Dzien dobre popoludnie! Ciagle jeszcze skolowana nocnym lotem, zmiana czasu i wszystkimi przygodami postanawiam obrac jakis latwy cel turystyczny. Kaosan Road - zoo dla turystow. Tzn wlasciwie dla Tajow. To tutaj znajduje sie wiekszosc podrzednych hoteli dla bialych, studia tatuazu, kolczykow, sprzedawanie roznych pamiatek, szpejow, plecenie dredow itp. No ale o tym za chwile. Przede wszystkim pierwsza koniecznosc to troche zorientowac sie w topografii miasta, dobrze ze sa jednak jakies napisy po angielsku w komunikacji (przynajmniej metrze i skytrain) - bo podobno w chinach nie ma wcale:). Kazdy rozumie chociaz ze dwa slowa, chociaz pytanie o nazwe miejsca moze okazac sie naprawde bardzo zdradliwe bo jezyk tajski opiera sie glownie na tonach w zwiazku z tym transkrypcja moze i pomaga ale liczy sie sposob w jaki sie je wymawia: bardziej pytajacy, bardziej zdziwiony, burkliwy itp. Np slowo tranksrybowane jako mai ma 5 znaczen: nowy, drewno, palic, nie oraz jedwab. W zwiazku z czym wymowienie czegokolwiek z mapy moze stracic sens bo niestety auochtoni moga wykazac sie glebokim niezrozumieniem. A wiec dobrze, wsiadam w metro, 2 stacje, potem przesiadka na skytrain. MOze nie jest to i najtansza forma podrozowania po miescie ale w pojedynke i przy slabym rozeznaniu moze okazac sie zbawienna. Pozytywnym aspektem jest fakt ze skytrain umieszczony jest na wiadukcie nad ulica w zwiazku czym czas podrozy tym zamrazalnikiem na kolkach uplywa milej w towarzystwie widokow miasta. Poki co odnosze wrazenie ze sa tu same drapacze chmur oraz sklepy 7-11. Jest tez mnostwo ogromnych, nowoczesnych centrow handlowych a to wszystko w sosie niesamowitych korkow na ulicy (ktorych mimo zapowiedzi skytrain i metro nie rozladowaly). Niewiele czytalam o Bangkoku przed przyjazdem, specjalnie zeby sie jakos nie stresowac planem zwiedzania, ale slyszalam tez o starych swiatyniach, domach nad kanalami. Przyjdzie czas i na to. Najwazniejsze zeby nie jezdzic tuktukami i nie dac sie zwiesc oszustom i nagabywaczom przy glownych miejscach turystycznych. Bo trzeba bedzie objechac cale miasto albo za cene 4 razy warta prawdziwej, albo bardzo tanio ale za to zagladajac przymusowo do agencji turystycznych, krawcow gdzie nie wypuszczaja nas bez zakupow. A to wszystko dziala jako szajka bo np. przy glownych atrakcjach mowia ze sa nieczynne, zamkniete rano i zeby objechac miasto. Dojezdzam do centrum, poki co jakos wogole krajobraz nie kojarzy mi sie z krajem 3 go swiata, mialam chyba jakies dziwne wyobrazenie oparte na wrazeniach z indii. Wszedzie relatywnie czysto i chociaz smog ogromny to przy indyjskim powietrze dla pluc niczym krysztal z gor. Teraz pozostaje znalezc autobus, z tym moze byc gorzej. Ruch dalej lewostronny, posuwa sie w zolwim tempie. Przekroj taboru autobusowego jest wrecz szokujacy, od rozwalajacych sie autobusow bez drzwi i z drewniana podloga po klimatyzowane niskopodlogowce. Podrozowanie aurobusem jest nieraz o 70 prc tansze ale czas pokonania tego samego dystansu rozciaga sie niemilosiernie. Sa tez panstwowe i prywatne mikrobusy. Ja wsiadam w numer 15, z drewniana podloga, ktory w koncu po kreceniu sie wokol stacji udalo mi sie znalezc, autobus ma chyba z 50 lat. Kierowca ma obok dzwigni biegow kubel z woda w ktorym co chwila macza szmate ktora wyciera sobie twarz i druga na kierownice zeby mu sie rece nie ugotowaly. Konduktor ma w reku taki jakby piornik w ksztalcie rulonu w ktorym znajduja sie przegrodki na monety i jeden na rolke z biletami niczym tasma. Banknoty trzyma zlozone miedzy palacami dloni, rozne nominalu miedzy roznymi palcami. Z glosnym klapnieciem zamyka piornik i odrywa kuponik biletu przy pomocy brzegu pudelka. No to hop! jedziemy! Krajobraz biurowy ustepuje nieco, rosyjsko podobnemu krajobrazowi prospiektow. Duzy plac i rondo wskazuja na poblize palacu krolewskiego. A krol w tajlandii ma status boski. Tylko ilosc budek i stoisk z jedzeniem nie zmienia sie. W koncu dojezdzam na miejsce. Od glownej drogi odchodza uliczki z niewysokimi domami, a miedzy nimi udzka cizba, pelna turystow pamiatek, falszywych dokumentow. ( tak to tu mozna sobie wyrobic ISIC i francuskie prawo jazdy, ale zdjec nie wolno robic) Stoliki mini restauracji z piwem, hostel na hostelu, pelno Ludzi Zachodu. Do tego jeszcze garsc kafejek internetowych z komputerami na wrzucane monety, rybi pedikiur (male rybki ktore obgryzaja ze stop martwy naskorek), oraz stanowiska do masazu stop, glow oraz salony masazu calosciowego (zapewne nie brakuje tez ofert masazu z tzw. szczesliwym zakonczeniem), wozki z jedzeniem uliczymi, owocami, i wszelkiego rodzaju innym badziewiem. Prawdziwe zoo. Sadze ze Tajowie tutaj przychodza wlasnie niczym do ogrodu zoologicznego poogladac sobie turystow niczym swawolne malpy. Ponadto niektore ze sprzedawanych tutaj pamiatek maja charakter ponadczasowy i ponad narodowy, Te same szarawary i torby co w indiach w miejscach tursytycznych, te same t shirty. Takie same drewniane zaby z rzebionym grzbietem jak jeden z moich znajomych przywiozl z Peru. Tajowie szybko sie ucza i wiedza co"schodzi".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz