym wachlarzem zatknietym na gorze czapki. Na dole bylo przejscie a po lewej stronie brama z napisem India a zaraz za nia widac bylo identycznie "urzadzona" strone pakistanska, z brama w kolorze bialo zielonym i z portetem prezydenta nad glownym wjazdem do strefy trybun. O ile po stronie Indyjskiej trybuny byly zapelnione juz pol godziny przed ceremonia, o tyle po stronie pakistanskiej zapelnialy sie bardzo powoli - no i oczywiscie byl podzial na trybuny dla kobiet i mezczyzn. Oczywiscie poniewaz nie wolno bylo wnosic napojow miedzy trybunami krazyl pan z kartonem coca coli ktory mial odpowiedni glejt i sprzedawal ja po odpowiednio wygorowanej cenie. Nagle jakis glos poderwal wszystkich - to pan zagrzewacz i mistrz ceremonii - wydaje mi sie ze cywil, tlum na trybunach zaczal wiwatowac, potem puszczono glosna muzyke i chetni ustawiali sie na dole pod trybunami w kierunku bramy gdzie mogli brac udzial w biegu z flaga indyjska rzesiscie oklaskiwani. Nie wiem co sie dzialo po stronie pakistanskiej bo nie bylo tego dokladnie widac. ale zdaje sie ze skoczylo sie na wymachiwaniu flaga i oklaskach z trybun. Potem po stronie indyjskiej kobiety zaczely tanczyc pod trybunami w takt znanych bollywodzkich hitow. Nastepnie byla czesc bardziej oficjalna, przy czym pan zagrzewacz caly czas zachecal do rytmicznego wykrzykiwania: Hindustan Zindabad! (Niech zyja Indie). Na co echem z drugiej strony rozbirzmiewalo: Ciule Ciule Pakistan! NAstepnie dwie panie zolnierki przeszly paradnym krokiem wysoko zadzierajac nogi w kierunku bramy i tam sie ustawily. Potem kolejna para zolnierzy przeszla w kierunku bramy prawie kopiac sie samemu w czolo, potem nastepna, az znalazlo sie tam 6 osob i dowodca. Potem nastapilo krotkie otwarcie bram i jeden z zolnierzy pakistanskich oraz indyjskich weszli do strefy pomiedzy bramy (ok 1 m szerokosci) tam pokopali sobie obaj w powietrzu noga poczym wrocili. Tlum wiwatowal, i co jakis czas slychac bylo okrzyki Hindustan Zindabad, i Ciule Ciule Pakistan , oraz mialczenio buczenie pana zagrzewacza a potem pana dowodcy zolniezy ktore to bylo sygnalem do kolejnych ruchow. W miedzyczasie spadl silny descz, a jako ze my pulicznosc siedzielismy na betonowych stopniach to zaczelismy wstawac bo przeciez i spod spodu podmywa, i na kolana leci, nie mowiac juz o aparatach. Bo przeciez toreb na aparty nikt nie wzial bo nie wolno bylo. Ja swoj wcisnelam jakies dziewczynie pod parasol, ktora jako jedna z nielicznych miala takie wyposazenie. Na szczescie tlum uspokoil sie gdy deszcz przestal padac. Potem bramy otwarto na dobre i zolnierze kursowali od i do bramy ciagle malo nie ogluszajac samych siebie kopniakiem. Na koniec dwoch wstapilo w przestrzen miedzy bramy trzymajac kazdy postronek flagi swojego kraju. Przy czym zolnierze pakistanscy ubrani byli podobnie jak indyjscy tylko w granatowe stroje i oprocz wachlarza mieli jeszcze grananatowy welon. Flagi stopniowo obnizaly sie wraz z zachodzacym sloncem. Na koniec jeszcze pare przytupow oraz podanie sobie reki i bramy zamknieto. A zlozone flagi z odpowiednimi honorami powedrowaly do dwowodcow, a potem do miejsca przechowywania. Biorac pod uwage smutna historie tych dwoch krajow to bardzo wesola i pokazowa ceremonia majaca w sobie cos bardziej z show niz z parady wojskowej. No i kazdy moze wziac udzial. Na koniec oczywiscie mozna kupic sobie jeszcze dvd z nagraniem calosci jesli ktos sobie zyczy. Podczas powrotu zlapal nas deszcz, ulewny, obfity, na szczescie skonczyl sie przed dojechaniem na miejsce, a mnie pozostalo juz tylko czekac na wschod slonca w zlotej swiatyni i wyprawe do Dharamsali nastepnego dnia.

Tutaj mozna sobie obejrzec fragment programu Michaela Palina (tego od Monty Pythona) jak to wyglada od strony pakistanskiej:
http://www.youtube.com/watch?v=YeSX6AZ5xEI

poniedziałek, 18 kwietnia 2011

Goa Delhi

Zupelnie niespodziewanie za namowa znajomego, zamiast w ulubionym Mumbaju (gdzie mialam obejrzec slynne schody na ktorych pol miasta robi pranie), znalazlam sie w znienawidzonym Delhi. Pisze "znienawidzonym" bo jakos kiedy wyladowalam tutaj pierwszy raz, niespecjalnie spodobala mi sie atmosfera tego chaotycznego miasta. Oczywiscie cieszylam sie ze jestem w Indiach, ale miasto wydalo mi sie zbyt przytlaczajace, zbyt duze i zbyt "eklektyczne". Byc moze byl to tez troche szok kulturowy - pierwszy raz w Indiach i do tego od razu w Delhi. Nie dziwi mnie za tem ze niektorzy podroznicy, ktorych spotkalam albo omijali Delhi, albo od razu po wyladowaniu gnali na pociag czy autobus - byleby tylko jak najdalej od doprowadzajacych do szalu tlumow, szalonych kierowcow ( po 6 w szeregu na 3 pasmowej drodze), wszelkiej masci zebrakow i bogaczy w jednym miejscu. Tak jak pisalam wczesniej, mnie osobiscie bardzo podoba sie Bombaj - poniewaz okazal sie tym wszystkim czym mialo sie okazac niespokojne Delhi. Oczywiscie Bombaj tez nie jest spokojny, ale jak to wszedzie, a tym bardziej w Indiach wszystko ma swoja gradacje - tutaj oczywiscie oscylujaca w gornych granicach. Np. "zatloczony", "halasliwy" w odniesieniu do jakichkolwiek standardow dawno wykroczylyby poza skale, zas sytuacje odczuwane jako "mniejszy ruch uliczny" czy "spokojniejszy" mimo ze w Indiach czynia ogromna roznice, sadze ze dalej bylyby poza ta skala:). Sadze jednak ze teraz kiedy juz wchlonelam Indie w siebie, kiedy poznalam ludzi, ich serdecznosc i otwartosc, to mimo ogromnej roznicy kulturowej bedzie mi latwiej odnalezc sie takze i w Delhi. Pociag z Margao na Goa jedzie do Delhi zaledwie 26 godzin, Tym razem byl to Radjani Express, klasa 3AC, okna za przyciemniona gruba szyba przez ktora malo co widac (i dlategi podroze w gorszych klasach tez maja swoje zalety, zalezy od trasy i ilosci bagazu na ktory trzeba miec oko). W pociagach Indyjskich w zasadzie slowo ekspress nie ma wiekszego znaczenia, prawie wszystkie pociagi to express albo super fast a i tak okazuje sie ze maja tempo osobowych, nie wyobrazam sobie jak wobec tego moze wygladac jazda local train. Chociaz przepraszam, bylam w kilku local trains i jechaly one wolno, tylko tyle ze nie laczyly tak odleglych miejscowosci, najdluzsza trasa to moze 2 -4 godziny i do 300 km maksymalnie. Chociaz pociagi normalnie sie spozniaja to czasem zdarza sie ze pomiedzy wiekszymi miejscowosciami przyjada wczesniej. Czasem nawet do godziny co tez mi sie zdarzylo i nie zawsze jest wygodne kiedy ma sie gdzies byc na 7 rano, i jest sie umowionym z kims z couchsurfingu a pociag przyjezdza o 6 rano i jakos nie bardzo wypada budzic tej osoby o godzine wczesniej. Przynajmniej ja mam takie przekonanie, moze inni robia inaczej. W kazdym razie jesli w Indiach chce sie pociagiem podrozowac troche szybciej, z naciskiem na "troche" wtedy liczy sie nazwa Shatabdi lub Radjhani. To takie odpowiedniki naszych intercity - choc i nasze intercity z biegiem czasu zaczely tracic na znaczeniu jako polaczenia miast i zatrzymywac sie a to we Wloszczowej ( w drodze do krakowa) a to w kutnie ( w drodze do Poznania) do ktorych to miejscowosci, zeby nie bylo, absolutnie nic nie mam, tylko ze wtedy to juz nie ma z intercity nic wspolnego. Nota bene nazwa intercity tez w Indiach funkcjonuje ale jak wszystko oznacza zupelnie inny rodzaj pociagu. Zwlaszcza pociagi Shatabdi sa znacznie szybsze, a w Radjani zamiast swojskich wallach ze wszelkimi przekaskami kroluje instytucja "meals on wheels" (posilki na kolach) czyli taki nasz wars z dostawa na kolana na plastikowej tacce wiec moze powinna nosic nazwe posilki na kolanach. Z urzedu karmia pasazerow 5 razy dziennie, lunch, podwieczorek, kolacja, sniadanie, przegryzka. Nie jest to jakos szczegolnie wybitne ( poza curry z ryzem i saszetka ze swiezymi plastrami warzyw) ale w miare zjadliwe, a na deser po lunchu daja nawet lody. Do tego kazdy pasazer dostaje przydzial 2 butelek wody na dobe. Nie jest zle. W pociagu poniewaz to klasa AC (air condition) jest dosc zimno, a ja na tych wszystkich plazach przyzwyczailam sie do upalow, nie ma zbyt duzej wilgoci (choc tutaj to znow relatywizm) i mozna jakos spokojnie przetrwac byle nie chodzic po asfalcie o godzinie 14tej. Usiadlam zatem na swoim miejscu, troche rozrzewniona pozegnaniem z domkiem na plazy i westchnieniem sygnalizujacym ze znow rozpoczela sie ciezka praca czyli podrozowanie. Moze to moj polski charakter daje o sobie znac, bo jakos zawsze tak sie to objawia ze o ile z niecierpliwoscia i radoscia czekam na zmiany, to jesli znow trzeba wlozyc w cos troche wysilku (nawet jesli to przyjemny wysilek) to mysle sobie na poczatku " o nie znowu". Tak jak na naszych wyprawach rowerowych codzien rano wstaje, skladam namiot, wsiadam na rower i przez pierwszych 10-20 km slysze w glowie "o nie, znowu trzeba pedalowac", tak i tutaj wsiadlwszy do pociagu pomyslalam: "o nie, znowu Indie". Za chwile jednak wszystko wraca do normy, mozna rozejrzec dookola, obserwowac jak ludzie tlocza sie na peronie, miedzy nimi sprzedawcy, jak wchodzacy do pociagu ludzie sadowia sie, ukladaja bagaze. W pociagach przedzialow w polskim tego slowa znaczeniu nie ma. Tzn. sa "przedzialy" a nie osobne "pokoje". Dajmy na to po prawej stronie jest korytarz ale nie przy samym oknie bo przy samych oknach sa lezanko-siedzenia, ciagnace sie rownloegle do sciany wagonu, po lewej jest taka jakby wneka, czyli przedzial gdzie prostopadle do lewego okna, sa 2 lub 3 koje i na przeciwko znow to samo i za nimi scianka, drzwi nie ma sa zaslonki. Czyli przekladajac na polskie realia to by bylo tak jakby te wszystkie szkla, i drzwi usunac i jeszcze na przeciwko przedzialu przy oknie wstawic 2 lozka nad soba. Bardziej to przypomina rosyjskie czy ukrainskie wagony, choc tam w lepszych klasach sa drzwi. Mam zreszta wrazenie ze te indyjskie wagony podobnie jak rosyjskie sa duzo wieksze, albo po prostu u nas nie umieja gospodarowac przestrzenia. Wracajac zatem do mojej przegrodki: na przeciwko mnie rodzina z 2ka dzieci, w tym jedno dosc male bobo, spodziewam sie wiec ze maja wykupione 2 miejscowki bo siedza w 4 osoby na 3 miejscach plus jeszcze jeden pan siedzi jednym poldupkiem na tej samej lawie przy samym przejsciu. No i daja tez posciel mimo ze klasa 3-cia, a wiec co Radjani to to Radjani. No, no. Za chwile przysiada sie sympatyczna dziewczyna - na oko lat dwadziescia kilka. Cel podrozy ten sam: stacja Hazrat Nizzamudin, czyli dla nie wtajemniczonych jeden z wielu dworcow w Delhi. Ale jednak pannica ma lat zaledwie 19cie (ciagle trudno mi jeszcze oceniac wiek Hindusow) Pochodzi ze stanu Uttar Pradesh, w ktorym znajduja sie tak znane miejsca jak: taj mahal, varanasi, czy Kushinagar miejsce smierci gautamy buddy, nieformalnie jednak czesc UP lezy praktycznie w grniacach Delhi i jest polaczona z nim metrem) Mnie tym czasem bardziej fascynuje fakt iz UP (swojsko nazywany tutaj "JUPI", a dawniej united provinces, zywy dowod na to jak skrot daje sie zaadaptowac do zmieniajacej sie rzeczywistosci) jest najbardziej zaludnionym, choc wcale nie takim duzym stanem w Indiach. Indie plasuja sie na 2 miejscu pod wzgledem zaludnienia i w ciagu najblizszych 10-15 lat maja wyprzedzic Chiny. Niektorzy twierdza ze to juz nastapilo a oficjalny spis ludnosci, ktory odbyl sie w Indiach w zeszlym roku, pominal pewne grupy ludzi. W stanie Uttar Pradesh liczba ludnosci wynosi zas tyle co w piatej pod wzgledem populacji na swiecie Brazylii. Wracajac jednak do owej dziewczyny, to powiedziala mi ze mieszka na Goa, wraz z ojcem wojskowym ktory jest tam wraz z cala rodzina skoszarowany. Do Delhi jedzie na egzamin wstepny bo chcialaby zostac inzynierem. Siedzimy wiec tak z ta uprzednio wspomniana rodzina z 2ka dzieci, my dwie i jeszcze dwoch innych panow, ale widze ze cos jej nie swojo. W koncu wyznaje ze nie czuje sie komfortowo, bo tylu tu mezczyzn, i ze jej ojciec tez jest w tym pociagu, tylko w wagonie obok. No wiec chcial, nie chcial zaproponowalam zamiane, jako ze pan ojciec przyszedl i doniosl ze ma miejsce analogiczne do mojego (na dole wiec nie musze z noga sie wspinac) i ze sa tam bardzo mili ludzie. Mili ludzie okazali sie 7mka wyjatkowo roslych mezczyzn kazdy z pistoletem pod koszula. A wiec zamienil stryjek siekierke na barierke. Obok na lozkach przy naszej przegrodce uplasowal sie ojciec z 2 ka dzieci - mysle wiec moze panowie przy ojcu z dziecmi strzelac nie beda. Reszta rodziny tegoz ojca czyli jedna corka i matka byly 2 przegrodki dalej (widac ze system rezerwacji dziala tak samo jak polski - choc mysle sobie ze moze nawet troche lepiej.) Po wejsciu z upalu do pociagu i zaraz po lunchu, gdy pociag troche pobujal, panowie z pistoletami od razu zabrali sie za rozkladanie kuszet. Myslalam ze moze wysiadaja gdzies wczesniej i po prostu musza sie wyspac (jak to sie czesto zdarza gdy ktos wysiada na stacji o 3 nad ranem), ale sama po chwili siedzenia z pelnym brzuchem i w chlodzie zrobilam sie senna, zapadlismy wiec w zbiorowa drzemke. Gdy sie obudzilam 4 panow czytal ksiazke z pistoletem i mezczyzna w kapeluszu, albo w samochodzie, albo skradajacymi sie osobami na okladce - zapewne lokalne kryminaly. Obok nich jeden siedzia z duza torebka paan na kolanach. Taka wersja jak nasze duze gumy do zucia, po co kupowac mala paczke jak mozna kupic cale torbisko. Nie wiem czy juz o tym pisalam, bo czas przy komputerze mam tutaj ograniczony i nie zawsze udaje mi sie sprawdzic jakie tematy juz byly na tapecie, ale paan to tutaj cos pomiedzy srodkiem na trawienie a papierosem. Mam tu na mysli funkcje zdrowotna, spoleczna i nawykowa. Pan w wersji podstawowej to specjalny orzech (areka) z lisciem betelu oraz proszek wapniowy, ktory teoretycznie zuje sie razem zaraz po posilku. Po wlozeniu owej mieszanki do jamy gebowej jezyk lekko dretwieje a policzki zaczynaja szczypac. Nastepnie nalezy zaczac obficie pluc - przy czym w ustach podczas zucia zachodzi reakcja chemiczna w zwiazku z czym pluje sie na czerwono/bordowo. Duze ilosci paanu bardzo niszcza zeby, a przynajmniej bardzo je barwia na ciemny braz, zas na ulicach i niejednokrotnie w rogach budynku, przy scianach, kraweznickach widac czerwone zacieki i kleksy. Plucie jest tutaj sportem narodowym, i z trudem przychodzi oduczenie ludzi plucia w autobusach, metrze czy pociagu, mimo licznych nalepek, kar itp. Zreszta nie dziwota, powietrze w miastach jest brudne a poza miastami zazwyczaj pelne pylu, ze swojskie "krchhhhhhhhhhtooooooput, plaf" slychac wszedzie, i egalitarnie wsrod kobiet, mezczyzn i dzieci, nawet jesli nie zuja paanu. Niektorzy od paanu uzalezniaja sie tak od tytoniu. Normalnie to swiezy lisc i orzech i odrobina pasty wapniowej ktora palcem wydobywa sie ze sloiczka, ale w wersji komercyjnej wszystko jest suszone i przgotowane do zucia w malej paczuszce 1 x 2 cm ze skladnikami lekko rozdronionymi, lub w duzej "hurtowej" wersji. W tradycji zucie orzecha arekowego i liscia betelu jest zwyczajem weselnym, takim jak nasze witanie chlebem i sola. Wracajac jednak do naszego pana z pistoletem, sadzac po zebach nie byl chyba zbytnio uzalezniony od tego przysmaku, choc brakowalo mu lewej gornej czworki. Pozatym wygladal jak myslaca hinduska wersja Schwarzeneggera o myslacej twarzy, i lagodnych migdalowych oczach, ostrzyzony prawie na zero. Pisze "myslaca" bo madre oczy i inteligentna twarz zawsze zdradza czlowieka przenikliwego. Moze jest to swojego rodzaju rasizm ale u ludzi wszelkich ras mozna po twarzy (sposobie napiecia miesni) i wzroku rozpoznac inteligencje - lub jej brak - czyli wzrok neandertalczyka. Panowie okazali sie tajna jednostka specjalna wojska. Kazdy z nich mial kompletnie inny typ urody, mimo ze wszyscy byli bardzo dorodni - zwlaszcza jak na Indyjskie warunki, sugerujacy ze kazdy pochodzi z innego regionu Indii. I tak wlasnie bylo - tworzyli jednak wspolna mini jednostke, stacjonujaca w Delhi a pan zujacy paan byl ich nieformalnym przywodca. Wyjasnil mi ze maja ten sam stopien ale on jest jakby "team leaderem". Rozmowa zaczela sie kiedy zabraklo lyzeczki do herbaty, a ja wyjelam swoj noz w ktorym jest wszystko, a nastepnie z gracja zaprezentowalam wyciskanie z woreczka do herbaty ostatniej kropli przy pomocy lyzeczki i nitki z owego woreczka czym wprawilam panow w oslupienie bo nikt tego manewru powtorzyc nie umial. Mimo ze dosc slabo mowili po angielsku udalo nam sie porozmawiac na rozne tematy od krykieta po upaniszady no i oczywiscie o wrazenia z Indii. Hindusi zawsze pytaja pytaja cudzoziemcow o kraj, "dobre imie" (what is your good name?) i o zawod. Ja akurat uznalam ze na podroz po Indiach zawod nauczyciel bedzie odpowiedni dla mnie. Bo przeciez tak na prawde nie mam zawodu i nie czuje sie zadnym zawodem. Niektorzy lubia identyfikowac sie zyciowo poprzez identyfikacje z praca, zawodem przynaleznoscia, to im daje poczucie bezpieczenstwa i latwosc klasyfikacji. Czesto pada tez pytanie " Jak sie podobaja Indie?". Pan filozof silacz od razu przyznal mi racje ze to kraj bardzo wielu kultur mimo ze czesto traktuje sie go jednolity twor. Przyznal sie tez ze lubi myslec o ludziach i o kulturze. Chetnie napisalby ksiazke ale niestety w tajnych sluzbacz nie wolno niczego publikowac, nawet kilka lat po skonczeniu pracy. Dla niego (i ja sie z tym zgadzam) Indie sa takim magicznym pudelkiem, kapeluszem iluzjonisty, wkladasz reke i mozesz wyciagnac doslownie wszystko. I po takim doswiadczeniu malo co cie dziwi. Supernowoczesne technologie i zacofane wioski, bogata kultura, szybki rozwoj i bieda, zebracy i plemiona koczownicze, sadhu, guru, medytacje i kluby nocne. Gra w krykieta zadomowila sie w wiekszosci krajow kolonizowanych przez Wielka Brytanie, przez hindusow jednak zostala ukochana szczegolnie. Jeden mecz trwa 7 godzin i idealnie pasuje do tutajszej mentalnosci. Hindusi sa filozoficznie nastawieni do zycia i lubia sie nie spieszyc. Poza tym w Indiach jest dosc goraco i kazda inna dyscyplina sportu (nawet lekka atletyka) jest zbyt wyczerpujaca. To prawda ze kiedys hokej (na trawie) byl narodowa dyscyplina, ale teraz rzadzi krykiet choc jest (a moze dlatego) mniej dynamiczny. Do tego aby duzo biegac czy trenowac potrzebny jest chlodniejszy klimat, Takze po to by moc wiecej jesc - zdaniem pana Zolnierza-Filozofa potrzebna jest chlodniejsza temperatura. Czasem zdarzy sie jakis wybitny sportowiec - ale najczesciej z polnocy - miedzy innymi wlasnie na klimat. A ja jeszcze zauwazylam ze ludzie z polnocu, zwlaszcza z Punjabu sa jacys wieksi, roslejsi - maja wiec wiekszy potencjal by konkurowac w zagranicznych zawodach. Rozmawialismy tez o kulturze, o pojmowaniu czasu, o tym ze teraz zyjemy w czasach Kali Yuga - czyli czasu maszyn i technologii, ale ze ludzka kutura i cywilizacja kiedy tylko zbliza sie do poziomu boskiego - tak jak to bylo w cywilacji chinskiej i azteckiej czy egipskiej a potem nastepuje jej upadek i wszystko zaczyna sie poniekad od nowa. Czas zatem jest cykliczny a czlowiek mimo ze wyobraza sobie siebie w roli boga w koncu popada w pyche, i przestaje widziec czynniki zewnetrzne takie jak natura od ktorej jest zalezny i cywilizacja upada bo np. wyczerpal sie zapas wody, wyrabano las itp. To samo powtarza sie w cywilzacjach zaawansowanych. Dumni jestesmy z elektrycznosci, elektroniki, zasilania jadrowego ale widac jak to wszystko jest zludne. Rozmawialismy tez o sytuacji kobiet, i jak zwykle kiedy rozmawia sie mezczyznami w Indiach, oni twierdza ze kobiety maja bardzo duzy wplyw na rzeczywistosc. Poniekad to prawda ze obowiazuje zasada ze mezczyzna jest glowa rodziny a kobieta szyja, ktora ta glowa kreci. Ale mezczyzni na pierwszy rzut oka nie zdaja sobie sprawy jak ogolnie spolecznie w indiach tolerowana jest przemoc wobec kobiet, jak zle sa traktowane w zyciu codziennym. Podczas kiedy gdy rozmaiwam z kobietami od razu czuje sie jak dotkniete sa malymi niesprawiedliwosciami. Wiec gdy po chwili zaczelam wymieniac sytuacje o ktorych opowiadaly mi hinduski panowie zaczeli kiwac glowami na boki na znak potwierdzenia. Potem Pan Zolnierz filozof opowiedzial mi o tym jak madrosci wedyjskie zostaly zepchniete troche na bok przez upaniszady ktorepowstały jako główny przejaw reformy religii aryjskiej w nurcie potrzeby nowego rozumienia świata i niestety jak kolejne interpratecje (np koranu czy innych tekstow religijnych) zaczely redukowac role kobiet, sugerujac takze ich nieczystosc. Przed tem w Indiach jak na zadnym innym kontynencie kobiety graly tez na bebnach podczas rytualow religijnych, a w ksiegach wedyjskich zapisane jest wiele madrosci znanuych we wspolczesnym swiecie zachodnim jako niedawne odkrycia. Mowa jest o atomie, lotach w kosmos, czy tez bardzo zaawansowanej matematyce. Na koniec jeszcze dowiedzialam sie kto to byl Hazrat Nizzamudin Aulya - swiety suficki ktory podkreslal role milosci w jednoczeniu sie z Bogiem i dazeniu do Boga. Pan zolnierz filozof na koniec jeszcze zabawil nas antygrawitacyjnymi sztuczkami z zapalek i czas bylo wysiadac juz z pociagu.

wtorek, 12 kwietnia 2011

2 miesiace w indiach

Ani sie obejrzalam a tu drugi miesiac w Indiach zlecial. Teraz wydaje mi sie ze juz moglabym tak jechac i jechac. Nawet i dookola swiata. Tymczasem kolejne modyfikacje planow. Bede kilka dni w znienawidzonych Delhi -a nuz zmienie swoj stosunek do tego miasta:) Na pewno nie odpuszcze Varanasi a z Varanasi juz mam kupiony bilet do Kalkuty - coby sie na samolot nie spoznic i moze jeszcze paczke z gratami wyslac. Bedzie mozna wreszcie pokazywac noge i rece wiec pewnie tuniki pojda w odstawke. Swoja droga ciekawe jak tam sie ma paczka wyslana z poczty przy aszramie. Oficjalna data przybycia paczki do Polski to 15 kwietnia - no a jak bedzie w rzeczywistosci - zobaczymy. Tym czasem dla uczcenia dwumiesiecznicy przygotowalam subiektywny alfabet rzeczywistosci indyjskiej. No to start:

A jak 1. Ayurveda - czyli leczenie ziolami i olejami, bardzo skuteczne. 2. Ananas - tak samo nazywa sie w hindi a dojrzaly na sloncu smakuje wysmienicie takze w formie soku

B 1.Bangles - czyli bransolety koniecznie brzeczace, niekoniecznie metalowe, cienkie noszone po kilka kilkanascie na jednej badz obu rekach, zazwyczaj swiezo upieczone panny mlode maja ich najwiecej 2. bindi - czyli kropka na czole (chroniaca trzecie oko), mogaca byc ozdoba lub swiadczyc o wizycie w swietym miejscu, czerwone bindi w formie kreski na przedzialku u kobiety oznacza iz jest ona zamezna

C. 1. Chello - oznacza w hindi: Chodzmy, Idziemy, Jedziemy, Spadaj! 2. Ciezarowki - koniecznie pomalowane ze wszystkich stron lacznie z oskami, z nadbudowa nad kabina zeby pomiescic towary gabarytowe (np bawelne), z wymalowanymi na przedzie oczami, czarna lameta badz wstazkami przeciwko zlym urokom, z nazwa bogini lub boga lub nazwa kierowcy na przedzie, w wersji chrzescijanskiej z wizerunkami swietych i nazwa Maryja itp, badz haslami Alleluja. Czasem nawet ciezarowki nie maja bocznych drzwi no bo i poco:) Pluc mozna i wentylacja jest:)

D. 1. Dal packa z soczewicy badz soji, z roznymi przyprawami, mam moment kulminacyjny bo pomalu robi mi sie nie dobrze od jej zapachu:). Spozywana koniecznie z plackiem roti badz ryzem. 2. Dhoop - kadzidla w formie malego stozka, ze sprasowanych ziol i krowiego gowna (pachna bardzo ladnie). 3. Dzieci - wszedzie i zawsze, male koniecznie z pomalowanymi oczami na czarno lub 3 ma czarnymi kropkami (2 na policzkach 1 na czole)

E. Elektroniczny system rezerwacji biletow kolejowych, ze skomplikowanym systemem listy pasazerow oczekujacych, miejsc typu emergency, puli dla weteranow, turystow emerytow, zrozumienie go jest troche skomplikowane ale dziala wysmienicie a bilety mozna kupic na kazdej stacji choc oczywiscie trzeba przed tem wypelnic tone formularzy. Rezerwacji mozna dokonac tez przez internet.

F. Formularze - niezbedne wszedzie, w banku, hotelu , restauracji, sklepie, stacji kolejowej koniecznie z kalka i w 3 wersjach tak zeby dluzej trwalo ich zapelnianie

G. jak Gowno:) nie ma sie co oszukiwac krowie gowno rzadzi a jego slodkawy zapach unosi sie prawie wszedzie, z krowego gowna buduje sie lepianki, robi sie kadzidla, stosuje sie jako opal, nierzadko przy drodze lub przy domach widac pieknie ufromowane placki z odciskami rak suszace sie na sloncu

H. W hindi HA! znaczy tak koniecznie z kiwaniem glowa na boki. Ewentualnie Haaa? Z intonacja pytajaca oznaczajace: "Ze coooo?"

I. 1. IK - W hindi 1, niezbedne przy zakupach:) ik czaj - jedna herbata:) 2. IST - indian standard time - czyli czas indyjski gdzie 24 godziny to 3 dni, 5 minut to 25 minut do godziny a godzina to kilka godzin. Jak wyjasnila mi jedna kolezanka hinduska, nie nalezy sie niecierpliwic gdyz to nie grzeczne a hindusi maja swobode rozciagania czasu w zaleznosci od swoich potrzeb. Zwiazane to jest takze z pojmowaniem czasu nie w sposob liniowy (zachodni) a raczej w sposob kolisty jako cykl

J. 1.Yututsuhu - czyli Jujutsuhu czyli Dzudzitsu o ktorym mowa byla wczesniej, poludniowo indysjska sztuka walki

K. jak kolczyki w nosie (im wiekszy tym lepszy) czasem nawet w obu platkach nosa, czasem polaczony lancuskiem z kolczykiem w uszach, piekne kolczyki w uszach poloczone lancuszkiem w gornej i dolnej czesci ucha

L. jak Lama a raczej Dalaj Lama ktory na stale rezyduje w malenkiej miejscowosci Mc Leod Ganj Na wyokosci ok 2020 m n p m., w ktorej to jest wiecej sklepow i turystow na metr kwadratowy niz w niejednej innej miejscowosci w indiach. Dalaj lama ostatnio zrezygnowal z piastowania funkcji glowy tybetanskiego rzadu na uchodztwie

M. motocykl - niezbedny srodek transportu w indiach, wszelkie jego odmiany ozna tutaj spotkac, popularne sa takze skutery, szczegolnie Honda Hero, na motorze moze jechac od 1 do 5 osob male dzieci koniecznie z przodu na baku lub wcisniete na kanapke pomiedzy rodzicow, panie czesto bokiem po dwie za kierowca. Na motocyklu mozna takze przewozic drzwi, belki konstrucyjne, lodowki i inne dobra z wielka gracja i wyczuciem rownowagi.


N. Namaste lub Namaskar - indyjskie powitanie

O.

symbol om - swiety symbol bedacy takze mini mantra, jest to glowny i naturalny dzwiek wibrujacy w ciele ludzkim

P. 1.Prepaid - czyli telefon komorkowy na karte. Dzieki terorystom i dzialaniom rzadu jak juz pisalam w jednym wpisie zakup numeru jest niezwykle trudny a i to nie daje gwarancji ze numer bedzie dzialac. W tym czasie terorysci korzystaja juz z telefonow satelitarnych i innych kanalow komunikacji. 2. Parsowie czyli Zoroastrianie zamieszkujacy przede wszystkim bombaj. Wywodza sie z persji, jednym z ciekawych zwyczajow jest to ze rytual pogrzebowy polega na konsumpcji ciala przez ptaki padlinozerne, w tym celu w bombaju sa specjalne wieze (pionowe tunele z cementowych kregow) , w ktorych umioeszcza sie ciala. niestety pestycydy i zmiany klimatyczne powoduja ze padlinozerne ptaki (to jakis specjalny gatunek sepa) prawie wymarly w tej okolicy i w tej chwili trwa walka o przywrocenie gatunku. Problem polega tez na tym iz Parsowie wierza ze ptaki unosza ich dusze do nieba, a co bardziej ortodoksyjni kaplani sprzeciwiaja sie kremacji uwazajac ja za obraze religijna i grzech.

R Rishi - swieci lub uczeni wiary hinduistycznej, 2 gi rodzaj to swami - przy czym roznica jest taka ze rishi moga sie zenic a swami pozostaja w celibaci

S. Slodycze na ogol na bazie mleka i ogromnej ilosci cukru z kardamonem, czesto smazone w tluszczu,

T. Tako rzecze stara pluskwa :) W niektorych miejscach noclegowych trzeba sie miec na bacznosci bo pluskwy sie zdarzaja a zwlaszcza w Bombaju gdzie jest duzo Zoroastrian chociaz akurat to nie oni szerza pluskwy:)

U. Ubranie - A wiec kroluja sari i salwar kameez, czyli bluza do kolan z rozcieciem i spodnie pumpu lub legginsy, do tego koniecznie szal (dupatta), w bardziej nowoczesnych miastach dzinsy i t-shirt, ale nogi kobiet w spodnicach mozna zobaczyc tylko na goa, (z rzadka w Bangalore czy w Delhi pojawi sie kobieta w szortach.) Mezczyzni ubrani w stylu zachodnim choc na prowincji wielu z nich w stylu lat 80 tych z pasami z duzymi klamrami i spodniach po pachy. Rewelacyjne dla mezczyzn jest lunghi badz dhoti czyli kawalek materialu noszony jak spodnica i czesto podwijany do kolan - wygodnie i przewiewnie. Do tego szykowna koszula i najnowszy model telefonu komorkowego.

W. Wasy -Nie wiem co powoduje w mieszkancach Indii taka lubosc do wasow ale 5 na 6 mezczyzn z duma nosi wasy ( co niektorych postarza) rozumiem ze Sikhowie musza nosic zarost, ale jakos broda z wasami tak nie rzuca sie w oczy jak same wasy, niektore sumiaste, ale wiekszosc przyciete na lata 80te koniecznie z fryzura zaczesana do tylu na szczotke lub delikatna fala na czole

Z - jak 1.Zindabad Hindustan! czyli okrzyki wznoszone przy granicy pakistanskiej na ceremonii zamkniecia oznaczajace niech zyja Indie 2. Ziola - rozne pyszne do jedzenia, ponoc tez w obfitych ilosciach tutaj do palenia ale jakos nie specjalnie udalo mi sie spotkac poza tymi rosnacymi jak chwasty wszedzie i bez mocy:)

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Znowu Goa

Nie ma to jednak jak Palolem! Tymbardziej po sezonie. Mialo byc goraco, ale dla mnie jedyna roznica objawila sie w porannej mgle, wiekszych falach no i 1/3 osob. Czyli jednym slowem pelen komfort. Podroz pociagiem do Mangalore przebiegla wrecz luksusowo, z posciela, klimatyzacja i lekkim bujaniem. W Mangalore powloczylysmy sie troche po miescie (ja i dwie Lotyszki), obejrzalysmy buty i szereg strojow dla dzieci, bo jedna z pan chciala zakupic cos dla swojej wnuczki. W Indiach male dzieci nosza buty na obcasach i sa ubierane w stroje ktore my okreslilibysmy raczej jako wyjsciowe, ze srebrnymi lamowkami, haftami, cekinami, pseudoaksamitami. Do tego bransoletki na rekach i nogach i obwiedzione czarna kredka oczy (przeciw zlym spojrzeniom) lub 3 kropki (2 na polkiczkach jedna na czole). Tak wiec znalezienie czegos odpowiednio w stylu indyjskim a zarazem nadajacego sie do zalozenia w europie nastreczylo nam troche problemu i akurat zajelo czas do odjazdu pociagu. Klasa general okazala sie tak pelna ze nie udalo nam sie usiasc nawet na polce bagazowej. Wobec tego przenioslysmy sie do klasy general sleeper, a ja uzbrojona juz w uprzednia wiedze nt systemu rezerwacji sprawdzilam ze miejsca na ktorych siedzimy nie beda zajete dlugo az po naszej stacji w zwiazku z czym spokojnie mozemy sobie tam usiasc i zrobic doplate u konduktora bez koniecznosci stania w kolejce. Droga uplynela bardzo przyjemnie pod znakiem siedzenia i stania w drzwiach oraz wykonywania roznych figur akrobatycznych (szczegolnie wyrozniala sie Inta co mozna zobaczyc na zdjeciach::) oraz smakowania kolejnych przekasek przynoszonych przez wallachow, ogladania pieknych krajobrazow estuariow i morza oraz swiatyn. Po drodze dziewczyny odkryly ze ich samolot ma miedzyladowanie na lotnisku na Goa, i moze udalo by sie zmienic bilet, bo inaczej to po 3 dniach znowu 20 godzin tluczenia sie z powrotem do Bangalore zamiast sobie posiedziec na plazy i wziac taxi ktore jedzie na lotnisko 90 minut. Oczywiscie rozpoczely sie kolejne problemy z telefonami ktore znowu przestaly dzialac takze prawie przegapilysmy stacje bo zajelysmy sie zmienianiem kart i godzin w telefonach. Na stacji juz uprzedzone o realiach wytargowalysmy dobra cene i uwaga udalo nam sie w 3 osoby oraz 5 sztuk bagazu upchac do 1 Tuk-tuka!!! I nie wypasc przez drzwi. A wiec plan byl taki, najpierw idziemy na kolacje, a potem na spokojnie szukamy zeby uwolnic sie od naganiaczy. Pierwszy domek za 700 rp, dziewczyny troche przerazone warunkami, choc jak na domek blisko plazy to byl luz bo i podloga kamienna i siatki na owady. Potem nastepny, wysoko na palach, troche ciasny dla 3 osob. Idziemy plaza dalej. Ciemno wiec trudno mi wytlumaczyc dlaczego najdrozej jest na plazy. W koncu idziemy do jednego z barow i pytamy o domek. Cena 300 rp na 3 osoby, materac doloza, domek przestrony, na samej plazy. Nie jest zle. Obowiazkowe wieczorne zanurzenie w morzu i z wrazenia zapominam ze jestem w okularach i daje nura pod fale. Oczywiscie po okularach slad zaginal ale na szczescie mam drugie a te i tak mi juz raz ukradli wiec zyskaly jakby nowe zycie. Tym razem plaza byla naprawde pustawa, ceny nizsze, i ogolnie relaks. Zrobilysmy sobie wycieczke na delfiny - okazuje sie ze rano jakis moze najdalej kilometr od brzegu mozna spotkac delfiny, oczywiscie nie widzialysmy pelnego wynurzenia ale pletwy, pyszczki itp. Codziennnie na sniadanie owoce, warzywa, i rozne pysznosci jako odpoczynek od ryzu i plackow. Potem albo przedtem spacer i plywanie. A okolo 6 rano zobaczyc mozna jak lodzie wyplywaja lub wracaja z polowow. Co ciekawe psy na Goa takze spaceruja, i mowie tu o kroku spacerowym bo normalnie przeciez pies porusza sie jakby klusem, natomiast lokalne psy (ktore w wiekszosci do kogos naleza) poruszaja sie z godnoscia powoli przestepujac z lapy na lape. Bardzo chetnie rowniez towarzysza plazowiczom w morskich kapielach albo beztrosko leza przy brzegu czekajac az obmyje je chlodzaca fala. W poludnie jest bardzo goraco ale rano jest spore zachmurzenie tak do 10, no i fale sa duzo wieksze od tych miesiac temu, mimo wszystko jednak da sie porzadnie i poplywac i poskakac przez fale. Nadszedl takze czas skorzystac z kajaka morskiego, i sprobowac z czym to sie je. W zasadzie najtrudniej ruszyc z brzegu bo trzeba poczekac albo az ustana fale albo probowac sie przez nie prostopadle przebic nie wypadajac przy tym z lodki. Wioslowanie przy tym wydaje sie juz bardzo proste. Znudzeni cisza barmani i lodkowi naganiacze takze chetnie rozmawiaja nie tylko namawiajac do zakupow ale i na tematy ogolne przy okazji prezentujac niezle wyrobione miesnie i piekne uzebienie. Nie wiem czy o tym pisalam ale wyraznie widac tutaj wplyw urody portugalskiej. Inny jest tez typ podrywu, o ile w miastach Indyjskich moze poza Bombajem, mezczyzni sa natarczywo - agresywni, co zreszta przenosza na grunt goanski rowniez tylko w formie stonowanej (Sit here with me, give me a kiss), o tyle wyluzowani goanczycy sa bardziej wyrafinowani w uwodzeniu choc nie mniej bezposredni:) Tak czy siak mozna z nimi przyjemnie pozartowac i podpytac przy okazji o miejscowa kulture. Panie Lotyszki zdecydowanie spaceruja wiecej ode mnie, ja ciagle ze wzgledu na noge a takze na znakomita ksiazke (900 stron) ktora czytam wole posiedziec przy domku albo w barze 5 metrow od domku i kontynuowac lekture i raz po raz chodzic "na przeplywke". Jak juz pisalam jedzenie jest znakomite, a swiezo zlowione ryby to niebo w gebie. Udaje mi sie nawet namowic zdeklarowane wegetarianki na zjedzenie, homara, krewetek i kalmara! Pycha! Nastepnego wieczora znow mamy sprobowac jakis owocow morza, ale widocznie jednak sila wyzsza postanawia uratowac wegetarianki od dalszych grzechow bo nasza restauracja jest pod golym niebiem (wiekszosc restauracji znajduje sie na plazy i niektore maja tylko grill bez "stalej miejscowki") i zaczyna sie urwanie chmury. Troche za wczesnie chyba na monsun. Pada przez prawie godzine, wiec wszyscy goscie tlocza sie pod jedyna w poblizu nie przeciekajaca strzecha, po chwili w wiosce pada prad, a my mamy okazje do integracji z ludzmi w tym 2 ma sympatycznymi Francuzami w wieku ok 50 lat. Rozmawiamy o tym jak nazywa sie Lotwa po Angielsku i francusku i jak zwykle iPod i Google przychodza z pomoca gdy brak pamieci i cywilizacji. (Lotwa - fr: Lethany). Wiekszosc restauracyjnych gosci martwi sie czy aby bambusowo -dyktowe chatki sa dobrze zabezpieczone przed deszczem, a pozatym my jestesmy strasznie glodne bo dlugo czekalysmy na jedzenie no a potem deszcz. W koncu ulewa troche ustaje, w barze przy naszym domku sa swieczki i nie przeciekajacy dach. No i udaje sie zamowic ekspresowo zupe warzywna i jakies drugie. Z niepokojem otwieramy domek! Hurra napadalo tylko w lazience a tam i tak generalnie tylko dziury w podlodze jako odplyw (poza wc). Dziewczyny ida spac, ja zostaje jeszcze chwile pogadac z lokalesami. Nad ranem mam dziwny sen, ze moj nos lize pies i ze spotykam bardzo znanego guru (choc jest to siwy mezczyzna w zachodnim strojum bez brody a nie z broda jak to zwykle guru, zawiniety w powloczyste biale lub pomaranczowe szaty) budze sie i czuje ze nos mam faktycznie mokry, ale po twarzy chyba przebiegla mi jaszczurka (wydaja takie charakterystycznie cwierki), drzwi sa zamkniete na zasuwke ale otwieraja sie, za nimi swit, wychodze na ganek rozgladam sie ale nikogo nie ma. Tego ranka czeka nas misja, musimy zmienic lot Lotyszek. Poniewaz jest to lot laczony z innym operatorem przez Dubai, juz w rozmowie telefonicznej z Air India zaczynaja sie problemy. Ja jako najbardziej obeznana z realiami i najszybciej mowiaca po angielsku, referuje dziewczynom po rosyjsku jak moge cala sytuacje (swoja droga mozg zaczyna mi sie lasowac od 3 dni non stop mowienia na zmiane po rosyjsku -lamanym, angielsku i pisaniu po polsku, ew rozmowiach na skype po polsku. Wiec to co wydaje sie proste ze pasazer ciagle leci tym samym samolotem, tylko wsiada w porcie miedzyladowania, nie jest takie proste bo to juz jest zupelnie inne polaczenie mimo ze ten sam lot i mimo ze bilety byly kupione osobno. Nie ma rady trzeba jechac osobiscie do biura Air India na Goa - 2 godziny taksowka, no ale dziewczyny wola to niz tluc sie 20 godzin z powrotem. Nie wiadomo czy sie uda. Pani w biurze stara sie byc bardzo pomocna, myslimy wiec o locie do Bangalore ale nie ma odpowiedniego polaczenia i tez by trzeba leciec dzien wczesniej. MOzna tez kupic nowy bilet na ten lot bo sa miejsca ale ona nie moze skasowac tego wykupionego lotu bo bilet wystawil agent. W koncu po godzinie okazuje sie ze jednak mozna dokonac podmiany ale bez transferu bagazu, ktory i tak by trzeba wziac recznie, i za doplata bardzo niewielka ok 30 dol od osoby. Hurra!! Bedzie weselej. Juz bardzo przyzwyczailam sie do Lotyszek, jedna ma 42 a druga 55 lat ale bardzo ciekawie nam sie rozmawia, jako ze i one maja bardzo burzliwe zyciorysy. Czuje ze na pewno jeszcze sie spotkamy. Po drodze zwiedzamy Panjim i Margao przynajmniej z okien samochodu. Niektore kobiety tutaj chodza w bluzkach i spodnicach do kolan - prawdziwa rewolucja jak na Indie. Nosza tez sukienki w stylu szmizjerek z rekawem, mlodsze nawet szorty! Wszyscy usmiechnieci i zyczliwi. Po drodze zatrzymujemy sie przy drodze zeby napic sie soku z trzciny cukrowej, robi sie go napedzana silnikiem spalinowym prasa w ktora wklada sie twarde kije trzciny i wciska sie odrobine limonki. Pycha, cukru dodawac nie trzeba:) Swoja droga ciekawe ze z czegos tak twardego mozna wycisnac sok. Tymczasem w Palolem przez kolejne dni poklosie deszczu, raz po raz wylaczaja prad bo nikt nie spodziewal sie takiej ulewy i nie zabezpieczono instalacji:). Wkrotce nasze slodkie dolce far niente dobiegnie konca. To tylko 5 dni ale wielki relaks po pobycie w prawdziwych Indiach (chociaz ja tydzien temu bylam w Varkali). Dziewczyny wyjezdzaja dzien wczesniej niz ja. Jeden dzien mam dla siebie, kupuje klapki, czytam ksiazki i poznaje mloda hinduske dziennikarke z Mumbaiu - no i prosze jest kolejna osoba zainteresowana pomoca przy filmie i informacjami na temat zycia kobiet w Indiach. A jutro.... Pociag 26 godzin do Delhi, ktore jakos nie za bardzo darze sympatia.... no ale przynajmniej bedzie baza wypadowa do Amritsaru i moze do Dharamsali, moze uda mi sie porzucic znowu duzy plecak i jechac w droge z tornistrem. Tymczasem zostaje mi ostatnich 200 stron ksiazki Shantaram, wciagajacej historii pewnego australijczyka ktory uciekl z wiezienia i zamieszkal w Indiach. Na kolacje pozegnanie z rybka, a rano po porannym plywaniu na dworzec do Margao. I adieu Palolem... bede tesknic.