1. Fakt o indiach na dzis: Kto przebywa w indyjskich miastach smarka czarnymi glutami
2. mit na dzis: kto myje zeby woda z kranu ten ma sraczke
3. poznana osoba: Pan Dzielny Zolniez stacjonujacy w Assamie
Podobno podrozujac indyjskim pociagiem najlepiej zrobic rezerwacje dnia poprzedniego, jeszcze lepiej zrobic to w biurze obslugujacym turystow a juz najlepiej wykupic bilet pierwszej klasy jesli pociag taki ma za jakies 400 rupii czyli okolo 30 zlotych co jest w sumie drogo. Ale jesli sie robi plany na goraco to niestety rezerwacja turystyczna konczy bukowanie 4 godziny przed odjazdem pociagu. Potem moze co najwyzej udzielic informacji. Niekoniecznie prawidlowej. Dworzec New Delhi jak sie okazuje sklada sie z dwoch budynkow, wchodzi sie do glownej hali gdzie obowiazkowo wszystkich przeswietlaja i bagaz tez. Kazdy kladzie swoj plecak, walizke (obowiazkowo w pokrowcu przeciwkurzowym), lub ewentualnie karton czy tez tobol przewiazany pakowym sznurkiem na tasme i do skanera. Pojecie kolejki nie istnieje, wszyscy pchaja sie na siebie. Ledwie udaje mi sie wydostac oba plecaki duzy i maly i wysylam w kosmos tylko pozytywne mysli ze paszport i kase mam przy ciele a aparatu na pewno nie ukradna. Do odjazdu pociagu godzina. Wyposazona w przestrogi ze gdy bede pytac o biuro obslugi turystow bed ami mowic ze sie spalilo, zamkneli nie dziala, ide na pierwsze pietro (bo ma byc kolo kafeterii) przedzierajac sie przez chyba 3000 osob kazdy idacy w inna strone w nie tak duzej hali dworcowej. Sytuacja jak na ulicy indyjskiego miasta: wszyscy ciagna w swoja strone i jednoczesnie napieraja na siebie. Na pierwszym pietrze przejscia nie ma, trzeba piechota na drugie, dookola barierek, potem w dol zakrecic i dopiero mozna przejsc na pierwsze, ale co ciekawe biura faktycznie tam nie ma. Zasiegam informacji w rzeczonej kafeterii i wtedy okazuje sie ze dworzec New Delhi ma 2 budynki. Do odjazdu pociagu pozostaje 40 minut. Przeciskam sie kladkami nad peronami zeby dosc do drugiego budynku gdzie nawet jest strzalka ale schody sa skute a przejscie zabite pilsniowym ekranem. No to ide na peron(znowu skanowanie toreb) i szukam przejscia. Zaczepiam pana wojskowego, pan wojskowy spokojnie prowadzi mnie do skutych schodow ktorych nie ma ale jakos sie wdrapujemy, spokojnie odchyla ekran i mowi ze przeciez tu jest przejscie. Do odjazdu pociagu 30 minut. W informacji dla turystow dowiaduje sie ze zaraz jest Agra Express (no przeciez wiem) a potem inny pociag, wobec czego powinnam udac sie do kasy zamowien natychmiastowych i tam kupic bilet. Chwile zajmuje mi wyjscie z budynku bo oczywiscie kasy sa na zewnatrz. Staje w ogonku, po drodze jeszcze jakas biala kobieta zaczepia mnie z pytanie m o informacje turystyczna a w zamian wrecza mi formularz na ktorym wypisuje sie zamowienie biletu. Oczywiscie kolejka posuwa sie zolwim tempem coraz to wpychaja sie nowi ludzie, ale sama chcialam isc na ostatnia chwile. To znaczy nie do konca chcialam ale zlozylo sie na to szereg okolicznosci miedzy innymi to ze Kitty udalo sie zatrzasnac pokoj z naszymi rzeczami i cale wyjscie opoznilo sie (moj plecak byl na zewnatrz ale mialysmy isc razem a trzeba bylo wezwac slusarza wiec ruszylam sama.) Kiedy juz udalo dobic mi sie do okienka (15 minut do odjazdu) cena 67 rupii wydala mi sie niewygorowana. Jednakze mialam przy sobie tylko banknot 500 rupii pan w kasie nie mial wydac i tragedia. Bo przeciez nie problem pana w kasie zeby poszukac do wydania. No to zaczelo sie pytanie w kolejce czy ktorykolwiek z mezczyzn (kobiety jakos tam nie staly) ma przy sobie 500 rupii i najlepiej 1o0tkami. Z calej kolejki znalazl sie 1. Wreczam panu kasjerowi 100 i 17 rupii bo jak nic skoro tyle ludzi kupuje to przeciez 50 powinien miec. Ale skad. I abarot od nowa kto w kolejce ma 100 rozmienic a pociag za 10 minut. Na szczescie ten sam czlowiek (widocznie miejscowy krezus:)) mial przy sobie i 50 tki, i tak ciagnac plecak oraz przeciskajac sie od okienka niczym przez maszynke do miesa udalo mi sie zakupic bilet a pozniej dotrzec do pociagu. Pociag mial tylko tzw General Class (zdjec nie bedzie) czyli siedzenia na przeciwko siebie po dwa i po dwa w rzedzie na kazdym siedzeniu 3 osoby. Nie bylo miejsca na moj plecak ale pol wagonu i tak bylo wolne wiec plecaki na siedzenie i ja razem z nimi. Zanim pociag ruszyl minela godzina. Na przeciwko siedzial jakis mily pan ktory lamana angielszczyzna spytal czy moze ze mna porozmawiac. To porozmawialismy troche, a kto zonaty a ile dzieci ( ja na uzytek podrozy koleja zostalam mezatka) pociag okazal sie pociagiem lokalnym ale ogolnie bylo bardzo sympatycznie. Az wsiadla sobie grupa mlodych chlopakow dosc wesolych ktorzy przez pol drogi dawali sobie zatrtobliwe kuksance. Ja siedzialam tylem do wyjscia i od czasu do czasu zamienialam pare slow z panem zolnierzem. Nagle poczulam ze ktos mnie ciagnie za kaptur bluzy wiec sie obrocilam a chlopaki w smiech. No ale za drugim razem probowali mi sciagnac okulary wiec pan zolnierz przesadzil mnie miedzy okno a siebie. No ale chlopaki wysiadali i nagle w oknie pojawila sie reka ktora szybkim i sprawnym ruchem sciagnela mi okulary. Stalo sie to tak szybko ze nawet sie nie zdazylam zdziwic. Zreszta nie tam zeby okulary byly cos warte - mysle ze raczej byl to glupi zart albo syndrom sroki - blyszczy sie to wezme, bo przeciez na siedzeniu lezaly moje plecaki. W ciagu sekundy w duchu pogodzilam sie ze strata wliczajac to w koszty podrozy, no ale wiadomo zawsze to klpot (mam druga pare ale ona bardziej rzuca sie w oczy i 2 pary szkiel kontaktowych, ktorych nie nosze poki co bo pyl tutaj jest tak okropny ze zeby chrzeszcza niemilosciernie:)). Pan zolnierz zorientowawszy sie co sie dzieje skoczyl w skarpetkach na rowne nogi i wybiegl na peron. Do konca jeszcze nie zdazylam przemyslec straty kiedy pociag ruszyl a pan zolnierz wskoczyl do niego w biegu. W reku dumnie dzierzyl moje binokle. Tak wiec automatycznie obwolany zostal bohaterem wieczoru. Oczywiscie zaczal mnie przepraszac za moja zla przygode w indiach ale ja bylam pod ogromnym wrazeniem calego wyczynu. Pan zolniez tylko pokiwal w tradycyjny indyjski sposob glowa na boki i oswiadczyl " I told you i was soldier". :)) Dalsza podroz przebiegla raczej bez problemu choc pociag spoznil sie 2 godziny i dojechalam o polnocy, zanim mi sie jeszcze udalo wyklocic o ryksze (za ktora i tak przeplacilam, ale bylo pozno i nie chciala zeby mie wywiezli w krzaki) i rozlozyc manatki to byla chyba 1 w nocy. Postanowilam wstac o 6 zeby zdazyc na wschod slonca w Taj, gdyz jak doniosly wrobelki nawet rano jest duza kolejka, a w poludnie to wprost nie mozna przecisnac sie miedzy ludzmi, wiec lepiej pojawic sie tam nim przybeda autokary z turystami de luxe.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz